cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności.

Wschodnie pogranicze w ogniu, czyli jak powstał Korpus Ochrony Pogranicza

Krystian Skąpski, 27.08.2021

Żołnierze KOP na granicy polsko-sowieckiej, lata 20. XX w.

Kiedy 18 marca 1921 roku w Rydze podpisywano traktat pokojowy między Polską a Sowietami Polacy oczekiwali, że w końcu zapanuje wyczekiwany czas spokoju. Jednak już niedługo później na wschodniej granicy znów zapachniało wojną.

Niebezpieczne pogranicze

Noc z 3 na 4 sierpnia 1924 roku. Senne miasteczko Stołpce w województwie nowogródzkim przy granicy polsko-sowieckiej zostaje zaatakowane przez grupę dywersantów. Bandyci wyposażeni w broń maszynową nacierają na budynek starostwa, komendę i posterunek policji, oraz areszt miejski, z którego zostają uwolnieni przetrzymywani tam członkowie partii komunistycznej. Dywersantom udaje się również obrabować pocztę, tartak i zakład rzemieślniczy. Walki w mieście trwają godzinę. W ich trakcie ginie urzędnik starostwa oraz 7 funkcjonariuszy policji. W pościg za bandytami ruszyło wezwane na pomoc wojsko. Dywersanci by uniknąć złapania porzucili wzięte furmanki z łupami i rozproszeni próbowali przedzierać się do granicy z ZSRR.

Atak na Stołpce stanowi apogeum sowieckich akcji dywersyjnych we wschodnich województwach II RP. W samym tylko 1924 roku przeprowadzono ich około 200. W lipcu złupiono Wiszniew – miasteczko w powiecie Wołożyn. 20-osobowa grupa uzbrojonych bandytów opanowała miejscowość, a po zablokowaniu wszystkich dróg wylotowych przez cztery godziny rabowała mieszkańców. Policjanci, którzy ruszyli w pogoń za dywersantami nie dość, że ich nie złapali, to sami wpadli w zasadzkę, zostali rozproszeni, a śmierć poniósł ich komendant.

Żołnierze Korpusu Ochrony Pogranicza, podczas spotkania z patrolem sowieckim na granicy z ZSRR, lata 30. XX w.

Głośnym echem odbił się też napad na pociąg pod Łunińcem, na odcinku kolejowym Porohońsk–Łowcza, do którego doszło 25 września 1924 roku. Dokonała tego 40-osobowa grupa terrorystyczna pod dowództwem Kiryłła Ostrowskiego. Dywersanci po zaminowaniu mostu, przebrali się za polskich kolejarzy. Następnie zatrzymali pociąg, którym jechał wojewoda poleski Stanisław Downarowicz, senator PSL „Piast” Bolesław Wysłouch, biskup miński Zygmunt Łoziński oraz komendant okręgowy Policji Państwowej podinspektor Józef Mięsowicz. Towarzyszyło im kilkunastu policjantów, ale nie stawiali oni oporu. Bandyci obrabowali wagon pocztowy, a wojewodę zmusili do podpisania podania o zwolnienie wraz z obietnicą, że nie będzie się zajmować już więcej polityką. Później jego i komendanta Mięsowicza rozebrano do naga i tak pozostawiono. Mimo że to wydarzenie wywołało głośną medialną aferę, to do podobnego ataku na pociąg doszło już w listopadzie tego samego roku pod Leśną.

Sowiecka wojna hybrydowa

Za tymi działaniami stali wysłani z Kraju Rad wywiadowcy. Byli to świetnie wyszkoleni i uzbrojeni funkcjonariusze tamtejszych służb: głównie Czeka, ale też niejednokrotnie Straży Granicznej. Oni stanowili trzon każdej takiej grupy, lecz na polskim terytorium mieli również sprzymierzeńców. Zazwyczaj za pieniądze pozyskiwali do współpracy miejscowych, którzy w trakcie ich działań pełnili głównie funkcję pomocniczą i przy okazji budowali wśród okolicznych mieszkańców pozytywny wizerunek „sowieckich bojowników”. Warszawa na to reagowała protestami, które Moskwa ignorowała. Jednocześnie propaganda ZSRR nie szczędziła wysiłków, by przedstawić, że oto we wschodniej Polsce tli się białoruskie powstanie przeciw polskiemu panowaniu, wyzyskowi, obszarnikom i kapitalistom. Miało to kwestionować prawa Rzeczpospolitej do wschodniej granicy, a dywersja doprowadzić do utraty faktycznej kontroli nad tym obszarem i dać podstawę do wkroczenia Armii Czerwonej, która „zaopiekowałaby się uciśnionym białoruskim ludem”.

Niezwykłe i unikalne przedwojenne plakaty, a także inne gadżety
historyczne można znaleźć w Sklepie Wokulskiego

Sytuacja z miesiąca na miesiąc stawała się coraz gorsza i trzeba było coś z tym zrobić. Rząd groził pociągnięciem do odpowiedzialności tych dowódców garnizonów, którzy nie przystąpili do aktywnej walki z dywersją. W tym czasie gro obowiązków spadało na policję, która strzegła polskich granic. Był to efekt, jak się okazało brzemiennej w skutkach, decyzji z 1923 roku o demobilizacji Straży Granicznej. Jej funkcję przejęła Policja Państwowa, lecz mimo że policjanci dysponowali sprzętem i placówkami po poprzednikach, to szybko okazało się, że brakuje przeszkolonych kadr, by skutecznie zabezpieczyć długi odcinek wschodniej granicy. Dodatkowo, w odciętych od świata stanicach przerzucani tu policjanci z innych części Polski szybko ulegali demoralizacji.

To wszystko naturalnie nie uszło uwadze sowieckim służbom. Od czasu zakończenia wojny polsko-bolszewickiej sytuacja na wschodzie była ciągle niestabilna. Na pograniczu polsko-litewskim notowano działalność prolitewskich grup partyzanckich. Antypolska, ale tym razem białoruska partyzantka działała w lasach Białostocczyzny i Grodzieńszczyzny. Choć działania tych band motywowano politycznie, to często była to przykrywka do dokonywania zwykłego rabunku. I na to wszystko nałożyły się teraz akcje sowieckich oddziałów.

Do walki z bandami wysłano w końcu wojsko. Najszybciej udało się opanować sytuację na pograniczu polsko-litewskim. Jednak żołnierze w tych działaniach jedynie wspierali policjantów. Na granicy polsko-sowieckiej to okazało się niewystarczające. Głównie ze względu na skalę wystąpień.

Korpus Ochrony Pogranicza na straży polskich granic

W związku z niebezpieczną sytuacją na granicy, 21 i 22 sierpnia 1924 roku w Spale, pod przewodnictwem prezydenta Stanisława Wojciechowskiego, odbyło się posiedzenie komitetu politycznego Rady Ministrów. Władze liczyły się z ryzykiem wybuchu wojny z ZSRR. Dotychczasowe działania wojska i policji oceniono jako nieskuteczne. Dostało się za to gen. Edwardowi Rydzowi-Śmigłemu, który odpowiadał za tę akcję. Rząd Władysława Grabskiego rozważał zmilitaryzowanie całego obszaru, a także przyznanie wojewodom uprawnień do wysiedlania i internowania ludności, która będzie wspierać grupy dywersantów. Zdecydowano się jednak przystać na projekt ministra spraw wojskowych gen. Władysława Sikorskiego powołania Korpusu Ochrony Pogranicza. Miała to być formacja militarna, ale podległa Ministerstwu Spraw Wewnętrznych, choć jej organizacją miało się zająć Ministerstwo Spraw Wojskowych, której zdaniem było wyznaczenie do niej żołnierzy służących w regularnych jednostkach. Na dowódcę KOP nominowano gen. bryg. Henryka Minkiewicza.

Wielu krytykowało decyzję o stworzeniu nowej formacji. Przede wszystkim wskazywano na koszty. Przecież tę samą funkcję mogli pełnić regularni żołnierze z pobliskich jednostek. Przewaga KOPu polegała jednak na tym, że była ona skupiona wyłącznie na specyficznej służbie pogranicznej i nie rozpraszały ją zadania przynależne na co dzień wojsku. Posiadała również autonomiczne służby wywiadu i kontrwywiadu, co znacząco ułatwiało zapobieganie kolejnym atakom.

Liczebność KOP ustalano na 27 687 żołnierzy. Korpus Ochrony Pograniczna otrzymał zadanie objęcia służby na granicy z Litwą, Łotwą i ZSRR. Do końca 1924 roku sformowano 10 batalionów i 10 szwadronów kawalerii. Do kwietnia 1925 roku udało się podwoić ten stan i zabezpieczyć cały wyznaczony odcinek kordonu. Na okres 24-miesięcznej służby w KOP kierowano najczęściej rekrutów z innych rejonów Polski, zazwyczaj z zachodnich województw, tak aby żołnierz nie był w żaden sposób związany z okoliczną ludnością, co miało uchronić przed ewentualnym konfliktem interesów. Unikano także osób, które mogą posiadać jakąś rodzinę w ZSRR lub pochodzących ze środowisk podatnych na propagandę komunistyczną. Starano się też, aby 80 proc. z nich stanowiły osoby narodowości polskiej. Oficerowie byli przydzielani na czas 3-4 lat z jednostek liniowych. Po tym okresie wracali do armii. W Ostrowcu nad Narwią utworzono z kolei Centralną Szkołę Podoficerów KOP. Podoficerów co do zasady nie odsyłano z powrotem do wojska i pełnili w formacji służbę niejednokrotnie wieloletnią. Często także osiedlali się na stałe w pobliżu swojej strażnicy, ale do zawarcia ślubu z miejscową dziewczyną musieli uzyskać zgodę dowódcy batalionu.

Żołnierz KOP na wieży strażniczej, lata 30 XX w.

Służba w Korpusie Ochrony Pogranicza uchodziła za prestiżową i różniła się od służby w jednostkach wojska. Tam każdy z żołnierzy odbywał szkolenie, ale po trafieniu do batalionu lub szwadronu KOP, ze względu na rozproszenie oddziałów na odcinku granicznym, musiał odznaczyć się samodzielnością i inicjatywą, a także umiejętnością sprawnego działania w sytuacjach stresowych. Każdego dnia mógł bowiem uczestniczyć w jakiejś niebezpiecznej operacji przeciwko dywersantom czy przemytnikom. Wyróżnikiem w umundurowaniu były uchodzące w wojsku za elitarne okrągłe czapki typu angielskiego z granatowym otokiem.

Już po kilku miesiącach od utworzenia Korpusu sytuacja we wschodnich województwach uległa ustabilizowaniu. Bandy dywersantów straciły możliwość łatwego przedarcia się przez kordon, a tym bardziej dokonania jakiejkolwiek znaczącej akcji. Nowa formacja po wykonaniu misji zabezpieczenia granicy przystąpiła do podejmowania działań także o innym charakterze. Kopiści organizowali akcje charytatywne, wydarzenia kulturalne i patriotyczne, kursy czytania i pisania. Placówki KOP stały się prawdziwymi redutami polskości na Wschodzie.

Po sowieckim ataku na Polskę 17 września 1939 roku żołnierze Korpusu Ochrony Pogranicza byli pierwszymi, którzy stawili czoła Armii Czerwonej. Pierwsi też doświadczyli sowieckich represji jako główni wrogowie Kraju Rad. Wielu z nich także, w 1940 roku zginęło od strzału w tył głowy w ramach tzw. zbrodni katyńskiej.





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA