cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności (https://kurierhistoryczny.pl/polityka-prywatnosci,7).

Treblinka – niemiecka rzeczywistość

Michał Leda, Cezary Namirski, Dawid Stasiak, 27.08.2018

Płonący obóz zagłady w Treblince po wybuchu buntu więźniów, Fot. F. Ząbecki, 2.08.1943

Obóz zagłady w Treblince (SS-Sonderkommando Treblinka) był miejscem kaźni i morderczej pracy dla ok. 800 tys. Żydów. Miał być najsprawniejszym narzędziem mordowania ludności żydowskiej w Generalnej Guberni. Città ideale SS. Było to wyjątkowe miejsce zarówno z perspektywy Niemców, jak i więźniów. Dla pierwszych spełniało określone założenia. Dla drugich to tu wybuchło powstanie, które wielu dało wolność i możliwość rewanżu za doznane cierpienia.

Dnia 2 sierpnia 1943 r. w obozie zagłady w Treblince o godz. 15.57 rozpoczęła się walka. Relacje dotyczące jej przebiegu są sprzeczne, ale jedno jest pewne – Niemcy zostali całkowicie zaskoczeni. Bój zakończył się po około 30 min. Powstańcom wtedy zaczęło brakować amunicji. Niemcy skonsolidowali opór, napływały dla nich posiłki. Komendant obozu Franz Stangl, pomimo trwającej od rana libacji, był w stanie zadzwonić do sąsiednich jednostek po pomoc. Jednak mimo to wielu więźniom udało się uciec. Szacuje się, że 600 (z 840) wzięło udział w powstaniu, a 200 uniknęło pościgu. Około 80 spośród wszystkich uciekinierów przeżyło wojnę.

To był jeden z ostatnich epizodów w historii tego ponurego miejsca. Niedługo potem rozpoczęto likwidację obozu. Pozostałych więźniów eksterminowano. Tak zakończyły się dzieje SS-Sonderkommando Treblinka.

Jak uspokoić idących na śmierć

By zrozumieć, jak wyglądała rzeczywistość w tym miejscu przed wybuchem powstania postawmy może sobie na początek pytanie: ilu ludzi potrzeba do pilnowania i nadzorowania obozu, w którym w ciągu półtora roku zamordowano co najmniej 800 tys. osób? Odpowiedź może wydawać się zaskakująca. Jak podaje Michał Wójcik w swojej książce „Treblinka 43. Bunt w fabryce śmierci” załogę obozu zagłady Treblinka II stanowiło tylko od 30 do 40 esesmanów (Niemców i Austriaków) oraz maksymalnie 120 wachmanów (strażników), zwanych popularnie „Ukraińcami”. Warto dodać, że obsada obozu dysponowała również wozem pancernym, jedynym ciężkim sprzętem bojowym na miejscu. Był on prawdopodobnie popsuty, ale nawet unieruchomiony posiadał walor defensywny stanowiąc duże zagrożenie dla kiepsko uzbrojonych, ewentualnych buntowników. Ze względu na zamontowany na nim ciężki karabin maszynowy mógł przydać się do tłumienia potencjalnych niepokojów. Jednak paradoksalnie najbardziej przydał się…więźniom. Podczas obozowego powstania część z jego uczestników, będących uprzednio żołnierzami polskimi i czechosłowackimi, użyła go do ostrzelania zabudowań, w których bronili się Niemcy i „Ukraińcy”.

Sama załoga obozu była uzbrojona w pistolety, karabiny maszynowe, a „Ukraińcy” w sporej części posiadali również zdobyczną broń radziecką. Ponadto na stanie znajdowały się granaty i zapasy amunicji. To wszystko zadaje się jednak nie tłumaczyć bierności, z jaką więźniowie szli na śmierć. W samym obozie pracowało przecież ok. 800-900 Żydów, czyli 6 – krotnie więcej niż wynosiła liczebność załogi, a każdy przybyły transport składał się z kilku tysięcy kolejnych osób. Jednakże Niemcy, wiedząc, że do płynnej eksterminacji potrzeba sprawnego ruchu więźniów z rampy do komór, starali się utrzymywać spokój chwytając się różnych, często dość prostych chwytów „psychologicznych”. Należy przy tym pamiętać, że ociągających się bezwzględnie zabijano bądź bito. Efektywność przepływu osób była tym bardziej pożądana, że obóz nigdy nie dysponował dostateczną liczbą komór gazowych potrzebnych do pełnej i sprawnej realizacji zbrodniczego planu nazistów.

Transport Żydów do obozu w Treblince

Jednym z podstawowych sposobów na zapewnienie spokoju, gdy przybywały nowe transporty, była obecność żydowskich więźniów obozu. Pracowali oni przy segregacji rzeczy pozostawionych przez wymordowanych. Czynnik ten był tak ważny, że raz, kiedy ich zabrakło podczas rozładunku nowoprzybyłych, doszło niemal do buntu. Z punktu widzenia oprawców wydarzenie to było wysoce niepożądane.

Innym sposobem na uspakajanie więźniów była postawa poszczególnych esesmanów. Tak na przykład pierwszy komendant obozu, Irmfried Eberl, będący z wykształcenia lekarzem, lubił pokazywać się na rampie w kitlu lekarskim, gdyż jak twierdził, taki widok uspokaja. Zaś drugi komendant, Franz Stangl, potrafił zrobić awanturę swoim żołnierzom, gdy jeden z Żydów poskarżył się na oszustwo strażnika, który miał mu obiecać wodę za zegarek. Ten sam dowódca często podczas pierwszego apelu dla osób wyselekcjonowanych do pracy w obozie chwalił siłę i sprawność nowych „niewolników”. Potrafił wdawać się z nimi w krótkie rozmowy, jednocześnie zapewniając o dobrym losie, jaki czeka na nich w obozie, co jak wiemy było ponurą kpiną z więźniów – prawdopodobnie nie pierwszą i na pewno nie ostatnią.

Najbardziej charakterystycznym elementem strategii zachowania spokoju był „dworzec kolejowy” wzniesiony przez Niemców. Miał on zegar (namalowany, zawsze wskazywał godz. 6), rozkład jazdy pociągów (np. do Warszawy, czy Wiednia), poczekalnię, kasę oraz szatnię. Był on oczywiście atrapą, a z Treblinki nie wyjeżdżały żadne pociągi cywilne, a już na pewno nie z żywymi pasażerami. Niemniej dla zaskoczonych i wpół żywych ludzi wypuszczonych z transportów bydlęcych musiał to być przebłysk normalności, który choć na moment działał kojąco. To Niemcom wystarczało. Ta inscenizacja miała na celu, wyżej już wspomnianą, płynność w przeprowadzaniu ludzi do komór gazowych i pacyfikowanie negatywnych nastrojów.

Doszło również do tego, że więźniom, którzy trafiali bezpośrednio z transportu do komór gazowych, rozdawano kawałki mydła.

Strażnicy fabryki śmierci

Kompania strażnicza obozu w Treblince II składała się z tzw. Ukraińców. Większość z nich rzeczywiście była narodowości ukraińskiej, jednakże z powodu braku rekruta często jej członkami stawali się również reprezentanci innych, nierosyjskich narodów Związku Radzieckiego, a nawet etniczni Rosjanie, którzy po dostaniu się do niewoli decydowali się na służbę w armii niemieckiej. Sami esesmani nazywali ich często Trawniki-Männer od obozu szkoleniowego w Trawnikach, gdzie przygotowywano ich do pełnienia obowiązków. Podoficerami w tych oddziałach byli często radzieccy volksdeutsche. W Treblince ich przełożonym był SS-Untersturmführer Kurt Franz, będący jednocześnie drugą osobą w obozie. Najwyższym rangą wachmanem na miejscu był Boris Rogoza.

Więcej o realiach życia i powstaniu w obozie zagłady
w Treblince można znaleźć w książce Michała Wójcika
„Treblinka 43. Bunt w fabryce śmierci”

Ich głównym zadaniem było wypełnianie niemieckich rozkazów, utrzymywanie porządku w obozie oraz wykonywanie innych czynności im powierzonych takich, jak zapędzanie ludzi do tzw. schlauchu, czyli korytarza prowadzącego bezpośrednio do komór gazowych.

Morale „Ukraińców” było wyraźnie niższe niż niemieckie. Byli skorumpowani i niejednokrotnie bali się tego, że po likwidacji obozów zostaną zabici - jako świadkowie zbrodni. Stąd też dezercje, które czasem się wśród nich zdarzały. Za łapówki, które otrzymywali od więźniów, dokonywali u miejscowej ludności zakupów żywności i alkoholu. Co więcej, po takich transakcjach niejednokrotnie zdarzało im się pić razem z Żydami i ucinać sobie z nimi pogawędki. Dotyczyło to szczególnie komanda (i pilnujących go strażników) zajmującego się wyrębem drzewa. Granicą wyrozumiałości wachmanów były próby ucieczki albo rozkaz Niemców.

Z drugiej jednak strony strażnicy potrafili być równie bezwzględni jak SS. Szczególnie złą sławę zdobyli Ukraińcy pracujący przy obsłudze komór gazowych. Zwykle pędzili swoje ofiary za pomocą szabli lub metalowych drągów. Najgorszym spośród nich, jak wynika z relacji świadków, był Iwan Marczenko zwany „Iwanem Groźnym”. Potrafił bez powodu przybić gwoździem ucho do ściany albo używać pejcza. Należy dodać, że dość szybko zakazano wachmanom zabijania Żydów bez wyraźnego rozkazu. Podobno stało się to na prośbę samych więźniów, którzy argumentowali, że zagrożenie śmiercią z tak wielu stron deprymuje i niekorzystnie wpływa na jakość pracy. Argument ten przemówił do Niemców.

Na marginesie można zauważyć, że ulubioną rozrywką Ukraińców była (poza libacjami alkoholowymi z prostytutkami) gra w piłkę nożną. Wielu spośród nich było prawdopodobnie fanami Dynama Kijów.

Do tej pory nie udało się ustalić tożsamości wielu ze strażników.

Co się kryje w umyśle esesmana?

Informacją co najmniej równie zaskakującą jak liczebność załogi obozu może być informacja o składzie osobowym SS. Jak zeznał Kurt Franz, zastępca komendanta, podczas swojego procesu w Düsseldorfie w 1971 r., pośród nich było jedynie 8 „starych esesmanów”, 23 policjantów (w tym komendant, Franz Stangl) i 2 cywilów. Wielu z nich było Austriakami. Od razu trzeba wyjaśnić, że wszyscy z nich byli w trakcie pełnienia służby obozowej członkami SS i pracownikami Kancelarii Führera. Należy też dodać, że po zsumowaniu osób znajdujących się na liście Kurta Franza otrzymujemy liczbę 33. Faktycznie Niemców było nieco więcej. Większość z nich była weteranami akcji T4 – masowej eutanazji ludzi psychicznie chorych, pierwszego masowego mordu dokonanego przez III Rzeszę. 

Nigdy nie stworzono profilu psychologicznego przeciętnego esesmana pracującego w obozie koncentracyjnym. Niemniej, za Michałem Wójcikiem, należy stwierdzić, że wyjątkową rolę w ogólnym opisie ich psychiki i intelektu odgrywa relacja Eugena Kogona, więźnia Buchenwaldu (historyka, socjologa, ekonomisty i dziennikarza, który zdobył wyższe wykształcenie jeszcze przed II Wojną Światową i swoim uwięzieniem). Jak twierdzi Kogon, oddziały SS składały się z niezwykle specyficznych ludzi, spośród których „nie ma kto zwariować”.

Po pierwsze, ustalił on, że przeciętny funkcjonariusz musiał być człowiekiem prostym, o ograniczonych horyzontach intelektualnych. Jego umysł porównuje do skrzynki, w której „tkwi mózg i szaleją emocje”, a na całość jego myślenia składają się uproszczone schematy dotyczące życia i świata. W połączeniu z doktryną nazistowską pozwalało to pozbawić takiego człowieka skrupułów i wątpliwości, zaś jego emocje znajdowały ujście jedynie na komendę. Ważnym czynnikiem, który pozwalał na wszelkie ekscesy, było odczłowieczenie więźniów.

Kolejnym istotnym elementem psychiki członka SS była postawa „etyczna”. Składała się ona według słów Kogona z wiary, woli i postawy. Przedmiotem wiary była osoba Adolfa Hitlera, wola była skierowana na innych, a postawa zakładała bezwzględny dryl wojskowy. Michał Wójcik w „Treblince 43. Bunt w fabryce śmierci” trafnie przyrównał ich osobowość do dobrze wytresowanego psa.

Ponadto w mentalności wielu esesmanów dochodziło do swoistego rozdwojenia jaźni. Prowadzenie normalnego życia rodzinnego, czy wykazywanie pozytywnych cech poza obozem nie wykluczały bestialstwa, ekscesów, nawet seksualnych, wobec więźniów.

Świetnym przykładem człowieka skupiającego wszystkie powyższe cechy był wcześniej już wspomniany Kurt Franz. Był z zawodu kelnerem i kucharzem. Inni byli rolnikami, pielęgniarzami, krawcami, stolarzami i oczywiście policjantami na czele z samym komendantem.

Kurt Franz

Jednak zatrzymajmy się na moment przy osobie Kurta Franza. Wiemy już kim był przed wojną. Jako jeden z weteranów akcji T4 dostał przydział do Treblinki oraz stopień oficerski SS. W obozie był jednym z najbardziej znienawidzonych ludzi. Jednocześnie może on służyć za archetyp esesmana pełniącego służbę w obozie. Nazywany „Lalką” ze względu na swój nienaganny wygląd, przystojną twarz i atletyczną budowę. Mówiono o nim, że nie chodzi, a kroczy. Jednocześnie był niezwykle brutalny. Idąc przez obóz bił wielu spośród napotkanych, okładając ich nawet obydwoma rękoma i kopiąc dla zabawy. Jak większość z niemieckiej załogi zabijał od kilku do nawet kilkudziesięciu osób dziennie. Nic nie wiadomo jakoby kiedykolwiek wyrażał zwątpienie w swoją „misję” pełnioną w obozie. Jako jedyny wykonywał w Treblince zdjęcia - zatytułował je Schöne Zeiten („Piękne czasy”). Należy jednak zwrócić uwagę, że pomimo swego bestialstwa oraz niewątpliwej przyjemności jaką sprawiała mu praca, choć raz zdobył się na odruch życzliwości, a mianowicie napomniał rozmawiającego z nim Żyda, że gdy rozmawia z członkiem załogi ma obowiązek zdjąć czapkę. Tym samym, przynajmniej czasowo, uratował mu życie. Niemniej podobnie jak reszta kadry lubił się upijać, choć nie tak często jak swój szef – Franz Stangl – gdyż pił on od rana i zwykle wczesnym popołudniem był mocno pijany. Tak też było w dniu powstania w obozie. Jak na ironię pijaństwo uratowało go prawdopodobnie od śmierci, gdyż nie był on w stanie gdziekolwiek przejść. W momencie wybuchu strzelaniny zatoczył się do baraku i podobno leżał tam do zakończenia walki. Fakt nadużywania alkoholu mógł być oznaką pojawienia się jakiś wątpliwości. W końcu, jako oficer policji, był osobą lepiej wykształconą, wiemy jednak z jego zeznań i wywiadu z nim prowadzonego w 1970 r., że nie mogły to być wątpliwości o poważnym charakterze gdyż tylko raz i to pośrednio wyraził skruchę.

Wielu pracujących esesmanów, w mniejszym lub większym stopniu, przejawiało podobne cechy jak Kurt Franz. Ze wspomnień jednego z więźniów można przytoczyć historię, gdy rozmawiał on z jednym ze strażników o pracy, a ten niczym się nie przejmując, niejako w przerwie, zdjął z ramienia karabin, wycelował do jednego z więźniów i zastrzelił go, następnie spokojnie wyjaśniając, że zastrzelony zbyt wolno pracował.

 Należy jednak zauważyć, że zdarzały się wyjątki. Co prawda wszyscy Niemcy bili swoich „niewolników”, ale zdarzali się tacy, których było stać na ludzkie odruchy, a nawet na powstrzymywanie się od zabijania, z wyjątkiem wyraźnego rozkazu. Przykładem takiej osoby był Max Biela. Zgodnie z relacją świadków bił mniej, łagodniej, zabijał tylko na wyraźny rozkaz przełożonych i podobno raczej niechętnie. Na ponurą ironię (wszechobecną w obozie) zakrawa fakt, że został on zasztyletowany przez jedynego w Treblince argentyńskiego Żyda, Meiera Berlinera.

Innym rodzajem człowieczeństwa wykazał się ex-pastor skierowany do pracy w Treblince II w roli esesmana. Jego człowieczeństwo nie sprowadzało się do tego, że był mniej brutalny lecz do tego, że najprawdopodobniej załamał się nerwowo po około dwóch tygodniach pełnienia swoich obowiązków. To sporo, biorąc pod uwagę bezrefleksyjność większości jego kolegów.

W obozie nie mogło zabraknąć dla Niemców rozrywek. Taką zapewniali żydowscy śpiewacy skierowani do obozu, będący przed wojną gwiazdami estrady, wykonujący arie operowe, obozowy zespół muzyczny oraz letni bar położony w części mieszkalnej. Obsługiwali ich tam tzw. hofjuden (Żydzi dworscy, określenie pochodzące od Żydów zajmujących się sprawami administracyjnymi i finansowymi na dworach niemieckiej i austriackiej arystokracji). Podawali im drinki, a także dbali o porządek w kwaterach SS i barakach wachmanów. Nadto należy zaznaczyć, że obóz posiadał własne zoo.

Może wydawać się, że esesmani służący w obozie byli ludźmi szczególnie kwalifikowanymi do pełnienia tak brutalnej służby, niemal psychopatami. Niewykluczone, że część z nich stała się nimi. Zadziwia jednak fakt, że praktycznie wszyscy z nich byli uprzednio normalnymi ludźmi pracującymi na utrzymanie swoje i swoich rodzin, prowadzącymi zwykłe życie. Co więcej, nawet w trakcie pełnienia służby potrafili godzić brutalność w Treblince z życiem rodzinnym w Niemczech. Ci, którzy uniknęli aresztowania po zakończeniu wojny, z powodzeniem powrócili do życia w społeczeństwie. Potrafili umiejętnie się maskować, co musi oznaczać, że nie wyróżniali się w żaden widoczny sposób ze swojego otoczenia.

Bez dwóch zdań – funkcjonariusz obozowy musiał posiadać określone cechy, niemniej byłoby błędem postrzeganie go jako urodzonego psychopaty (podobny błąd popełnia się względem wielu dyktatorów, na czele z Adolfem Hitlerem). Być warto zadać sobie pytanie: czy wielu spośród tych, których widujemy na ulicy, w odpowiednich warunkach, mogłoby stać się Kurtem Franzem czy Franzem Stanglem?

Artykuł powstał m.in. w oparciu o książkę Michała Wójcika „Treblinka 43. Bunt w fabryce śmierci”





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA