cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności.

Blaski i cienie polskiej arystokracji w II RP

Jakub Wojas, 23.04.2021

Ślub hrabiego Benedykta Tyszkiewicza z księżniczką Eleonorą Radziwiłł w Morawicy, 21 kwietnia 1938 r.

Odzyskanie przez Polskę niepodległości dla wielu polskich arystokratów na pewno było wydarzeniem radosnym, jednak ta radość była z wyraźną nutą goryczy. W II RP dawne rody magnackie nie odgrywały już takiej roli jak przed rozbiorami. Była to część świata, który nieuchronnie odchodził w przeszłość, a w nowej rzeczywistości trzeba było się jakoś odnaleźć.

II RP a tytuły arystokratyczne

Do dziś pokutuje mit, że Konstytucja Marcowa z 1921 roku zniosła bądź zakazała używania tytułów arystokratycznych. W rzeczywistości nic takiego nie miało miejsca. W art. 96 tej ustawy zasadniczej znalazło się stwierdzenie, że „Rzeczpospolita Polska nie uznaje przywilejów rodowych ani stanowych, jak również żadnych herbów, tytułów rodowych i innych z wyjątkiem naukowych, urzędowych i zawodowych”. W gruncie rzeczy było to pustosłowie. II RP nie znosiła, nie zakazywała, lecz tylko „nie uznawała” tytułów i przywilejów. Oznaczało to, że w kontaktach z organami państwa Jan Radziwiłł miał być tak samo traktowany jak Jan Nowak, ale to wynikało już z samej równości wobec prawa. Na upartego można do tego dodać, że w dokumentach urzędowych nie należało się zwracać do obywatela z użyciem przysługujących mu tytułów hrabiego czy księcia. Konstytucja Kwietniowa natomiast już w ogóle nie poruszała tego tematu, a w kontaktach międzyludzkich arystokratyczne tytuły nieustanie były w powszechnym użyciu. A było kogo tytułować.

Jak podaje Sławomir Koper w swojej książce Blaski i cienie II Rzeczypospolitej, ponad 250 polskich rodów posiadało tytuły książąt, hrabiów, baronów czy margrabiów. Większość z tych rodzin, bowiem 200, otrzymało swój tytuł z rąk któregoś z zaborców, choć zdarzały się też nadania z Belgii, Hiszpanii czy Stolicy Apostolskiej. Wśród znawców tematu pojawiają się jednak wątpliwości, czy każdą z tych rodzin można zaliczyć jako arystokrację. W XIX wieku zaroiło się bowiem od tzw. hrabiów galicyjskich, którzy otrzymywali tytuł po udowodnieniu dzierżenia przez przodków stanowisk senatorskich i wniesieniu stosownej opłaty. Za zasługi dla Kościoła można było z kolei zostać „hrabią papieskim”. Jednak za takim „arystokratą” często nie stała wielka fortuna. Te przynależały do dosłownie kilku rodzin, które od czasów I RP niezmiennie utrzymywały swoją pozycje na szczycie.

Alfred Potocki przed swoim zamkiem w Łańcucie, 1924 r.

Najważniejszym wydarzeniem, które zaważyło na dalszych losach polskiej arystokracji była rewolucja bolszewicka. To ona doprowadziła do ucieczki ze wschodu wielu ziemiańskich rodzin i ruiny ich majątków. Smutnym finałem tego był podział ziem dawnej Rzeczypospolitej między Polskę a Sowietów, który pozbawił wielu przedstawicieli dawnych rodzin magnackich dóbr rodowych budowanych od pokoleń. W konsekwencji arystokracja weszła w II RP pomniejszona, zbiedniała i z malejącym wpływem na bieg spraw w państwie. Takie rodziny jak Braniccy, Czetwertyńscy czy Sanguszkowie, którzy władali licznymi posiadłościami na Ukrainie, po 1918 roku nie odgrywali już większej roli. Swoją pozycję zachowały jedynie nieliczne rody, których dobra leżały na zachód od nowej granicy wschodniej, ale i tym co raz trudniej było utrzymać poziom i styl życia z dawnych czasów.

Polityka, biznes czy dyplomacja?

W 1918 roku, gdy istniała jeszcze Rada Regencyjna można było się łudzić, że to arystokracja zajmie naczelną rolę w odrodzonym państwie. Lecz już kilka lat później ich miejsce zajęła inteligencja. Niemniej kilku arystokratów odegrało całkiem ważną rolę w budowie II RP. W tym kontekście wypada chociażby wymienić księcia Zdzisława Lubomirskiego, księcia Janusza Radziwiłła, księcia Eustachego Sapiehę czy hrabiego Maurycego Zamoyskiego. Ostatnim momentem „demonstracji siły” był zjazd nieświeski – spotkanie polskich arystokratów z Józefem Piłsudskim w zamku Radziwiłłów w Nieświeżu w październiku 1926 roku. Był to symboliczny początek współpracy konserwatystów z sanacją. Dzięki niej niektórzy przedstawiciele tej sfery zasiadali w sejmowych i senackich ławach po stronie piłsudczykowskiego BBWR.

Więcej na temat życia znanych i mniej znanych w II RP można znaleźć
w książce Blaski i cienie II Rzeczypospolitej

W okresie międzywojennym wielu arystokratów coraz częściej podejmowało pracę w zawodach inteligenckich. Ceniona była również służba publiczna, zwłaszcza w dyplomacji, do której znający języki i zasady savoir-vivre’u przedstawiciele arystokracji byli szczególnie predystynowani.

Inni skupili się na podreperowaniu nierzadko podupadających majątków. W II RP istniało prawie 40 ordynacji, które zapewniały dziedziczenie całości dóbr przez jednego potomka. Ordynacja nie mogła być dzielona, sprzedana, a ordynat zapewniał środki na życie dla pozostałych członków rodziny. W ordynacjach goszczono ważne osobistości ze świata polityki czy kultury. Odbywały się bale i polowania. Przede wszystkim były to jednak wielkie gospodarstwa rolno-przemysłowe, które przyczyniały się do rozwoju kraju i podlegały normalnym regułom biznesowym.

Nie dla wszystkich utrzymanie potężnych postmagnackich dóbr było prostym zadaniem. Dlatego by ratować dziedzictwo przodków nierzadko uciekano się do intratnych mariaży. Już od końca XIX wieku przedstawiciele arystokracji wchodzili w związki małżeńskie z członkami nowej burżuazji. Ten proces zaobserwowany w „Lalce” Bolesława Prusa, przybrał na sile po 1918 roku, gdy wejście do rodziny z formalnie nieuznawanym tytułem było postrzegane jako godne ukoronowanie biznesowej kariery. Odmieną kwestią jest, że na salonach arystokratycznych, mimo że uznawano takie związki za smutną konieczność, to wżeniających się przyjmowano z chłodną akceptacją.

Gorzej było z podejmowaniem się przez arystokratów, jak uważano, zawodów nieprzystających do dziedzictwa przodków. Hrabia Franciszek Zamoyski starający się o rękę księżniczki Marii Lubomirskiej początkowo nie został zaakceptowany przez rodzinę wybranki, ponieważ zarabiał w branży naftowej, co uważano za niepewne zabezpieczenie finansowe na przyszłość. W odróżnieniu od majątku ziemskiego. Hrabia zatem kupił majątek ziemski Bortniki, dzięki czemu mógł poślubić ukochaną.

Prawdziwą ekstrawagancją była jednak działalność Feliksa Sobańskiego i Klemensa Potockiego, którzy prowadzili w Warszawie salon sprzedaży luksusowych samochodów amerykańskich marki Pierce-Arrow. Gdy salon zbankrutował hrabia Sobański zabrał się za prowadzenie cyrku. I tu nie miał szczęścia. Już w trakcie pierwszego wystąpienia zawaliła się estrada dla żydowskiej orkiestry.

Mimo wszystko II Rzeczypospolita była łagodnym przejściem polskiej arystokracji od postfeudalizmu do kapitalizmu. Zwieńczeniem tego procesu byłoby zapewne wejście kilku najważniejszych rodów do grupy czołowych przemysłowców, a reszta rodzin znalazłaby swoje miejsce wśród inteligentów lub funkcjonujących już na innych zasadach ziemian. Niestety, Polska Ludowa przygotowała dla tej warstwy zupełnie inny los.

Artykuł powstał w oparciu m.in. o książkę Sławomira Kopera Blaski i cienie II Rzeczypospolitej





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA