cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności.

Ucieczka z polskiego obozu koncentracyjnego dla Żydów – sprawa Jakuba Klotza

Helena Kowalik, 12.02.2020

Grupa żołnierzy internowanych w Jabłonnie, 1920 r.

W sierpniu 1920 roku wiceminister spraw wojskowych, generał Kazimierz Sosnkowski, przekonany o kolaborowaniu żołnierzy narodowości żydowskiej z bolszewikami, kazał wycofać ich z frontu do specjalnego obozu pod Jabłonną. W „Falandze” napisano: „Obóz koncentracyjny dla Żydów był dobrym wynalazkiem. Element żydowski jest w wojsku szkodliwy jako siejący panikę, wprowadzający demoralizację, składa się ze zdrajców, szpiegów i dezerterów”. Właśnie do takiego obozu trafił ochotnik, student Klotz. W ręku miał zaklejoną kopertę od dowództwa.

- Synu, ty też jesteś Żydem! – krzyknęła matka skazanego na śmierć Jakuba Klotza w chwilę po ogłoszeniu wyroku i upadła zemdlona. Był wrzesień roku 1920. Doraźny Sąd Wojskowy w Łodzi rozpoznawał sprawę starszego szeregowego Jakuba Klotza z Kalisza, dezertera z pułku w Jabłonnie. Jeszcze trwała wojna polsko-bolszewicka. Klotz, student Wydziału Matematyki i Chemii Uniwersytetu Warszawskiego, od niespełna dwóch lat służył ojczyźnie jako ochotnik. Najpierw pół roku na froncie, potem został przydzielony do baonu radiotelegraficznego w Cytadeli Warszawskiej, następnie przeniesiono go do sztabu telegraficznego w Krakowie, gdzie odbierał tajne depesze. W październiku 1920 roku kończył mu się urlop dziekański, miał wrócić na uczelnię. Ale patriotycznie nastawieni akademicy zawiadomili rektora, że chcą ponownie założyć mundury, bo zagrożona najazdem bolszewików ojczyzna ich potrzebuje. Drobny, wychuchany przez matkę „Klocek”, solidaryzując się z uchwałą kolegów, zgłosił się do swego oddziału. Otrzymał zaklejoną kopertę, zaadresowaną do dowództwa batalionu w Jabłonnie. Kilka godzin później postanowił stamtąd zdezerterować, za co groziła kara śmierci.

Przed sądem doraźnym tak się tłumaczył ze swej decyzji:

– Miałem nadzieję, że w Jabłonnej zastanę żołnierzy gotowych bić się za Polskę. Tymczasem to, co zobaczyłem, to był obóz koncentracyjny dla Żydów w jarmułkach, głównie dezerterów. Obdarci i wycieńczeni, żaden nie miał munduru, nie wspominając o broni. Widok tych nędzarzy siedzących na gołej ziemi w modlitewnym kiwaniu się wstrząsnął mną do głębi. Nie chciałem przebywać w takim towarzystwie.

Klotz, choć wychował się w domu dostatnim i niczego mu nie brakowało, nie był maminym synkiem. W roku 1905 zorganizował w szkole strajk w obronie usuwanego języka polskiego. Został za to wydalony i rodzice wysłali go na dalszą naukę do Szwajcarii. Następnie podjął studia w Berlinie, lecz gdy tylko w Warszawie otwarto uniwersytet, wrócił do Polski. Znów przerwał naukę, bo wybuchła wojna polsko-bolszewicka…

19-letni Jakub poczuł się oszukany przez swoich krakowskich dowódców. Musieli wiedzieć, gdzie go kierują, skoro dali mu zaklejoną kopertę.

Wprowadzając w błąd wartownika, samowolnie opuścił koszary. Był w szoku. Nie mógł pojąć, dlaczego właśnie jego, wykształconego radiotelegrafistę, przydzielono do oddziału piechoty utworzonego wyłącznie, jak się potem wyraził na rozprawie sądowej, z elementu całkiem obcego mu narodowościowo. Szedł do Warszawy, odpoczywając po drodze w lesie. Na dworcu kolejowym wsiadł, a raczej zaczepił się jedną nogą na buforze wagonu pełnego wojennych tułaczy. Pociąg jechał w kierunku Kalisza.

W domu zamyka się w swoim pokoju, nie chce rozmawiać nawet z matką. Mówi jej przez drzwi, że wkrótce stanie do poboru w miejscowej komisji wojskowej, ale musi się pozbierać. Nie wychodzi na miasto, prawie nie je.

Kiedy jest już gotowy do wytłumaczenia się z dezercji przed komisją,okazuje się, że tego dnia (w sobotę) naboru nie ma. Dopiero w poniedziałek. Dobrze, mówi matce, dwa dni mnie nie zbawią. Tymczasem w niedzielę do domu Klotzów puka żandarmeria. Jakuba zadenuncjowała sąsiadka.

Artykuł jest fragmentem książki Słynne procesy II Rzeczypospolitej

Proces dezertera trwał trzy dni. Zeznawali głównie świadkowie obrony, których obecność na sali rozpraw wywalczył obrońca Kazimierz Sterling1. Byli to głównie wojskowi zwierzchnicy Jakuba Klotza.

- Jeden z najlepszych moich podwładnych – powiedział o oskarżonym jego bezpośredni przełożony w szkole radiotelegraficznej. – Sumienny, pracowity i ambitny.

Wszyscy w sztabie uważaliśmy „Klocka” za człowieka czystego, nieposzlakowanego, słowem zasługującego na wyjątkowe zaufanie. Dlatego był wyznaczony do odbioru depesz ściśle tajnych – charakteryzował go inny oficer.

Świadkowie oskarżenia, dwaj żandarmi, usiłowali przekonać sąd, że oskarżony, ukrywając się w domu po zdezerterowaniu z wojska, przygotował sobie kryjówkę w szafie. W tym celu na wewnętrznej stronie drzwiczek umocował sznur, który trzymał, aby się nie otwierały.

Ale przesłuchani przez adwokata, który pytał o grubość sznura i rodzaj użytych gwoździ, musieli w końcu przyznać, że była to zwykła tasiemka do wieszania krawatów w szafie.

Wszechstronnie wykształcony mecenas Sterling miał ambicje literackie. Jego mowy obrończe były w stanie zawładnąć wyobraźnią publiczności, a nawet stron procesowych. Przemówienie, które wygłosił w obronie swego klienta, weszło do podręczników dla studentów prawa.

Nieraz zdawało mi się na sali sądowej – mecenas buduje nastrój w kompletnej ciszy – że sponad głów zebranych idzie poszum wielkich, ciężkich, czarnych skrzydeł, przybliżających lub oddalających się od głowy oskarżonego. Nam, obrońcom z czasów niewoli carskiej, dobrze znany jest ten tragiczny poszum wiejący ponad salą. Z zapartym nieraz oddechem słuchamy, jak zbliża się do oskarżonego, a wraz z nim zbliża się nieodzownie wielka, skrzydlata zagadka niebytu. Ktoś otwiera wrota do więzienia.

Ten powidok miałem w oczach w chwili, kiedy przed sądem stanęła tragiczna w swym spokoju postać matki oskarżonego. Stawiła się tu, by swym zeznaniem składanym w mękach duszy walczyć o życie jedynego syna! Matka – jako świadek… Wiem, co można temu zarzucić. Jednakże proszę was, panowie sędziowie, o zestawienie szczegółów jej zeznań i wywnioskowanie, czy pani Klotz jako świadkowi można wierzyć… Przypomnijcie sobie tylko tę chwilę, kiedy zapytana o szczegół niekorzystny dla syna, odpowiedziała po chwili wahania z nieśmiałością, cicho, całkowitą prawdę. Nie wiem, czy zauważyliście w tym momencie to, co udało się mnie podpatrzeć – lekki uśmiech aprobaty na ustach syna i błysk miłości w jego oczach za to, że matka jego jest taką, jaką ją sobie wymarzył, ukochał i mieć w sercu pragnął.

Jeżeli wam o tym mówię, to nie tylko po to, byście jej zeznaniu dawali wiarę – ona tak mało istotnych szczegółów dla sprawy wniosła – ale dla tego, byście, panowie, przystępując do sądzenia oskarżonego, wiedzieli, kim jest jego matka, a więc pod jakim wpływem jego młodość ubiegła.

Adwokat przedstawia następnie rodzinę oskarżonego. Ojca, „wielkiego kupca małego miasta, który pracuje dzień cały, zarabia, liczy, dorabia się, dochodzi do majątku”. Niewątpliwie kocha on swego syna, ale wpływ na wychowanie dziecka, na ułożenie się psychiki, musi mieć nader nikły. Wszystko pozostaje w rękach matki. Ona kształtuje swoje nerwowe, wrażliwe, pracowite i ambitne dziecko. Jest patriotką, co stwierdzili powołani świadkowie – przedstawiciele kaliskiej inteligencji. Również porucznik żandarmerii, szef oddziału informacyjnego, przyznał na rozprawie, że Klotzowie to „dobrzy obywatele kraju”. Ich córka robiąca karierę na uniwersytecie paryskim napisała z odznaczeniem pracę doktorską o Konstytucji 3 maja. A ich syn, na pierwszy zew ojczyzny w listopadzie 1918 roku zdjął studencką czapkę, aby przywdziać mundur żołnierza.

Mecenas Kazimierz Sterling

Mecenas Sterling podaje przykłady świadczące o tym, że oskarżony nie bał się dyscypliny wojskowej. Ani życia w koszarach. Przywiązany do swego otoczenia, kolegów, czuł się wśród współtowarzyszy służby jak wśród braci…

Dramat, jaki Klotz przeżył w dniu ponownego wstąpienia do wojska, mecenasowi kojarzy się z tragedią grecką. Najpierw radosne powitanie – śmiechy, uściski kolegów, dowcipy, wesoły „Klocek” i jego kompani – i nagle, jak z jasnego nieba, pada grom. Oberman wręcza mu w zapieczętowanej kopercie rozkaz wyjazdu do baonu zapasowego 1 Pułku Piechoty w Jabłonnie. Klotz nie wie, co go czeka, posłusznie więc udaje się na miejsce.

Mistrz oracji robi przerwę, po czym zadaje sędziom pytanie:

Czy wiecie panowie, co to była Jabłonna?

Mecenas używa czasu przeszłego, bo władze wojskowe same się zorientowały, że popełniły błąd i zarządzenie o zorganizowaniu w tej miejscowości specjalnego obozu dla żołnierzy wyznania mojżeszowego cofnęły. Ale Jakub Klotz był już wtedy w więzieniu.

Znakomity adwokat jest Żydem, autorem pracy o asymilacji jego rodaków w Polsce. Kiedy więc pada z jego ust pytanie, jaki był cel haniebnej decyzji o odosobnieniu zmilitaryzowanych Żydów, wolnych obywateli Rzeczypospolitej – wiadomo, że jest ono retoryczne. Bo mecenas nie oczekuje od stron procesowych odpowiedzi. Obrońca chce przekonać sędziów przysięgłych, że dla Jakuba Klotza, „człowieka honoru, Polaka, kochającego swój kraj i pragnącego nieść mu w ofierze swe siły i życie, takie wycofanie z szeregów, zamknięcie w środowisku specyficznym, było jak wymierzony policzek, tym straszniejszy, bo hańbiący – hańbiący niezasłużenie”.

Jakie myśli tłukły się w rozgorączkowanej głowie dezertera Klotza, kiedy w drodze do Warszawy usiadł na dwie godziny na leśnej polanie, mecenas przedstawia własnymi słowami lepiej od oskarżonego, który potrafi powiedzieć tylko tyle, że był bliski obłędu.

Ukochał wielką miłością młodzieńczego serca Polskę, którą mu matka jego ponad wszystko ukochać kazała, ukochać nauczyła. – Obrońca zniża swój tubalny głos niemal do szeptu. – Oto czynił dla tej miłości Polski wszystko, na co skromne jego, dziecinne niemal, siły pozwalały. Skazał się na wydalenie z gimnazjum, nie cofnął się przed pójściem na front, ponosił wszelkie trudy, spełniał dla niej wszelkie obowiązki sumiennie, pracowicie, z całym samozaparciem… Wezwany ponownie, radośnie pośpieszył, by znów ofiarować to wszystko, co tylko jego młode siły i gorące serce dla jej dobra dać może… I oto w podzięce oznajmiono mu, że na zaufanie nie zasługuje, że ma być z szeregów obrońców ojczyzny wyobcowany… Gorycz zalewa mu serce, fala krwi gorącej bije do głowy i oślepia, nerwy, jak naciągnięte struny, grają poszarpaną pieśń rozpaczy. Do potwornych rozmiarów urasta pojęcie hańby. Gdzieś w głębi duszy woła jeszcze poczucie obowiązku, dyscypliny, karności, ale głos ten brzmi coraz słabiej w silnym biciu krwi do skroni – tonie w końcu w gorącej fali, która oparem mózg powleka… Coraz jaśniej, coraz wyraźniej formułuje się decyzja: wycofa się z wojska jako ochotnik, pójdzie z poboru, wtedy niech go wysyłają, dokąd zechcą… Przyjechał do domu, spojrzał na ojca, matkę i nagle pod tym dachem opiekuńczym podniecenie jego prysło, wybuchł płaczem.

Antysemicki plakat z okresu wojny polsko-bolszewickiej

Z akt śledczych wynika, że nie powiedział dlaczego. Dopiero przed sądem zeznał Jakub, jak całymi dniami leżał na łóżku, nocami tłukł się po pokoju. Po paru dniach, gdy za bardzo dokuczyła mu samotność, na ostrożne nagabywanie matki, zwierzył się jej, że wydalono go z radiotelegrafu z niewiadomego dlań powodu i przydzielono do Jabłonny. Opowiadając to, znów płakał.

Po tej spowiedzi ogarnęła go apatia. Wyczerpany do cna, leżał na łóżku nieogolony, nieubrany, palił papierosy jeden za drugim. Ukojenie przyniosła powzięta w samotności decyzja zgłoszenia się na komisję poborową. Wpuścił do swego pokoju kuzynkę – opowiedział jej o wszystkim, zwierzył się z zamiaru stawienia się z jej bratem na pobór 28 sierpnia.

Widziałam – zeznała ta krewna w sądzie – że Jakuba cieszy powrót do życia, odnalezienie siebie samego. Kiedy się dowiedział, że wybrał zły dzień (sobotę) na złożenie wyjaśnień przed wojskową komisją, ze spokojem odłożył wyjście na miasto do poniedziałku.

Kilka godzin później usłyszał z przyległego pokoju brzęk ostróg, podniesione głosy… Przyszli po niego! Pokój miał na piętrze, wyskoczyć nie sposób; zresztą domyślił się, że dom jest otoczony. W desperacji schowałsię do szafy. Aby ją zamknąć od wewnątrz, przytrzymywał sznurek do wieszania krawatów, przybity na drzwiach. Ale ten, gwałtownie szarpnięty, zerwał się, drzwiczki szafy się rozchyliły… Na widok skierowanej w jego stronę lufy karabinu poprosił: „Panowie, błagam, miejcie wzgląd na mych rodziców”.

Pan prokurator winien dowieść, skoro postawił taki zarzut – przypomina obrońca – że oskarżony nie miał zamiaru powrócić do służby wojskowej, porzuciwszy ją samowolnie. Proces wykazał, że wszystko przemawia przeciwko takiej koncepcji. Oskarżony jest jedynym synem zamożnych rodziców; gdyby pragnął ukryć się przed wojskiem, miałby pieniądze na zaszycie się w jakiejś wiejskiej kryjówce czy za granicą. Wrócił do Kalisza, prowincjonalnego miasteczka, gdzie wszyscy go znali. Również posterunkowi… Zresztą w kilku pokojach domu rodzicielskiego zarekwirowanych na czas wojny mieszkali oficerowie, a jeden z nich pracował w sądzie…

Adwokat kończy kilkugodzinną mowę, zwracając się do sędziów:

Czy my, którym los oszczędził przeżywania strasznych dwóch godzin w lesie pod Jabłonną, możemy rozwiązywać tragiczny dylemat, postawiony człowiekowi honoru?… Składam z ufnością życie oskarżonego w wasze ręce. Czyńcie, co wam sumienie nakaże.

Sąd po kilkugodzinnej naradzie uznał winę Jakuba Klotza za udowodnioną i zgodnie z obowiązującym kodeksem karnym skazał go na karę śmierci przez rozstrzelanie. Jednocześnie postanowił, że kierujący rozprawą przewodniczący i jeden z młodszych asesorów udadzą się niezwłocznie do dowódcy Okręgu Generalnego z wnioskiem o ułaskawienie skazanego.

Jeszcze tego samego dnia wyrok śmierci dla Jakuba Klotza został zamieniony na karę 10 lat ciężkiego więzienia. O całkowitym ułaskawieniu oskarżonego zdecydował marszałek Piłsudski na skutek próśb matki i mecenasa Sterlinga.

Jakub Klotz wrócił do domu w stanie poważnego rozstroju nerwowego. Przyczyniły się do tego nie tylko przeżycia w czasie procesu, ale i wiadomość, którą w rozpaczy wykrzyczała jego matka. Klotz nie miał pojęcia, że jest Żydem wychowanym w rodzinie zasymilowanej z Polską.

O dalszych losach ułaskawionego dezertera ówczesne gazety nie wspominają. Wiadomo jedynie, że w roku 1920 był to jeden z wielu procesów żołnierzy uciekających z polskiego wojska. Tylko nielicznym udało się uniknąć kary śmierci.

Artykuł jest fragmentem książki Heleny Kowalik Słynne procesy II Rzeczypospolitej

Tytuł artykułu nadany przez Kurier Historyczny.





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA