cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności.

Piątek, 02.12.2022

Legiony Polskie we Włoszech – hańba, chwała, realizm i frajerstwo

Jakub Wojas, 09.01.2022

Legiony Polskie we Włoszech. Obraz Józefa Peszki

Stefan Żeromski w „Popiołach” nakreślił obraz żołnierzy Legionów Dąbrowskiego trochę inny niż ten znany z patriotycznych czytanek. Mimo ewidentnego bohaterstwa, Polacy nie stronili od grabieży, gwałtów czy mordów cywilów. Cieniem na tej inicjatywie kładzie się też aspekt współpracy z Francją, której gorzki smak legioniści poczuli bardzo szybko.

Kalkulacje, czyli czy w ogóle to miało sens?

Stłumienie powstania kościuszkowskiego i III rozbiór Rzeczpospolitej wcale nie spowodował, wbrew intencjom zaborców, zdławienia polskiego ruchu niepodległościowego. Rychło zaczęły powstawać pierwsze grupy, które dążyły do odzyskania wolności. Nie wszystkie działały w kraju. Część przygarnęła Francja, która jeszcze wtedy nie uznawała rozbiorów. Rewolucjoniści francuscy mieli zresztą dług wdzięczności wobec Polski. Mocarstwa rozbiorowe nie mogły skoncentrować swoich sił na tłumieniu rewolucji francuskiej, gdyż w tym samym czasie w państwie polsko-litewskim wybuchła insurekcja.

Polska emigracja nad Sekwaną, w sumie bez zaskoczenia, była mocno ze sobą skłócona. Deputacja postulowała zrównanie wszystkich stanów. Przeciwstawiali się im Polscy Uchodźcy przywiązani do idei Konstytucji 3 Maja. W odróżnieniu od lewicy nie zamierzali oni wzniecać powstania w kraju, lecz formować rodzime oddziału u boku innych państw. To właśnie z tego środowiska wyszły pomysły złożenia francuskiemu Dyrektoriatowi propozycji formowania polskiego legionu. Francja być może była tym zainteresowana, ale nie mogła wyrazić na to zgody. Konstytucja francuska bowiem zabraniała formowania cudzoziemskich jednostek, a ewentualny konflikt z Prusami, wkrótce po podpisaniu traktatu pokojowego, nie był Paryżowi na rękę. Znaleziono jednak rozwiązanie. Polski legion miał powstać w północnych Włoszech, gdzie Francuzi utworzyli Republikę Lombardzką i gdzie z najazdem innego polskiego zaborcy – Austrii – dzielnie sobie radził młody generał - Napoleon Bonaparte.

Generał Jan Henryk Dąbrowski na czele Legionów -
akwarela Juliusza Kossaka

W ówczesnej sytuacji związanie nadziei na wskrzeszenie Rzeczpospolitej z Francją wydawało się działaniem racjonalnym. Paryż jako pomiot rewolucji był skłócony z naszymi zaborcami, więc wojna z nimi była całkiem realna. Podobne kalkulacje czyniono z Turcją, która również nie uznawała rozbiorów. Dlatego też Deputacja wysuwała pomysły stworzenia na pograniczu rosyjsko-tureckim polskich oddziałów. Weteran powstania kościuszkowskiego Joachim Denisko wmyślił nawet takie hasło rekrutacyjne:

Kto kocha Ojczyznę, niech idzie na Wołoszczyznę.

Stambuł jednak nie chciał ryzykować kolejnego konfliktu z Rosją, tym bardziej, że ostatnie były dla Imperium Osmańskiego przegrane.

Była jednakże również inna opcja. Część polsko-litewskich elit uznała, że walka o pełną niepodległość w obliczu potęgi mocarstw rozbiorowych jest mrzonką. Należy dogadać z którymś zaborców i w ramach którejś z tych monarchii zjednoczyć ziemie polskie i litewskie. Takie pomysły podsuwał np. dworowi berlińskiemu jeden z późniejszych członków grupy Polskich Uchodźców Józef Wybicki czy sam generał Dąbrowski. O dziwo, fiasko tego projektu nie zraziło pozostałych. W Prusach kolejne takie propozycje wyszły od Antoniego Radziwiłła, a w Rosji od Adama Jerzego Czartoryskiego. Ale był to pozorny realizm. Na pomoście bałtycko-czarnomorskim panował spokój, a naruszanie statusu quo nie leżało w interesie żadnego z zaborców. Prawdziwy realizm nakazywał związać się z państwem, któremu zależało na rozbiciu tego stanu, czyli Turcji, dla której hegemonia Rosji nad Morzem Czarnym stanowiła żywotne zagrożenie i Francji, która była w sporze z dworami w Berlinie, Wiedniu i Petersburgu.

Był jeszcze jeden powód, dla którego warto było mimo wszystko walczyć zbrojnie o niepodległość. Brak oporu mógł spowodować, że sprawa polska zostałaby uznana na wieki wieków za zamkniętą. Nie byłaby przedmiotem politycznych dyskusji, a aneksje terytorium Rzeczpospolitej, choć budziły spore zastrzeżenia co do ich legalności, nie byłyby już podważane. Walczyć zatem było trzeba. Powstanie w kraju nie miało szans, pozostała zatem walka u boku sojuszników.

Za naszą i waszą wolność?

4 grudnia 1796 roku Jan Henryk Dąbrowski i Stanisław Wołczyński spotkali się w Mediolanie z młodym, ale cieszącym się już znakomitą opinią generałem Napoleonem Bonaparte. Przyszły cesarz nie zrobił na Polakach najlepszego wrażenia. Dąbrowski zanotował:

Takie to było małe i jakieś czarne a żółte, a takie chude, a biedne...a nóżki takie miał cienkie, cieniutkie jak cybuszek...

Napoleon też nie był zachwycony pomysłem tworzenia polskiego wojska. Zgodził się na jedną kompanię. Polscy delegaci zrzucili winę za niepowodzenie tych rozmów na polskiego adiutanta przyszłego cesarza Józefa Sułkowskiego, który miał rzekomo prowadzić tu własną grę. Ach to polskie piekiełko!

9 stycznia 1797 roku w Mediolanie podpisano konwencję o formowaniu polskiego legionu, a już 20 stycznia jej dowódca gen. Jan Henryk Dąbrowski zwrócił się do rodaków z apelem:

Nadzieja powstaje, Francja zwycięża, ona się bije za sprawę narodów.

Pierwotny plan stworzenia kompanii zamieniono na stworzenie dwóch, potem batalionu, by już w maju powołać dwie legie, złożone przeważnie z jeńców i zbiegów z austriackiej armii. Sojusznicy nie byli jednak przygotowani na taki napływ ochotników. Brakowało mundurów, racji żywnościowych, zakwaterowania. Dąbrowski musiał od pewnego momentu odmawiać przyjmowania kolejnych rekrutów, gdyż jak sam twierdził, w Legionach mieliby gorsze warunki niż w niewoli, w której do niedawna przebywali.

Polacy mieli ambitne plany wykorzystania swoich oddziałów. Chcieli przez Serbię i Wołoszczyznę wkroczyć na terytorium dawnej Rzeczpospolitej i tam wzniecić powstanie ewentualnie działać dywersyjnie w Galicji, lub po prostu uderzyć z sojusznikami na Wiedeń. Bonaparte był bardziej pragmatyczny i całkowicie daleki od zamierzeń polskich dowódców. Trwała wprawdzie wojna z Austrią, co dawałoby Polakom sposobność do walki z zaborcą, jednak nie to było im dane. Napoleon wolał, aby pełnili oni funkcję bardziej policyjne i zabezpieczali zdobyte terytoria. Wyjątek stanowiły jedynie drobne potyczki z Austriakami pod Wenecją i włączenie części żołnierzy do załogi garnizonu w Mantui.

Wjazd Jana Henryka Dąbrowskiego do Rzymu na obrazie
Januarego Suchodolskiego

Decyzja Francuzów o nie wykorzystaniu Polaków do walki ze wspólnym wrogiem była racjonalna. Legie nie były jeszcze wtedy gotowe i o poważniejszych działaniach nie mogło być mowy. Ciosem był jednakże zawarty 18 kwietnia 1797 roku rozejm z Cesarstwem Austriackim. Polacy poczuli się zdradzeni. Wielu uważało, że nie ma co liczyć na Francję i pora wracać do zniewolonego kraju. Przekonywały do tego krążące pogłoski o rozwiązaniu Legii. Napoleon jednak uspokajał Dąbrowskiego, że jeszcze Polacy się nawalczą z zaborcą. Od czasu ich pierwszego spotkania Bonaparte zdążył zmienić już zdanie na temat polskich żołnierzy. Widział jak biją się tłumiąc antyfrancukie rebelie pod Weroną, Salo, Brescii i powstanie na terenie Rzeczpospolitej Weneckiej. Dlatego też utworzono wkrótce 8-tysięczny Korpus Polski, który tym razem miał prowadzić działania przeciwpartyzanckie, co nie było bez znaczenia. O ile bowiem w wojnie z regularną armią strony wzajemnie szanowały zwyczaje wojenne, to tu poziom okrucieństwa po obydwu stronach przewyższał wszelkie dopuszczalne normy.

Tymczasem do północnych Włoch znów zaczęli przybywać polscy ochotnicy. 20 lipca 1797 roku w Reggio Józef Wybicki na nutę Marszu dla Legionów Polskich zaintonował Jeszcze Polska nie umarła. Pieśń szybko zdobyła popularność, czego świadectwem było, że doczekała się przeróbek, w tym tej wiele mówiącej, gdzie zamiast jak zwyciężać mamy śpiewano jak grabić mamy. Polacy bowiem rabowali, palii i mordowali mieszkańców m.in. takich miast jak Traetty, Ferentiono czy Frosinone. W tych działaniach pacyfikacyjnych legioniści byli niezwykle skuteczni. Potrafili pokonać nawet kilkukrotnie większe oddziały wroga. Zdobyli też jedną z największych twierdz w Europie - Gaetę, którą broniła aż dwutysięczna załoga wraz z 70 działami. Tym wzbudzali niekłamany podziw francuskich zwierzchników. Generał Étienne Macdonald twierdził wręcz, że:

Polacy są tak dzielni, jak to tylko jest możliwe.

Ta sama wojna pokazywała jednocześnie żołnierzom Dąbrowskiego okrutne oblicze. W Castelforte zaatakował ich tłum mieszkańców. Wrzątek lano z okien i balkonów. W Traetcie powstańcy złapali w pułapkę oddział ułanów. Część wyrąbała drogę szablami, a część wpadła w ręce wroga. Pozostali zabarykadowali się w otoczonej przez Włochów baszcie miejskiej. Udało im się wyrwać, tylko dzięki odnalezionemu tajemnemu przejściu. Ci, którzy zostali złapani, ginęli w potwornych męczarniach. Jeńców ćwiartowano żywcem, ściągano z nich skórę, oblewano gorącą oliwą lub pieczono na ruszcie.

Ale czy tłumiąc obce powstania żołnierze sami pochodzący z uciemiężonego narodu nie czuli jakiś wątpliwości? Nie wiadomo. Próbowano jednak to jakoś sobie wytłumaczyć. Oficer Legionów Cyprian Godebski na epitafium poległego podczas walk z Republiką Wenecką Klemensa Liberadzkiego napisał:

Co odwagą w swej ojczyźnie słynął/Walcząc mężnie za swoją, za cudzą tu zginął.

W tych słowach przywołujących skojarzenia z hasłem „za naszą i waszą wolność” kryje się tragiczna prawda. Legioniści wprawdzie walczyli i ginęli nie za wolność, ale za cudzą ojczyznę – za jej chwałę i potęgę. Czy pomagało to w jakiś sposób sprawie Rzeczpospolitej? Właściwie to wcale. Napoleon, który obserwował gorliwość Polaków dostrzegł w nich cenny instrument. Za hasło wolności ojczyzny Polacy mogli zrobić wszystko. Nawet doświadczenie bojowe zdobyte w walkach z partyzantami bardziej przydało się Francuzom. Jak się bowiem rychło okazało niewiele ono pomogło przy kolejnym starciu z regularnym wojskiem zaborcy.

W 1799 roku koalicja rosyjsko-austriacka przeprowadziła atak na Francję i zależne od niej państwa. W czasie wiosennej kampanii polskie legiony otrzymały solidnego łupnia. Pod Legnano i Magnano II Legia straciła 1800 żołnierzy, w tym dowódcę gen. Franciszka Ksawerego Rymkiewicza. Najtragiczniejszy los spotkał jednak tych, którzy trafili do Mantui.

Febra z Mantui

Polacy znali ten garnizon i nie mieli o nim najlepszego zdania. Generał Józef Wielhorski zwracał uwagę na niedostateczne zabezpieczenie i niedostosowanie do warunków długotrwałego oblężenia. Austriacy przystąpili do niego w kwietniu. Nie było one bogate w szturmy i ataki nieprzyjaciela. Austriacy postanowili przeczekać. Zablokowano twierdzę i czekano na wyczerpanie obrońców. I nie przeliczono się. Żywności wprawdzie nie brakowało, ale rychło m.in. skurczyły się zasoby finansowe na wypłatę żołdu. Próbowano to ratować biciem słabszej jakości monety, co przyjęto nie najlepiej. Najgorsza była jednak febra. By zapobiec jej rozpowszechnianiu się wprowadzano zakazy picia wody, korzystania z jeziora, wychodzenia o świcie i zmroku (kiedy panowała mgła), co ostatecznie i tak nie zapobiegło rozpowszechnieniu się choroby.

Oficer kawalerii Legionów Polskich

Mimo tych trudności Polacy w międzynarodowej załodze twierdzy próbowali zachować karność. Jak pisał Cyprian Godebski:

Kiedy cały prawie garnizon z różnych wojsk złożony narzekał na niedostatek, drożyznę lub trud, jeden tylko Polak na nic nie sarkał.

Warto jednak odnotować, że w Mantui znów dało o sobie znać typowo polskie piekiełko. Amilkar Kosiński – wiceszef II Legi poczuł się urażony, gdy Ludwik Dembowski uzyskał awans przed nim. Kosiński wyprosił u gen. Wielhorskiego o awans na generała-adiutanta. Stopień ten zabrał mu jednak gubernator twierdzy gen. Foisssac-Latour, który nadał go Dembowskiemu, by wzmocnić go po konflikcie z oficerami. Kosiński ponownie poczuł się urażony i pojedynek wisiał na włosku, lecz te w twierdzy zostały zakazane.

W lipcu Austriacy zintensyfikowali działania. Zwielokrotniony ostrzał mocno przetrzebił załogę twierdzy. Przeciwnik obrońców dysponował aż szesnastoma 24-funtowymi działami. Poza nimi było dwieście innych armat, które kruszyły mury Mantui. Zdawano sobie sprawę, że nie starczy sił na odparcie szturmów, a odporność fortyfikacji oceniano na 2-3 dni. Zatem 28 lipca przystąpiono do rozmów kapitulacyjnych. Dowodzący Austriakami gen. Pal von Kray zgodził się na puszczenie wolno załogi, z zastrzeżeniem, że nie będą oni walczyć do momentu wymiany jeńców. Zatrzymać też miano przez trzy miesiące jako zakładników oficerów. Protesty Wielhorskiego wzbudził jednakże tajny artykuł, który przewidywał wydanie Austriakom dezerterów z ich armii, którzy w znacznej części byli żołnierzami Legii. Strona austriacka zapewniała, że chodzi im tylko o zbiegów z okresu oblężenia i tych jeńców, którzy służyli w wojskach Republiki Cisalpińskiej (nowa nazwa Republiki Lombardii). Ostatecznie Wielhorski pod naciskiem Francuzów i groźbą zerwania rozmów cofnął protest.

30 lipca 1799 roku pod murami twierdzy w Mantui rozegrał się dramat. Kray i Foissac przyjęli najpierw defiladę kapitulującego garnizonu, w czasie której austriaccy żołnierze próbowali rozpoznać w szeregach obrońców „swoich”. Gdy już takich znaleźli, to siłą wyciągali z szeregu, bijąc przy tym i kopiąc. Niektórzy próbowali ukryć się między Francuzami. Tak ocalało 200 Polaków. Jednak potem całą Legię Austriacy spędzili na plac, co wspominał w liście do gen. Dąbrowskiego major Mościcki:

całą legię zelżoną, płacz i narzekanie wszystkich żołnierzy i unteroficerów, a desperację oficerów. Obywatelu generale, nie życzę Ci w życiu podobnego zdarzenia być świadkiem.

Polskich obrońców spędzono do Werony, gdzie zostali zbici rózgami, „gdyż jak mówiono, kapitulacja gwarantowało tylko życie”. Oficerowie, którzy zostali puszczeni wolno, natychmiastowo po powrocie do Francji oskarżyli Foissaca o nielojalność wobec sojuszników i podpisanie zdradzieckiej kapitulacji. Ten tłumaczył, że Polaków nikt nie zmuszał do uciekania z armii austriackiej i dołączania do obrońców.

Reaktywacja i schyłek

Walki we Włoszech były dla Legionów prawdziwą katastrofą. Dąbrowski był jednak przekonany, że Francuzi pozwolą odtworzyć mu swoje oddziały. Utwierdzał go w tym Napoleon, który wracał z wyprawy egipskiej i pisał zapewnienia, że docenia męstwo jego żołnierzy i chce ich ponownie u swojego boku.

10 lutego 1800 roku utworzono Legię Włoską, lecz formowano ją w Marsylii i opłacano z francuskiego żołdu. Znów dały o sobie znać problemy organizacyjne. Głód dotykał żołnierzy i oficerów, którzy jednak nie oszczędzali się w walkach z Austriakami. We wrześniu Polacy ponownie znaleźli się w służbie Republiki Cisalpińskiej. Tym razem mogli zrewanżować się za poprzednie porażki. Najwięcej satysfakcji przyniosło przejęcie kapitulacji twierdzy w Mantui, którą na mocy zawartego 9 lutego 1801 roku pokoju w Luneville Austria musiał zwrócić. Tym razem to Austriacy defilowali przed polskimi żołnierzami i o ile poprzednio to Austriacy wyrwali jeńców, to teraz z szeregów branych do niewoli cesarskich żołnierzy odłączali się Polacy, którzy chcieli wrócić pod narodowe sztandary.

Potem nadeszło kilka miesięcy nudnej i trudnej, bo odbywanej w trudnych warunkach bytowych, służby w garnizonach w Mantui, Weronie i Mediolanie. Władze zalegały z żołdem, co doprowadziło nawet do buntu w oddziale grenadierów. W międzyczasie zmieniono organizację Legii w dwie półbrygady. Ta o numerze 2 miał już niedługo wyruszyć w drogę do San Domingo, gdzie czekała na nich niewdzęcznna służba, w której już raz legioniści bardzo dobrze się sprawdzili – pacyfikacji antyfrancuskiej rebelii.

Żołnierze Legionów mogli czuć się rozgoryczeni. Realizowali francuskie interesy, które nie zawsze były jednoznaczne z interesami Rzeczypospolitej. Ale czy było coś lepszego? Powrót do ojczyzny i wzniecanie powstania? Pewna klęska. Inni sojusznicy? Nikt nie był tak zainteresowany walką z naszymi zaborcami jak Francja. Cóż, nie posiadając państwa, trzeba było tworzyć wojsko, gdyż jest to zawsze jakaś karta przetargowa w międzynarodowych rozgrywkach. Polacy pełnili niewdzięczną służbę pacyfikatorów, ale kontynuowali narodowe znaki. Koniec końców alternatywą było robienie tego samego, ale w armiach zaborców. Historia też potraktowała ich łagodnie. Nikt nie wypomina legionistom mordowania cywili, lecz dostrzega się w nich początek polskiej wersji napoleońskiej epopei, która dała nam jedną z największych nadziei na odzyskanie niepodległości.





Udostępnij ten artykuł

,

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA