cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności.

Traktat ryski - coś gorszego niż zbrodnia

Jakub Wojas, 18.03.2021

Podpisanie traktatu ryskiego, 18 marca 1921 r.

18 marca 1921 r. w pałacu Bractwa Czarnogłowców w Rydze doszło do podpisania traktatu pokojowego między Polską a Rosją Sowiecką i Ukraińską Republiką Sowiecką. Dla Polski był to moment, kiedy ukształtowana została jej wschodnia granica i tym samym definitywnie kończyła się wojna, w której o mało nie straciła swojej świeżej niepodległości. Jednak dla ówczesnych naszych sojuszników – Białorusinów i Ukraińców traktat ryski był po prostu rozbiorem, a skutki tego jak potraktowała ich wtedy Polska odczuwamy do dziś.

Koniec marzeń Marszałka

18 października 1920 r. zamilkły strzały na froncie polsko-bolszewickim. Zaczęło obowiązywać zawieszenie broni. Jednak Białorusini i Ukraińcy postanowili nadal walczyć o wolność swoich ojczyzn. W listopadzie przy cichym poparciu polskiego sztabu przekroczyli linię rozejmową i rozpoczęli samotną walkę z bolszewickim okupantem.

Pomimo niekwestionowanej odwagi operacja zakończyła się klęską. Wobec przewagi Armii Czerwonej żołnierze białoruscy i ukraińscy musieli wycofać się do Polski. Tam nieoczekiwanie spotkało ich upokorzenie. Polacy ulegli sowieckim namowom. Rozbroili dawnych sojuszników i wysyłali ich prosto do obozów internowania. Do miejsc, w których nie tak dawno Niemcy umieszczali legionistów Piłsudskiego.

W 1921 r. podjęto jeszcze jedną, ostatnią już próbę wyzwolenia Białorusi i Ukrainy. Wiosną wybuchły walki partyzanckie w okolicach Słucka. Jesienią przy wsparciu polskiego wywiadu wyruszyło w stronę Kijowszczyzny kilka oddziałów ukraińskich ochotników. Konsekwencje okazały się tragicznie. Oddziały rozbito, a jeńców rozstrzeliwano na miejscu. Taki był smutny koniec federacyjnej polityki marszałka Piłsudskiego. Przypieczętowano go jednak już wcześniej – w czasie polsko-sowieckich negocjacji w Rydze.

Zobacz także:

 

Polska – wiarołomny sojusznik

Józef Piłsudski po I wojnie światowej dążył do utworzenia na ziemiach dawnej Rzeczpospolitej Obojga Narodów związku państwowego, w którym zamieszkujące go narody miałyby zapewnioną możliwość samostanowienia. 23 lutego 1920 r. Rzeczpospolita Polska i Białoruska Republika Ludowa podpisały konwencję wojskową. W walce z bolszewikami u boku Wojska Polskiego miała stanąć Białoruska Armia Narodowa. Dowodził nią Białorusin bardziej z przypadku niż z urodzenia, Stanisław Bułak-Bałachowicz. Generał wsławił się już w wielu zwycięskich walkach z Sowietami w Estonii i w Rosji. Jak się okazało, nie zawiódł także jako wódz białoruskiej armii.

Duże znaczenie zarówno polityczne, jak i wojskowe posiadało porozumienie między Józefem Piłsudskim a Semenem Petlurą, przywódcą Ukraińskiej Republiki Ludowej. Na mocy układu z 21 kwietnia 1920 r. Polska obiecała pomóc w wyzwoleniu naddnieprzańskiej Ukrainy okupowanej przez bolszewików. Powstałe dzięki temu państwo ukraińskie miało być ściśle związane z Rzeczpospolitą. 25 kwietnia 1920 r. ruszyła wspólna ofensywa. 7 maja zajęto Kijów. Minął zaledwie miesiąc, gdy bolszewicy przełamali front i zaczęli zagrażać polskim i ukraińskim oddziałom. Nastąpił pospieszny odwrót.

Symon Petrula i Józef Piłsudski na dworcu w Winnicy, kwiecień 1920 r.

Ukraińcy nie zdołali w tak krótkim czasie utwierdzić swojej władzy nad Dnieprem. W obliczu klęski Polaków wśród części dowódców pojawiła się pokusa opuszczenia swojego sojusznika. Latem 1920 r. dowódca Strzelców Siczowych Jewhen Konowalec namawiał w Kamieńcu Podolskim Semena Petlurę do wycofania ukraińskich wojsk w Karpaty i przepuszczenia kroczącej na Zachód Armii Czerwonej. Petlura odrzucił tę możliwość. Dzięki tej postawie Polska uzyskała wsparcie, które przyczyniło się do zatrzymania pod Zamościem Armii Konnej Budionnego w kluczowych dniach sierpnia 1920 r.

Ukraina do końca dotrzymała umowy z Polską, czego nie można powiedzieć o samych Polakach. W czasie negocjacji w Rydze bez większych oporów zgodzili się z wnioskiem Sowietów, aby nie dopuszczać do rozmów przybyłego na nie przedstawiciela URL. Wobec tego Ukraińcy poprosili stronę polską by reprezentowała w czasie rozmów jej interesy i nie dopuściła do nich Sowieckiej Republiki Ukraińskiej. Polacy zapewnili swoich ukraińskich partnerów o lojalności. W rzeczywistości jednak polscy delegaci nie tylko nie domagali się uznania suwerenności URL, ale też bez problemu zaakceptowali uczestnictwo w rokowaniach przedstawiciela Sowieckiej Ukrainy. Dla dotychczas wiernych sojuszników Rzeczpospolitej był to policzek.

Czy było warto?

Naganne z etycznego punktu widzenia działania dają się w polityce międzynarodowej niekiedy usprawiedliwić realizacją celów wyższych. W Rydze Rzeczpospolita jako zwycięskie państwo mogła rozdawać kart, lecz polscy negocjatorzy wyraźnie dążyli do nakreślenia takiej granicy wschodniej, która nie włączałaby w obszar Polski zbyt dużej ilości mniejszości narodowych. Z tego też powodu doprowadzono m.in. do wycofania polskich oddziałów z części ziem zdobytych w ostatniej fazie wojny.

Najbardziej wpływowa osoba w polskiej delegacji – endecki polityk Stanisław Grabski wykazywał daleko idący sceptycyzm wobec przesunięcia granicy dalej na wschód. Zajęty tuż przed zawieszeniem broni Mińsk był zdaniem niego „zbyt zażydzony”, a włączenie całej Białorusi w granice federacyjnej Rzeczpospolitej uznawał za pozbawione sensu. Zdaniem Grabskiego Białoruś, która miałaby pewną możliwość samostanowienia w ramach demokratycznego ustroju, w obliczu faktu, że Polacy są tam mniejszością byłaby wcześniej czy później stracona dla Polski. Polacy nic by tam nie znaczyli. Należało zatem przyjąć tylko tylu Białorusinów, ilu da się spolonizować i wyciąć tym samym, jak mawiał Grabski, ten „białoruski wrzód”.

Białoruska karykatura traktatu ryskiego: „Precz z haniebnym rozbiorem ryskim! Niech żyje wolna, niepodzielna, włościańska Białoruś!”

Z kolei wątpliwości wobec Ukrainy pojawiały się już na początku sojuszu. Wskazywano, że stworzenie niezależnej Ukrainy na Dnieprem nie zatrzyma planów oderwania zachodniej Ukrainy od Polski. Dla Haliczan bowiem Lwów znaczył więcej niż Kijów. Innym argumentem były podejrzenia, że państwo ukraińskie to tak naprawdę pomysł niemiecki. Niektórzy szli dalej oskarżając Piłsudskiego o realizację poprzez swoją idee federacyjną niemieckiego planu Mitteleuropy. Za pretekst do zdrady posłużył brak ratyfikacji przez Sejm układu z Ukrainą. Z tego powodu była to zdaniem Grabskiego tylko „prywatna umowa pana Piłsudskiego z panem Petlurą”.

Nakreślona w Rydze mapa Polski pozbawiała złudzeń o federacji i skłoniła decydentów do sięgnięcia po popularny wówczas endecki program asymilacyjny. Wyrzuty sumienia wobec dawnych sojuszników miał jeszcze sam Józef Piłsudski, który starał się zapewnić im w Polsce jak najlepsze warunki. Oficjalnie nawet przeprosił żołnierzy ukraińskich dodając, że „tak nie miało być”.

Dziś trzeba jasno powiedzieć, że skutki traktatu ryskiego były opłakane. Wśród Ukraińców umocniło się przekonanie o „zdradliwym Lachu”, który chce ich tylko wykorzystać. Pogląd ten potwierdziła radykalizacja polityki narodowościowej w II połowie lat 30 XX wieku. Zawiedzione nadzieje wobec Polski skłaniały ruchy białoruskie i ukraińskie w stronę nieprzychylnych II RP państw jak Czechosłowacja, Litwa czy w końcu Niemcy. Tak zwane ukraińskie pokolenie młodszych braci, czyli ludzi urodzonych ok. 1910 r., którzy nie mogli siłą rzeczy brać udział w walkach o niepodległość Ukrainy zaczęło głosić program walki o ojczyznę wszystkimi metodami, także tymi najbardziej brutalnymi. Do tej grupy, która sama siebie nazywała „fanatycznymi apostołami nowej idei”, należeli m.in. Stepan Bandera i Roman Szuchewycz. Początkowo byli marginesem, ale rosnące rozczarowanie Polską tylko działało na ich korzyść.

Tak narastała wzajemna niechęć, której mogłoby nie być, gdyby nie haniebna i głupia postawa Polski wobec własnych sojuszników po rzekomo przecież zwycięskiej wojnie. Jeden z najlepszych dyplomatów w historii Charles-Maurice de Talleyrand zwykł w takich sytuacjach mawiać: „to było coś gorszego niż zbrodnia – to był błąd”.

 

Artykuł ukazał się wcześniej na portalu Eastbook.





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA