cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności.

Dlaczego Polska Ludowa łagodnie traktowała hitlerowskich zbrodniarzy?

Jakub Wojas, 25.03.2020

Przekazanie Rudolfa Hoessa polskim śledczym

Zaraz po wojnie Polska Ludowa przystąpiła do ścigania i sądzenia niemieckich zbrodniarzy. Stalinowski system potraktował ich jednak bardzo łagodnie. Były nazista mógł liczyć na dobre warunki w więzieniu, a w sądzie na sprawiedliwy proces. O czymś takim członkowie podziemia niepodległościowego mogli tylko pomarzyć.

Tropiciel nazistów

Jan Sehn pochodził z rodziny niemieckich osadników, którzy przybyli w okolice Mielca pod koniec XVIII wieku. Rodzina była dosyć majętna. W komunistycznych kategoriach można rzec „kułacka”. Jeszcze przed wojną Sehn ukończył prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim i rozpoczął pracę w sądzie. Brał udział m.in. w postępowaniu przeciwko działaczowi komunistycznemu Bolesławowi Drobnerowi. W 1939 roku nie walczył – miał kategorię C. W czasie okupacji nie angażował się w konspirację i pracował w Stowarzyszeniu Przemysłowym Restauratorów i Pokrewnych Zawodów w Krakowie. W związku z tym po wojnie pojawiły się wobec niego zarzuty, że doprowadził do zamknięcia jednej z krakowskich restauracji i wywózki jej właściciela na roboty. Ponadto niejasne były też losy jego starszego brata Józefa, który miał podpisać w czasie wojny volkslistę, a po 1945 roku gdzieś zniknąć.

Jak widać życiorys Sehna z perspektywy ludowej Polski mógł się wydawać podejrzany, a mimo to to jemu powierzono bardzo odpowiedzialną funkcję przewodniczącego Okręgowej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich w Krakowie. To do niego należało m.in. wykrycie, sprowadzenie do Polski zbrodniarzy hitlerowskich, a następnie ich przesłuchanie i zebranie dla sądu i prokuratury niezbędnego materiału dowodowego. Andrew’u Nagorski poświęcił Sehnowi rozdział w swojej książce Łowcy nazistów. Niedawno reportażowe śledztwo na temat tej postaci przeprowadził Filip Gańczak w książce Jan Sehn. Tropiciel nazistów.

Więcej o powojennym ściganiu niemieckich zbrodniarzy
można przeczytać w książce Jan Sehn. Tropiciel nazistów

Choć ten późniejszy szef krakowskiego Instytutu Ekspertyz Sądowych i profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego jest głównym bohaterem tej książki, to opowieść o nim samym, wbrew tytułowi, niknie w cieniu postępowań, które jako sędzia śledczy przeprowadzał. Książka o tropicielu nazistów wypada znacznie lepiej, gdy skupia się na samym tropieniu nazistów niż na życiorysie Sehna, do którego prawdziwego oblicza autor, mam wrażenie, chyba niewiele się zbliżył.

Niemniej fascynujące są opisy spraw, którymi ten sędzia się zajmował. To Sehn bowiem przesłuchiwał znanego chociażby z Listy Schindlera komendanta obozu w Płaszowie Amona Götha. Wyciągał też zeznania od komendanta Auschwitz Rudolfa Hössa, a także reszty załogi tego niesławnego miejsca. Praktycznie każdy z przesłuchiwanych umniejszał swoją rolę w procesie Zagłady i oczywiście zarzekał się, że na tyle ile mógł to pomagał więzieniom, ale nie był w stanie w jakikolwiek sposób zapobiec zbrodniom, a tak w ogóle to tylko wykonywał rozkazy.

Myśmy tylko wykonywali rozkazy

Göth, który rzeczywiście jak to było przedstawione w filmie lubił strzelać ze swojej willi do pracujących więźniów, również wypierał się swojego bezpośredniego udziału w mordach w krakowskim getcie i obozie. Jednak kiedy Sehn przedstawił mu listę świadków, którzy obciążyli go zeznaniami wykrzyczał:

Co? Tylu Żydów? A nam ciągle wmawiano, że żaden z tych sukinsynów nie przeżyje wojny.

W chwili szczerości na uwagę protokolantki Krystyny Szymańskiej, że bardzo jej przykro, że Göth jest wiedeńczykiem, bo dotąd nie przypuszczała, że w Wiedniu, skąd pochodziła jej matka, mógł urodzić się taki zbrodniarz, nazista odpowiedział:

Proszę Pani, w każdym społeczeństwie rodzą się wyrzutki.

Amon Göth w trakcie własnego procesu

Mimo to komendant płaszowskiego obozu konsekwentnie do niczego się nie przyznawał. Udało się jednak zgromadzić wystarczającą ilość dowodów przeciwko niemu, by zasądzić karę śmierci. Przed egzekucją Göth jeszcze zakrzyknął: Heil Hitler!

Inaczej postępował Rudolf Höss. Zdawał sobie sprawę, że zbyt wielu widziało go przy masowych egzekucjach czy paleniu ludzi w krematoriach. Nie negował tego, ale twierdził, że mogło być gorzej. Niby alarmował zwierzchników o złych warunkach w obozie. Rzekomo nakazywał rozdawać więźniom ubrania po wymordowanych. Znów jednak te zeznania nie wytrzymywały konfrontacji z faktami. Co symptomatyczne, Höss uważał się za ofiarę historii. Zdawał sobie sprawę, że źle postępuje, ale był przekonany, że znalazł się w sytuacji bez wyjścia.

Podobną ofiarę losu robiła z siebie jego podwładna, Maria Mandel. Pochodziła z biednej rodziny, przed rozpoczęciem kariery w obozach koncentracyjnych pracowała jako służąca i kucharka. Z jeszcze większych nizin, jako nieślubny syn austriackiej służącej i słowackiego kelnera, wywodził się Maximilian Grabner, pracujący w młodości jako pastuch i robotnik rolny. Służba w SS stanowiła dla niego awans społeczny, ale jak twierdził, w Auschwitz był uważany za „kłodę i przeszkodę” w prowadzeniu obozu. Oczywiście, jak każdy zbrodniarz zapewniał, że na tyle ile mógł, to pomagał więźniom. Świadkowie jednak przypisywali mu masowe mordy.

Co ciekawe, chociaż większość zbrodniarzy przesłuchiwanych przez Sahna to tzw. bogowiercy, czyli wyznawcy specjalnej pseudopogańskiej religii wytworzonej w NSDAP, to wielu z nich po aresztowaniu przypominało sobie o dawnym wyznaniu. Przed śmiercią do katolicyzmu wrócił Höss, choć są wątpliwości czy to nawrócenie było pełne. Swój katolicyzm podkreślała prawa ręka gubernatora Franka, Josef Bühler. Jednakże autentycznie religijny wydaje się być ewangelik, Curt von Burgsdorff – szef dystryktu krakowskiego. Broni się standardowo, że wiedział o represjach, egzekucjach i masowych mordach, nic nie mógł temu zaradzić, ale jak była okazja to pomagał. O dziwo, na potwierdzenie jego słów znajdują się polscy i niemieccy świadkowe. Burgsdorff dostał ostatecznie trzy lata więzienia z zaliczeniem okresu aresztu na poczet kary. Wkrótce po procesie wyszedł na wolność.

Na podobny wyrok zapewne liczył Arthur Liebehenschel, kolejny komendant w Aushwitz. Tu pojawiały się świadectwa, że zamienił on obóz koncentracyjny w Oświęcimiu na „Oświęcim-sanatorium”. Były nawet wątpliwości, czy jest sens sprowadzać go do Polski, bo podejrzewano, że z pewnością zostanie uniewinniony. Sehnowi jednak udało się wykryć mistyfikację. Za Liebenhenschela system mordowania się nie zmienił, tylko był lepiej kamuflowany. Z kolei komendant wcale nie był łagodny, tylko wykonywał polecenia Himmlera, który chciał, żeby alianci przestali zwracać uwagę na machinę Zagłady.

Dlaczego tak łagodnie?

Najwyższy Trybunał Narodowy, który specjalnie powołano w celu sądzenia niemieckich zbrodniarzy potrafił jednak i uniewinnić oskarżonego. Tak było z lekarzem Hansem Munchem, przy którego sprawie nie zebrano wystarczającego materiału dowodowego. No właśnie, NTN starał się trzymać wszelkich standardów sprawiedliwego sądu. Oskarżeni mieli obrońców, którzy nie byli tylko szkodliwą atrapą jak to było w trakcie procesów ludzi podziemia, ale potrafili stworzyć dosyć sensowną linię obrony. Sąd korzystał także z opinii i ekspertyz wybitnych fachowców, jak np. znawcy prawa międzynarodowego prof. Ludwika Ehrlicha. Również w więzieniu oskarżonym o zbrodnie wojenne zapewniono warunki wręcz sanatoryjne. Nie było mowy o żadnym biciu, co było standardem w przypadku byłych akowców. Pobicia się wprawdzie zdarzały, ale w czasie transportu więźniów czy zatrzymaniu ze strony żołnierzy amerykańskich. W Polsce natomiast pod tym względem bardzo się pilnowano. Byli naziści mogli czytać dowolne książki w języku niemieckim, dochodziła do nich korespondencja od rodziny, zapewniano spacer i czystą bieliznę. Sam sędzia Sehn uważając, że łagodne traktowanie ułatwia wyciągnięcie zeznań zamawiał specjalne obiady dla Rudolfa Hössa.

Proces przed Najwyższym Trybunałem Narodowym załogi obozu Auschwitz w gmachu Muzeum Narodowego w Krakowie

Powód takiego obchodzenia się z bądź co bądź w większości postaciami odrażającymi jest dosyć prosty. Przeważająca większość zbrodniarzy została złapana przez siły amerykańskie i brytyjskie. Polska musiał ich zatem stamtąd sprowadzić, co zależało od dobrej woli aliantów. Potem po ich sprowadzeniu i postawieniu przed sądem procesy te były obserwowane przez cały świat. Były to bowiem jedne z pierwszych procesów zbrodniarzy i inne kraje mogły szukać w Polsce wzorców. Dlatego nie mogło być widać, że oskarżeni są źle traktowani i nie mają zapewnionego prawa do obrony. Niepewna jeszcze władza komunistyczna chciała w ten sposób zrobić jak najlepsze wrażenie na zagranicy. I trzeba przyznać, że zrobiła.

Naturalnie, wraz z postępem zimnej wojny wszystko się zmieniło. Początkowo kordialną współpracę z Amerykanami i Brytyjczykami zastąpiła nieufność. Procesy zbrodniarzy też zaczęły zbliżać się do stalinowskich standardów. Ostatnim postępowaniem przeciwko nazistowskiemu funkcjonariuszowi, w jakim brał udział Sehn był proces Gerarda Maurera. W czasie wojny m.in. dostarczał on wielkim koncernom przemysłowym więźniów z obozów koncentracyjnych do pracy w ich zakładach. Jego proces, który miał miejsce w 1951 roku, był już typową komunistyczną pokazówką, skierowaną tym razem przeciwko zachodnioniemieckim kapitalistom. Pomimo że Maurer włączył się ochoczo w tę szopkę, to sąd nie widział okoliczności łagodzących i zasądził karę śmierci. Bolesław Bierut nie skorzystał z prawa łaski, choć przy innych zbrodniarzach, zamieniając wyrok na dożywocie, mu się to zdarzało.

Działalność Najwyższego Trybunału Narodowego to chyba najjaśniejsza część historii polskiego sądownictwa w czasach Polski Ludowej i szkoda, że jego standardy nie były czymś powszechnym. Łagodne traktowane, jakie zapewnili zbrodniarzom Polacy stanowiło też przewrotny rodzaj reedukacji. Rudolf Höss w liści pożegnalnym do żony napisał:

Dopiero tu, w polskich więzieniach, poznałem, co to jest człowieczeństwo. Mnie, który jako komendant Oświęcimia sprawiłem narodowi polskiemu tyle bólu i wyrządziłem tyle szkód […] okazywano ludzką wyrozumiałość, co mnie bardzo głęboko zawstydzało.

Artykuł powstał m.in. w oparciu o książkę Filipa Gańczaka Jan Sehn. Tropiciel nazistów





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA