cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności (https://kurierhistoryczny.pl/polityka-prywatnosci,7).

Ilu Polska miała królów?

Antoni Bzowski, 06.01.2018

Obraz Jana Matejki przedstawiający odnowienie Akademii Krakowskiej przez króla Jadwigę

Odpowiedź na to z pozoru proste pytanie może okazać się trudna. Niby wszystko łatwo da się policzyć, ale diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach.

Zapomniany król

Koronacja Bolesława Chrobrego na króla Polski z 1025 r. była dopełnieniem potęgi, jaką stworzył z tego państwa w czasach swojego panowania. Naturalnym było, że po jego śmierci w tym samym roku królem został jego syn, Mieszko II. I kiedy wydawało się, że będziemy stabilnie rozwijającym się królestwem, nagle wszystko zaczęło się rozpadać. W 1031 r. Mieszko II stracił i władzę, i koronę. Na następnego króla musieliśmy czekać aż do 1076 r., gdy to koronowano Bolesława Śmiałego. Jednak i on nie miał za wiele szczęścia, bowiem już w dwa lata po tym wydarzeniu musiał uchodzić z kraju na wskutek buntu, jaki wybuch po zabójstwie biskupa Stanisława ze Szczepanowa.

Wratysław II na fresku w rotundzie w Znojmie
(Wikimedia Commons)

No i tutaj dochodzimy do pierwszej konsternacji, gdyż jak podaje czeski kronikarz Kosmas, w 1085 r. Wratysław II z nadania Henryka IV koronowany został nie tylko na króla Czech, ale też i Polski. Polska historiografia często kwestionowała rzetelność tego przekazu, lecz ostatnio badacze skłaniają się do tezy, że do takiego wydarzenia rzeczywiście mogło dojść. Kosmas uznawany jest za kronikarza, który raczej rzadko się mylił, a w dodatku, jakby potwierdzeniem praw Wratysława do Polski było powiększenie przez papieża Klemensa III granic biskupstwa praskiego o Śląsk i Małopolskę. Stąd też wysuwa się hipotezę, że władca czeski zajął te terytoria i to było jego „Królestwo Polskie”. Inni badacze wskazują, że panujący wówczas Polską Władysław Herman mógł być w rzeczywistości lennikiem zarówno Wratysława (pierwszy stopień), jak i cesarza (drugi stopień).

Korona, jaką uzyskał z nadania cesarza czeski władca była jednak jedynie osobistym wyróżnieniem Wratysława za jego poparcie w sporze z papieżem i nie przechodziła na jego potomków. Na kolejnego króla Polski musieliśmy czekać aż do 1295 r. i koronacji Przemysła II. Niedługo cieszył się on koroną. Już w następnym roku został zamordowany, a w 1300 r. królem Polski został monarcha czeski Wacław II. Po nim mamy serię wywodzących się od niego niekoronowanych, ale tytułujących się mianem „króla Polski” władców Czech: Wacława III, Henryka VI Karynckiego, Rudolfa III Habsburga, Jana Luksemburskiego. Nikt im wprawdzie korony polskiej na głowę nie włożył, ale co najmniej do koronacji Łokietka tytuł króla Polski powszechnie w Europie łączono z dworem w Pradze. Dopiero Kazimierz Wielki rozwiązał tę dwuznaczną sytuację. W 1335 r. za sumę 20 tys. kop groszy praskich Jan Luksemburski zrzekł się ostatecznie praw do korony polskiej.

Czy król jest królem?

Od czasu panowania Władysława Łokietka sytuację w sprawie polskich królów mamy dość jasną. Dziedziczona z ojca na syna korona wędruje najpierw do Kazimierza, potem trafia dzięki rodzinno-politycznym układom na Węgry do Ludwika, a następnie jego córki Jadwigi, która była pierwszym królem-kobietą. No właśnie królem, bowiem królowa oznaczała jedynie żonę władcy Polski, a córkę Ludwika w 1384 r. koronowano na władcę. W dwa lata później Jadwiga swoją władzą musiała się jednak podzielić z Władysławem Jagiełłą, który również został królem Polski. Z takimi podwójnym królowaniem mieliśmy później jeszcze raz do czynienia - przy Annie Jagiellonce i Stefanie Batorym.

Za Jagiellonów niby wszystko już jest jak w klasycznej monarchii. Władza przechodzi z ojca na syna, a król dożywotnio rządzi państwem niczym ojciec. Ale to panowie szlachta już od czasów Andegawena wyrażają swoją zgodę na poszczególnych władców. Dla ciągłości dynastycznej był to właściwie szczegół, lecz po śmierci ostatniego Jagiellona przekształca się to w wolną elekcję, czyli po prostu wybory króla. I tu mamy następny problem, bo czy taki wybierany król to jeszcze król?

Z formalnego punktu widzenia, z tytulatury – jak najbardziej. Z drugiej strony mamy władcę, którego wybierają obywatele spośród zgłoszonych kandydatów. Obrany w ten sposób król dzieli się ponadto swoją władzą z sejmem, który stanowi reprezentację narodu i ma od niego silniejszą pozycję w państwie. Proszę mi teraz wskazać, co takiego „króla” różni od dobrze nam znanego prezydenta? Dożywotnia kadencja? Hmm, ciekawe czy prezydent Łukaszenko kiedyś odda władzę... Semantyka? Chyba tylko to.

Fragment obrazu Bernarda Bellotto "Elekcja Stanisława Augusta"

Tymczasem w innych krajach w ówczesnym czasie, nawiązując do słów Jana Kazimierza z „Ogniem i Mieczem”, król jest królem. Kwitną mniej lub bardziej udane wersje absolutyzmu czy później dziedzicznej monarchii konstytucyjnej, gdzie dynastia panująca stanowi istotny składnik ciągłość, stabilności państwa i jedności społeczeństwa. A u nas? Król pozostał królem tylko z nazwy. Tak naprawdę mieliśmy dożywotnich prezydentów. Właściwie II RP mogła bardziej nawiązać do swojej poprzedniczki i w 1921 r. przyjąć np. wybór króla przez Zgromadzenie Narodowe. W sumie wyszłoby na to samo, ale byłoby wyraźne zaznaczenie ciągłości ustrojowej.

Kilka lat temu została wydana głośna, acz pełna błędów i przeinaczeń książka Jana Sowy „Fantomowe ciało króla”. W obszerne wynurzenia autora niekoniecznie warto się zanurzać, jednak opiera się on na ciekawej tezie, nawiązującej do myśli Ernesta Kantorowicza o dwóch ciałach króla. Zakłada ona, że król ma dwa ciała- swoje własne, fizyczne oraz drugie - polityczne, które jest nieśmiertelne, bowiem uosabia państwowość, a warunkiem tego jest ciągłość dynastii. „Król nie umiera nigdy”, gdyż po jego fizycznej śmierci natychmiastowo zastępuje go przygotowany następca. Natomiast w Polsce po 1572 r. zdaniem Sowy mieliśmy do czynienia z owym fantomowym ciałem króla, albowiem ciągłość była przerywana przez fizyczną śmierć władcy i okres bezkrólewia. Zamiast rzeczywistego ciała politycznego mieliśmy zatem to fantomowe. „Fantomowe” bowiem, jak w przypadku amputowanych kończyn, przy których człowiek odczuwa jeszcze przez jakiś czas ich istnienie, tak za czasów I RP szlachcie wydawało się, że ma króla, a tak naprawdę go nie miała.

Problem ostatniej koronacji

Oczywiście, z formalnego punktu widzenia królowie elekcyjni to nadal byli królowie. Jednak jeżeli nadal będziemy podążać drogą formalizmu, to ostatnim koronowanym królem Polski był nie Stanisław August Poniatowski, a car Mikołaj I. Ktoś może powiedzieć, że to się nie liczy, że to uzurpator, zaborca, Królestwo Polskie nie było suwerennym bytem itd. Zwróćmy jednak uwagę na parę faktów.

Koronacja cesarzowej i królowej Aleksandry przez Mikołaja I w Zamku Królewskim w Warszawie 24 maja 1829 roku. Obraz przypisywany Antoniemu Brodowskiemu

Tytuł króla Polski przynależał do rosyjskich carów od czasów Kongresu Wiedeńskiego. To, że to nie Polacy przekazali Romanowom „koronę Piastów i Jagiellonów” nie ma znaczenia. Na podstawie nielegalnych elekcji odbyło się już wcześniej kilka koronacji. Z perspektywy prawnej liczył się bowiem głównie fakt, czy dany władca faktycznie sprawuję kontrolę nad państwem, a tego carom nie można było odmówić.

Powstałe Królestwo Polskie przynajmniej na papierze i przez krótki czas w rzeczywistości cieszyło się sporą niezależnością i właściwie to tylko na gruncie polityki zagranicznej istniała wyraźna zależność od Rosji. Jeżeli przyrównamy to do naszych średniowiecznych unii np. z Czechami to status naszego państwa wtedy też nie był równorzędny. Zaryzykowałbym nawet tezę, że fakt, że traktujemy dziś Kongresówkę za część zaborów, a nie jakąś odrodzoną formę polskiej państwowości wynika jedynie z semantyki. Gdyby np. Aleksander I przyłączył do Królestwa ziemie Wielkiego Księstwa Litewskiego i nazwał ten twór Rzeczpospolitą, to założę się, że inaczej patrzylibyśmy na ten okres.

Warto także zależności Królestwa Polskiego od Rosji porównać z tymi z czasów Polski Ludowej. Tu by wypadało też otworzyć kolejne pole dyskusji. Ilu było bowiem Prezydentów Rzeczpospolitej, skoro np. Bolesława Bieruta również wybrano na Prezydenta RP?

Mikołaj I polską koronę stracił w wyniku jedynej w naszych dziejach sejmowej detronizacji w 1831 r. Potem, podobnie jak robił to przed Mikołajem Aleksander I, pozostali carowie (Aleksander II, Aleksander III, Mikołaj II) jedynie tytułowali się „królami Polski”.

Konkludując, w sumie wychodzi nam 38 królów Polski, z czego 7 jedynie tytularnych, 31 koronowanych, w tym jeden najprawdopodobniej i to za jednym zamachem na króla dwóch państw (Wratysław II), a jeden był zaborcą (Mikołaj I), czyli tych „oficjalnych" było 29. Spośród nich było 12 „prezydentów” elekcyjnych czy, jak kto woli, fantomów. To ostatnie z kolei oznacza, że nasza monarchia w tradycyjnym tego słowa znaczeniu skończyła się (nie licząc krótkiego epizodu z Mikołajem I, który mimo wszystko nie budzi pozytywnych skojarzeń) w 1572 r. wraz z śmiercią ostatniego Jagiellona.





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA