cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności.

Czwartek, 22.02.2024

Czy oficerowie II RP rzeczywiście byli honorowi?

Jakub Wojas, 11.11.2023

Oficerowie 2 Szwadronu 1 Pułku Szwoleżerów w koszarach przy ulicy 29 Listopada w Warszawie, 22 czerwca 1928 r.

Czy honor wiążę się z przestrzeganiem prawa? Teoretycznie tak, ale w przedwojennej Polsce nie było to aż takie oczywiste. Obrona godności i honoru oficerskiego nie była prostą sprawą i by pozostać uważanym w powszechnej opinii za „człowieka honoru” trzeba było być gotowym do największych poświęceń. A przepisy prawne miały przy tym drugorzędne znaczenie.

Czym jest honor i jak go się broni?

Już pobieżna analiza dokumentów Wojska Polskiego z dwudziestolecia międzywojennego pozwala nam stwierdzić, że honor żołnierski to coś więcej niż honor cywilny, a honor oficerski to w ogóle szczyt piramidy. Od oficerów bowiem wymagano najwięcej. To oni mieli świecić przykładem wobec społeczeństwa i stanowić wzorzec obywatela polskiego. Honor łączono z nieskazitelnością charakteru, sumiennością, uczciwością, prawidłowym wykonywaniem swoich obowiązków. Generał Kazimierz Sosnkowski podczas jednej z inspekcji w 30. Dywizji Piechoty skrytykował tamtejszy stan łączności słowami:

Zaniedbywanie tego podstawowego obowiązku jest jednym z najohydniejszych zwyczajów, naruszających godność oficera i munduru.

Kłopoty jednak się zaczynały, gdy honor oficera został zaatakowany. Bo skoro został zaatakowany, to należy się bronić. Ale jak? Tutaj wbrew pozorom nie było prostej odpowiedzi, a to rodziło tylko kolejne problemy.

Unormowania względem spraw honorowych znajdowały się w kodeksie honorowym. W użyciu było kilka takich publikacji. Najpopularniejszy był tzw. kodeks Boziewicza z 1919 r., napisany przez prawnika, oficera administracyjnego Władysława Boziewicza. Choć dzieło to pod pewnymi względami było restrykcyjne (np. wykluczano z grona ludzi honorowych homoseksualistów czy kobiety), to wyparło podobny w duchu, aczkolwiek miejscami łagodniejszy, kodeks Zygmunta Pomiana (Wilhelma Feldmana) z 1899 r. Obydwie te pozycje łączyło jednak rozstrzyganie kwestii honorowych za pomocą pojedynku. Zupełnie nowatorskim podejściem wykazał się z kolei Powszechny Kodeks Honorowy Jana Gumińskiego z 1930 r. Honor przysługuje tu już zarówno mężczyznom, jak i kobietom, pojedynki są wykluczone, a ich rolę przejmuje sąd honorowy (u Boziewicza i Pomiana był to organ, który zajmował się głównie kwestiami pobocznymi np. stwierdzeniem, czy ktoś w ogóle ma zdolność honorową).

Grupa oficerów 22 pułku ułanów podkarpackich, lata 20.

Regulacje Gumińskiego były zgodne z obowiązującymi w wojsku przepisami. Rozkazem Naczelnego Wodza z 1918 r. wszelkie pojedynki w Wojsku Polskim były zabronione, a rozstrzyganiem zatargów honorowych wśród oficerów miały zajmować się Oficerskie Sądy Honorowe podległe Ministerstwu Spraw Wojskowych. Dzieliły się one na te dla oficerów młodszych w pułkach i te dla oficerów sztabowych przy dowództwach okręgów korpusów i wyższych instytucjach wojskowych. Oficerskie Sądy Honorowe mogły wyznaczyć kary nagany, surowej nagany (14-dniowa niemożność korzystania z kasyna oficerskiego i utrzymywania kontaktów towarzyskich) lub, po zatwierdzeniu decyzji przez Prezydenta, wykluczyć z korpusu oficerskiego.

Sąd nakazuje popełnić przestępstwo

Przez cały okres dwudziestolecia OSH miały pełne ręce roboty. Powodem poddania sprawy rozstrzygnięciu tego gremium były nierzadko błahostki. Franciszek Kusiak w swojej książce „Życie codzienne oficerów Drugiej Rzeczpospolitej” wskazuje szereg przykładów drobnych zatargów, które kończyły się rozprawą przed oficerskim sądem. Pewien podpułkownik poczuł się obrażony skierowanymi w jego stronę słowami innego podpułkownika: „wypraszam sobie”. Pewien kapitan pozwał majora, który skrytykował jego książkę na łamach prasy. Często też przed OSH trafiały sprawy związane z użyciem słów wulgarnych wśród osób cywilnych czy zadawaniem się z ludźmi spoza „towarzystwa”. Najwięcej spraw dotyczyło jednak niespłaconych długów. Niekiedy kończyły się one wykluczeniem z korpusu oficerskiego. Bywało jednak też tak, że wystarczyło pisemne zobowiązanie do natychmiastowej spłaty. Najciekawsze były spory związane z niereagowaniem na obrazę. Tutaj bowiem bardzo często Oficerski Sąd Honorowy zobowiązywał strony do popełnienia przestępstwa, czyli stoczenia pojedynku.

Symptomatyczna pod tym względem jest ciągnąca się aż 9 lat sprawa por. Stefana Sztukowskiego, który w czerwcu 1919 r. w odpowiedzi na złośliwe uwagi i nie podanie mu ręki przez kapitana marynarki Zygmunta Horydna uderzył go w twarz. Sądy honorowe ukarały kapitana surową naganą, a porucznika naganą, wskazując jednocześnie, że ostateczne rozwiązanie może dać jedynie pojedynek. Porucznik Sztukowski nie był jednak tym zainteresowany. W rezultacie sekundanci kapitana spisali jednostronny protokół, w którym uznano Sztukowskiego za człowieka niehonorowego. Brak reakcji porucznika na tę zniewagę sprowadził na niego kolejny wyrok Sądu Honorowego wzywający go do stoczenia walki. Dopiero w 1928 r. władze wojskowe przyznały, że to por. Sztukowski miał rację odmawiając udziału w niedozwolonym pojedynku.

15-lecie 1 Pułku Ułanów Krechowieckich w Augustowie - defilada oddziałów konnych; lipiec 1932 r. 

Bywały również sytuacje, gdy orzeczenia Oficerskich Sądów Honorowych kończyły się tragedią. Porucznik Jan de Rosset skierował w 1928 r. do OSH pozew przeciwko pułkownikowi Henrykowi Budkowskiemu z 1. Pułku Ułanów Krechowieckich. Rosset służył wcześniej w ułanach krechowieckich, a następnie przeniósł się do policji politycznej. Poczuł się urażony, gdy dowiedział się, że pułkownik Budkowski publicznie stwierdził, że  

Źle się dzieje u ułanów krechowieckich  skoro do jego pułku należą tacy, przeciw którym toczyło się kiedyś dochodzenie prokuratorskie, a później przenieśli się do policji politycznej. Osobnicy tego rodzaju plamią honor naszego pułku. 

Sąd Honorowy kolejny raz wskazał na pojedynek jako na jedyną formę rozstrzygnięcia sporu. Tym razem obydwaj panowie podporządkowali się orzeczeniu. Pojedynkowano się na pistolety. Traf chciał, że pistolet pułkownika dwa razy odmówił posłuszeństwa. Strzał porucznika okazał się tymczasem śmiertelny. Sprawa znalazła ostateczny finał w sądzie wojskowy. Rosseta skazano na rok twierdzy przez sąd zarówno pierwszej, jak i drugiej instancji. Biorąc pod uwagę, że mamy do czynienia z zabójstwem, to była to śmiesznie mała kara, choć właśnie zazwyczaj orzekana w takich sprawach. Ponadto był to rok w twierdzy, a nie więzienia, co stanowiło naprawdę sporą różnicę. Twierdza nie była karą hańbiącą. Skazany, który do niej trafił nie był wydalany z wojska i po jej odbyciu mógł nadal kontynuować służbę, chociaż nie wliczano czasu spędzonego w zamknięciu do wysługi lat. Warto dodać, że warunki, w jakich przebywał żołnierz były więcej niż znośne. Oficer miał prawo spacerować po obszarze twierdzy bez eskorty, posiłki otrzymywał nierzadko z restauracji, pobierał 50 proc. żołdu wraz z dodatkami, przyjmował gości, prowadził korespondencję oraz mógł uczestniczyć we mszy św. Władze twierdzy miały jednakże prawo do ograniczenia tych udogodnień. 

Major Stefan Pawlikowski

Z tej perspektywy może nas dziś szokować wyrok wydany na kapitana pilota Stefana Pawlikowskiego. 29 czerwca 1926 roku wdał się on w zupełnie błahą sprzeczkę z taksówkarzem. Kierowca nieopacznie przejechał zbyt blisko grupy wojskowych wychodzących z bankietu w restauracji Empire na Nowy Świecie. Oficerowie natychmiast zwyzywali taksówkarza. Doszło nawet do rękoczynów.  Pojawiła się policja i zabrała wszystkich na komisariat. Tam 30-letni kapitan Pawlikowski, który wcześniej uderzył kierowcę usłyszł od niego, że jest łobuzem. Pawlikowski nie wytrzymał, wyciągnął broń i strzałem z pistoletu zabił nieszczęsnego taksówkarza. I co jest w tym najdziwniejsze, w trakcie procesu opinia publiczna murem stanęła za oficerem. Wyrok był zresztą łagodny. Było to 3 lata twierdzy. Gorsze okazało się wydalenie z wojska i pozbawienie odznaczeń, ale tu w sukurs przyszedł prezydent Ignacy Mościcki, który skorzystał z prawa łaski.  Po odbyciu kary Pawlikowski kontynuował karierę w armii. W 1939 roku walczył w grupie pościgowej. Poległ w 1943 roku w trakcie lotu bojowego nad Francją. W 1964 roku pośmiertnie mianowano go generałem brygady.

Paradoksalnie dla oficera bardziej hańbiące było postawienie do raportu. To właśnie podczas niego młodszy oficer mógł się spodziewać nałożenia kary dyscyplinarnej. W czasach II RP aż 60 proc. tego typu kar wynikało z decyzji dowódcy pułku, który w ten sposób chciał zachować porządek w swojej jednostce. Narzędziami, jakie do tego służyły były kary nagany, nagany pisemnej, aresztu domowego do 20 dni i obostrzonego aresztu do 21 dni. Rodzaj wymierzanej sankcji zależał w znacznej mierze od ciężaru przewinienia.

Oczywiście, zawsze można było się odwołać do zwierzchników nakładającego karę, lecz nie była to rekomendowana droga. Znana była historia rotmistrza Zbigniewa Cedlera, który ukarany 7-dniowym obostrzonym aresztem odwołał się do przełożonych. Nie dość, że nie anulowano mu kary to w dodatku nałożono na niego jeszcze 14-dniowy obostrzony areszt za to, że ważył się wnieść zażalenie. Nie był to wyjątek. Oficerów, którzy krytykowali decyzje swoich dowódców sekowano, pomijano w awansach i traktowano nieufnie. Widziano w tym przejaw niedopuszczalnej w wojsku niesubordynacji.

Powodem nałożenia kary dyscyplinarnej mogły być najróżniejsze rzeczy: nadużywanie wulgaryzmów, terroryzowanie podkomendnych, udział w burdach czy pijaństwo. Dowódcy najczęściej starali się jednak nie nadużywać tych instrumentów dyscyplinowania podwładnych. Jak twierdził jeden z wyższych oficerów: kara stanowi tylko wtedy środek wychowawczy, dopóki nie zostanie nałożona.

Jednak nałożenie samej kary nie musiało spowodować obniżenia oceny rocznej delikwenta. Franciszek Kusiak przywoływał przykład oficera, który w 1929 r. bezprawnie przetrzymywał rekruta w areszcie za co dostał naganę, oraz wulgarnie odezwał się do wachmistrza, przez co 3 dni przesiedział w areszcie domowym. Mimo tego ocenę roczną otrzymał bardzo dobrą, w dodatku podkreślono jego bardzo dobry stosunek do podwładnych i dbałość o rekrutów.

Warto też dodać, że kara zwykłego aresztu była dość łagodna. Polegała ona po prostu na tym, że dany oficer po pracy nie mógł wychodzić z domu i prowadzić życia towarzyskiego (np. przyjmować gości). Gorzej było z obostrzonym aresztem, który odbywano na terenie jednostki wojskowej, najczęściej w pomieszczeniu przy wartowni. Ukarani oficerowie uznawali tę karę za wyjątkowo upokarzającą.

Przed sądem wojskowym

Sąd wojskowy orzekający w przypadku przestępstw popełnionych przez żołnierzy dysponował już innym asortymentem sankcji. Za najcięższe przestępstwa była to oczywiście kara śmierci. Oficer mógł znaleźć się też w więzieniu lub areszcie wojskowym, bądź dostać wspomnianą karę twierdzy. 

W przypadku kary więzienia sąd często równocześnie orzekał usunięcie z armii. Najczęstszym powodem (w latach 1927-1939 ponad 60 proc.) były przestępstwa gospodarcze, w tym korupcja i kradzieże. Ponadto oficerom zdarzało się podrabiać dokumenty (maskując np. swoje braki w wykształceniu), odmawiać wykonania rozkazu, brać udział w burdach, nadużywać swojego stanowiska służbowego. Dość częstym zjawiskiem było bicie podwładnych oraz wymuszanie pożyczek, których później nie zwracano. Na początku lat 30. doszło do kilku bulwersujących przypadków znęcania się oficerów nad żołnierzami. Powszechne było kopanie, targanie za uszy i nos. W pułkach artylerii konnej i kawalerii zdarzało się również ranienie szablą pośladków żołnierzy.

Powyższe sytuacje doprowadziły w końcu do wydania przez ministra spraw wojskowych zarządzenia:

W odniesieniu do każdego oficera i podoficera, który w przyszłości dopuści się przekroczenia władzy przez uderzenie podwładnego, obrazę lub zniesławienie go, albo będzie stosował karne ćwiczenia, przedstawiać wniosek na zwolnienie z czynnej służby wojskowej, niezależnie od toczącej się sprawy karnej w sądzie wojskowym.

Kara aresztu, często jedynie kilkudniowa, okazywała się niekiedy bardziej uciążliwa niż kara twierdzy. Tę ostatnią uważano za karę godną oficera, natomiast areszt wiązał się z przebywaniem w miejscu i z towarzystwem, które mogło działać demoralizująco.

Józef Piłsudski w otoczeniu oficerów,  Warszawa ok. 1922 r.

Sądy wojskowe nie zawsze były zaś skłonne do przyjmowania spraw obyczajowych za ujmę na oficerskim honorze. Zwróćmy uwagę na przypadek majora Stefana Stawińskiego. 22 marca 1933 roku spędzał on wieczór wraz ze swoją małżonką Adelą w restauracji „Kaukaska” w Warszawie. Pech chciał, że pojawiła się tam wtedy jego kochanka Helena Jakubowska, a do niej zaczął się zalecać inżynier Adam Jankowski. Major Stawiński w przypływie zazdrości podszedł do Jankowskiego i dał mu do zrozumienia, że panna Jakubowska nie jest nim zainteresowana. Inżynier spoliczkował majora i wyzwał na pojedynek. Ten w odpowiedzi sięgnął po rewolwer i strzelił w serce rywala. Sąd nie przychylił się do stanowiska obrony, że była to sprawa honorowa, ale Stawiński i tak dostał tylko dwa lata więzienia. I co było dla niego chyba dużo gorsze, wydalono go z korpusu oficerskiego.

Pojedynek dobry na wszystko

W latach 20. pojedynki były najpopularniejszą formą załatwiania spraw honorowych. Etatowym wręcz pojedynkowiczem był pułkownik Bolesław Wieniawa-Długoszowski. Najgłośniejszym echem odbił się jego pojedynek, jaki stoczył 24 kwietnia 1926 r. z redaktorem Wacławem Drozdowskim, który zdaniem Wieniawy obraził go w artykule opublikowanym w Gazecie Warszawskiej. Walczono na szable kawaleryjskie w stałym miejscu pojedynków w Warszawie, czyli ujeżdżalni 1. Pułku Szwoleżerów przy ul. Huzarskiej. Dwukrotnie raniony w rękę dziennikarz przegrał. Sprawa złamania zakazu toczenia pojedynków trafiła później wprawdzie do sądu, ale Wieniawę skazano na jedynie 5 dni aresztu.

Skłonność swojego ulubieńca do takich krwawych rozstrzygnięć zwalczył sprytnym ruchem marszałek Józef Piłsudski, który mianował pułkownika Długoszowskiego komendantem Garnizonu Warszawa. Do jego obowiązków miało odtąd należeć dbanie, by nie dochodziło na podległym mu obszarze do pojedynków. I rzeczywiście nie zanotowano od tej nominacji żadnych starć między oficerami na terenie stolicy.

Bolesław Wieniawa-Długoszowski

W innych garnizonach pojedynki niemal przez całe dwudziestolecie były częścią wojskowego kolorytu i urozmaiceniem nudnej służby. Często powody do pojedynkowania się dawały libacje alkoholowe. W 27. Pułku Ułanów z Nieświeża na rubieżach II RP miało miejsce zdarzenie, w którym pod wpływem alkoholu dwóch oficerów wyzwało się do starcia na ubitej ziemi. Po wytrzeźwieniu chcieli załatwić sprawę polubownie, lecz sekundanci parli do rozwiązania siłowego. Wedle ustalonych zasad pojedynkowano się na pistolety z możliwością oddania trzech strzałów. Niestety, zdarzenie zakończyło się śmiercią jednego z pojedynkowiczów.

Niebagatelnym powodem częstego pojedynkowania się w wojsku było plebejskie pochodzenie części kadry oficerskiej. Kodeks Boziewicza rozszerzał grono ludzi honorowych poza obręb szlachty i dla wielu oficerów symbolicznym wejściem do stanu rycerskiego było stoczenie pojedynku. Nie zawsze jednak było to konieczne. Choć dochodziło do wyzwania, to do starcia wcale nie musiało dojść. Wyznaczeni przez strony sekundanci mieli przede wszystkim ustalić, czy możliwe jest zawarcie satysfakcjonującego wszystkich porozumienia. Jeżeli tak, spisywano protokół i zatwierdzano go przez strony. Jeżeli nie, ustalano reguły pojedynku. Według kodeksu Boziewicza dopuszczalną bronią były szable, szpady albo pistolety. Ograniczenia względem broni białej zachodziły w momencie, gdy jedna strona była zawodowym szermierzem. Pomimo że kodeks Boziewicza zwracał się w stronę rozwiązań siłowych, to widać tam tendencję do niepowodowania ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Zalecano m.in. dezynfekcje broni białej, dopuszczano też pojedynek do pierwszej krwi, choć bardziej pożądaną formą było do obezwładnienia przeciwnika.

Dowództwa pułków, chociaż przymykały oczy na pojedynki, to starały się, żeby przynosiły one jak najmniejsze urazy. Wedle niepisanych zasad starano się nie walczyć na pistolety, w szczególności bronią służbową, która była zbyt celna. Rekomendowane były natomiast szable lub szpady i starcia do pierwszej krwi.

Mordowanie z Boziewiczem w ręku

Czasami jednak nie trzeba było pojedynku, by dochodziło do tragedii. Na podstawie kodeksu Boziewicza oficerowie i członkowie armii na czynną zniewagę mogli odpowiedzieć natychmiast czynem, bronią lub przedmiotem, znajdującym się pod ręką, i zwróceniem go przeciw osobom trzecim, chcącym przeszkodzić w tym zamiarze. Na tej podstawie pewien major w słynnej kawiarni „Ziemiańska” w Warszawie zabił mężczyznę, który wszczął awanturę. Za swój czyn żołnierz dostał 2 lata więzienia, ale nie wydalono go z wojska, gdyż sąd nie dopatrzył się w jego działaniu cech hańbiących mundur. O wiele bardziej kuriozalna sytuacja miała miejsce w 1927 r., gdy pewnemu kapitanowi zdawało się, że Żyd przewożący ludzi przejeżdżającym obok jego wozu omnibusem zamachnął się na niego batem. Reakcja oficera była natychmiastowa – strzelił do woźnicy. Zabił jednak nie jego, a dwóch pasażerów.

Grupa oficerów kieleckiego garnizonu Wojska Polskiego, 1925 r.

Czasami bywały też sytuacje, że uratować honor mogła jedynie własna śmierć. Na podstawie dokumentów garnizonu Bydgoszcz Franciszek Kusiak podaje powody, które przypuszczalnie doprowadziły do honorowych samobójstw. Był to m.in. brak awansu, reprymenda od przełożonego czy obawa przed zwolnieniem z wojska. Pewien porucznik, który uderzony przez podoficera nie zareagował w porę na tę zniewagę widział tylko we własnej śmierci możliwość zmazania plamy na honorze. Podoficer według kryteriów podanych przez Boziewicza (matura, pochodzenie społeczne lub zasługi) nie był w tym wypadku człowiekiem honoru, a zatem ani pojedynek, ani sąd honorowy nie wchodził w grę. Natomiast oddanie sprawy sądowi powszechnemu (co rekomendował Boziewicz w takich sytuacjach) było postrzegane w środowisku wojskowym jako poniżenie godności oficerskiej. Pozostawał zatem jedynie strzał we własną skroń.

Każdy taki przypadek kończył się okrzykami oburzenia opinii publicznej i głośnym wezwaniem, by zakończyć „mordowanie z Boziewiczem w ręku”. W 1930 r. Mieczysław Wóycicki na łamach „Głosu Sądownictwa” pytał:

Czyż znajdzie się taki sędzia, który studenta-korporanta, oskarżonego o zabójstwo swego przeciwnika na mecie pojedynkowej uzna za zwykłego zabójcę i skaże go za ten czyn na ciężkie więzienie? A czy Sąd Wojskowy, posiłkujący się przy przestępstwach zwykłych normami ogólnego kodeksu karnego, będzie mógł stanąć na tym stanowisku? 

Apele te zaczynały w kolejnych latach przynosić swój skutek i mania pojedynkowania odchodziła w przeszłość. Sprawy honorowe pozostawiano Oficerskim Sądom Honorowym, które również starały się ważyć swoje wyroki i jednocześnie strzec godności stanu oficerskiego. I trzeba przyznać, że sztuka ta im się udała. Pod koniec lat 30. oficerowie byli najlepszą wizytówką nie tylko armii, ale całego państwa.





Udostępnij ten artykuł

,

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA