cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności.

II Rzeczypospolita na wokandzie, czyli co słynne procesy przedwojennej Polski mówią nam o tym państwie

Jakub Wojas, 22.03.2020

Przewodniczący składu sędziowskiego w procesie brzeskim sędzia Klemens Hermanowski w czasie rozprawy

Samosądy, zabójstwa polityczne, malwersacje finansowe niedawnych bohaterów – m.in. takimi sprawami zajmowały się przedwojenne sądy. Przy okazji na sali rozpraw zadawano najważniejsze pytania o przyszłość i przeszłość Polski. Z kolei sędziowie musieli się z tym wszystkim zmierzyć, ale nie zawsze im się to udawało.

Kiedy pierwszy raz usłyszałem o książce Słynne procesy II Rzeczypospolitej od razu pomyślałem „aha, kolejna książka ze sprawą Gorgonowej”. Utwierdziłem się w tym przekonaniu, gdy zobaczyłem okładkę tej publikacji z jakąś kobietą i policjantami. Wbrew jednak tytułowi i okładce nie ma tu tabloidowych przestępstw z przedwojennego Pudelka. Jest za to reportażowy przegląd najważniejszych spraw II RP, które wiele nam mówią czym w istocie było to państwo.

Osobiście nieco utyskuje, że zbrakło tu omówienia kilku ważnych według mnie orzeczeń, ale mimo to warto sięgnąć po tę pozycję. Książka ta jest bowiem w istocie lekturą bardzo gorzką, zwłaszcza dla tych, którzy wychowali się na micie nieskazitelnej i sprawiedliwej przedwojennej Polski. Okazuje się, że dobór kilkudziesięciu spraw sądowych, które stanowią wycinki obrazu podejmowanego w poszczególnych rozdziałach tematu potrafi skutecznie odrzeć ze wszelkich złudzeń. Rozpoczynamy od mocnych opisów wojny polsko-bolszewickiej, które ukazują nam inne niż znane z podręczników oblicze tego konfliktu: dezerterzy, osobiste zemsty, zbrodnie na ludności żydowskiej. Potem jest trochę o przedwojennej reprywatyzacji, która tak naprawdę dotyczyła sporu o to jakim państwem jest ta II RP – dumną kontynuacją tej przedrozbiorowej Rzeczypospolitej czy czymś nowym. Przedstawiciele Skarbu Państwa, którzy oponowali przed zwrotem zagrabionych przez zaborców majątków opowiadali się za tym drugim poglądem, ale to spowodowało gwałtowną reakcję społeczną. Maria Rodziewiczówna w „Expresie Porannym” bardzo dosadnie wyraziła się na temat stanowiska Prokuratorii Generalnej:

Słuchając mowy reprezentantów urzędów Rzeczypospolitej Polskiej, pytam się w  duchu, czy ci ludzie mówiący po polsku są Polakami, gdyż oświadczenia, które słyszałam, nie mogły wyjść z duszy Polaka. (…) Więc kary, które spadły na Polaków za ich walkę o wolność ojczyzny, były karami legalnymi? Więc my nie jesteśmy dalszym ciągiem Polski Piastów, Jagiellonów, Polski przedrozbiorowej, ale nowotworem bez przeszłości.

Proces Rity Gorgonowej, 1933 r.

Społeczeństwo wówczas żywo interesowało się tym co się dzieje na salach sądowych. Była to jedna z powszechniejszych form rozrywki. Ludzie z wypiekami na twarzy czytali relacje gazetowe z rozpraw, a na niektóre z nich trzeba było się zaopatrzyć w bilet. Za pośrednictwem mediów nierzadko ferowano też wyroki, zanim zrobił to skład orzekający. Gdy natomiast pomiędzy publicznym a sądowym rozstrzygnięciem była różnica, to zdarzali się również tacy, którzy potrafili sami wymierzyć sprawiedliwość. Oskarżony o malwersacje prezes PKO Hubert Linde przed sądem został uniewinniony, ale nie mógł się z tym pogodzić Wacław Trzmielowski, który okazał się jego katem. Przed sądem zabójca tak tłumaczył swoje postępowanie:

Po wysłuchaniu mowy obrończej nie miałem wątpliwości, że wyrok będzie uniewinniający. Nie mogłem się z tym pogodzić. Ten człowiek okradał młode państwo polskie, o które ja przelewałem krew. Tego dnia byłem umówiony z kolegą na Starym Mieście, szedłem w tamtą stronę i jeszcze raz  przeżywałem wszystko, co się zdarzyło w sądzie. Niespodziewanie natknąłem się na Lindego. Chyba doznałem zamroczenia umysłu, nie pamiętam, co się działo. Kiedy oddawałem policjantowi rozładowany rewolwer, zrozumiałem, że strzelałem do przechodnia. Obecnie uświadamiam sobie, że nie byłem do takiego czynu upoważniony. Zabicie człowieka to nie to samo, co zabicie ptaka.

Więcej o sądach, głośnych procesach i aferach II RP można znaleźć
w książce Słynne procesy II Rzeczypospolitej

Własną sprawiedliwość wymierzył także sierżant Józef Muraszko – do szpiku kości nienawidzący bolszewików, zabił dwóch sowieckich agentów, gdyż nie mógł się pogodzić, że unikną oni kary jako wymienieni na granicy z pojmanymi w ZSRR Polakami. Prezes Głównego Urzędu Ziemskiego Władysław Olewiński poniósł śmierć z powodu rzekomego łapówkarstwa, o które oskarżał go jego zabójca Władysław Niwiński. Od kuli zginął także wyjątkowo nielubiany dyrektor zakładów lniarskich w Żyrardowie Julian Blachowski. Te sprawy ewidentnie pokazywały, że maksyma „sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie” wcale nie narodziła się na Ziemiach Odzyskanych w czasie pewnego sąsiedzkiego sporu.

To co się również przebija z tych procesów to wszechobecna przemoc. Policja (i wojsko) nie cacka się z demonstracjami, więźniami, nawet jeśli to jeszcze do niedawna wpływowi wojskowi czy politycy. Często też sięga się po broń. Poza wymierzaniem sprawiedliwości rewolwerem dochodzi także do aktów politycznego terroru: zabójstwa pierwszego prezydenta, ministra spraw wewnętrznych Pierackiego, metropolity warszawskiego Kościoła prawosławnego w Polsce Jerzego. Ponadto socjaliści tłukli endeków, endecy socjalistów i Żydów, a wszystkich od czasu do czasu, zależności kto był przy władzy, tłukła policja.  

Na sali sądowej to wszystko się kumuluje, bo członkowie palestry również mają swoje zapatrywania polityczne, z czym się wcale nie kryją. Piękne mowy obrończe, które dziś w sądach można usłyszeć już chyba tylko w wykonaniu adwokatów tzw. „starej daty” wówczas przyciągały do sądu tłumu i były szeroko komentowane na łamach prasy. Były to niekiedy przemówienia o stanie państwa, społeczeństwa jedynie z nawiązaniem do toczącego się procesu. Na ich podstawie nie tylko sąd, ale i publiczność miała wyrobić sobie opinię na dany temat. Zapewne właśnie pod ich wpływem skład sędziowski orzekał nierzadko bardzo łagodnie. Rok czy dwa lata więzienia za zabicie z premedytacją człowieka i to bez skruchy to, umówmy się, przecież to żadna kara.

Bywało jednak i surowej, ale chyba zbyt surowo. W roku 1921 weszła w życia tzw. „marcówka” – nowelizacja przewidująca karę śmierci dla urzędników i wojskowych za defraudacje. Bohater wojny bolszewickiej, podporucznik Jan Wereszczyński ze szwagrem Tadeuszem Przybylskim przepuścił na doczesne przyjemności blisko 20 milionów marek polskich z kasy pułkowej. Na podstawie marcówki został za to rozstrzelany. Sprawę dobitnie skomentował Włodzimierz Ostoja-Zagórski w „Kurierze Warszawskim”:

Z procesu tego wieje taka beznadziejna pustka oczami taka czarna przepaść, że ostrą goryczą napełnia się sen patrioty o Armii Wolnej Polski. Klucze do wojskowej kasy dostępne szeregowcom i ordynansom, książeczki czekowe walające się po szufladach biurek, księgi w nieporządku, inne w ogóle nieprowadzone i niesłychany brak kontroli ze strony przełożonych władz i  dowodów napełniają wprost przerażeniem. Podejrzana spółka Jana Wereszczyńskiego ze szwagierkiem, za którym stoi banda opryszków i zbójów, jaskrawo odbija się od tego ideału, jakim chcielibyśmy widzieć oficera w polskim mundurze. Z procesu dowiedzieliśmy się smutnej prawdy: w młodej naszej armii etyka poszczególnych funkcjonariuszy jest przerażająco odmienna od odpowiadającej najniższym wymaganiom. Tych poważnych niedbalstw i przewinień tolerować nie wolno. Kara śmierci na defraudantów jest nie tylko ustawowa, ale rzeczywiście stosowana. Niech w Polsce dla Wereszczyńskich nie będzie litości.

Zagórski, który nie ma litości dla Wereszyczńskiego za kilka lat sam stanie przed sądem za to, że jako szef Departamentu Lotnictwa Ministerstwa Wojskowego naraził Skarb Państwa na znaczne straty. Sprawa jednak nie została rozstrzygnięta przed sądem. Zagórski zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Wielu dostrzega tu działanie piłsudczyków, którzy odgrywali się na nieprzychylnym Marszałkowi generałowi. Skazany został jednak Michał Rola-Żymierski. Miał on przyjmować łapówki za korzystne rozstrzygnięcie przetargu na maski przeciwgazowe. Choć materiał dowodowy wystarczająco obciążał pułkownika, to wielu nie mogło uwierzyć, że człowiek o dotychczas tak pięknej karcie z I wojny światowej i walk o granice mógł się dopuścić takiego czynu. Żymierski nie był wyjątkiem. Nie należy mieć złudzeń o krystaliczności ówczesnych elit. Nie mam wątpliwości, że patriotyzm traktowano wówczas bardzo serio, ale wielu to nie przeszkadzało w robieniu mniejszych lub większych machlojek, które na różny sposób sobie i innym próbowano wytłumaczyć.

Ława oskarżonych w procesie brzeskim, 1930 r.

Sędziowie w tym wszystkim wydają być bezimiennym świadkiem. Rozprawa była rodzajem teatru, ale główne role przypadały obronie i oskarżycielom. Skład sędziowski pomijano w relacjach gazetowych i pomija się też w tej książce, gdyż jak można wywnioskować z podanej bibliografii to nie opiera się ona na orzecznictwie, lecz głównie na materiałach z ówczesnej prasy. A szkoda, bowiem niektóre postępowania potraktowano zbyt skrótowo, nie docierając do ich esencji. Chodzi tu o np. sprawę Alfonsa Frestenstadta, który jako niemiecki agent w czasie I wojny światowej wydawał prawdziwych lub domniemanych szpiegów rosyjskich. Sąd go skazał na 8 lat ciężkiego więzienia, ale nie za wykrywanie carskich siatek szpiegowskich, ale za to, że celowo fałszywie oskarżył o przynależność do nich kilku Polaków. To w Słynnych procesach II Rzeczypospolitej trudno wychwycić.

Przy tej okazji jest też przytoczona podobna sprawa Mordki Weisholca, który jako agent niemiecki wydawał polskich działaczy niepodległościowych. Sąd Najwyższy oparł tu swoje orzeczenie m.in. na mocno kontrowersyjnej tezie o państwowości Królestwo Kongresowego, które miało być wtedy w stanie wojny z Niemcami. Ten wątek w publikacji pominięto, choć to akurat można darować, ponieważ to bardziej temat do dyskusji prawniczych niż książek reporterskich. Niemniej ten przypadek pokazuje, że w wielu ówczesnych orzeczeniach dokonywano niezłych akrobacji, które niejednokrotnie bardzo luźno się trzymały reguł prawa. Dlatego mając świadomość tego, jak wtedy orzekano nie zawsze mam poczucie, że władza sądownicza II RP „zdała egzamin”. Nie wolno jednak zapominać, że nie każdy sędzia (podobnie jak dziś) jest ekspertem z każdej gałęzi prawa, a mimo to przecież musi nie raz sądzić w zagmatwanych sprawach, gdzie stosuje przepisy, z którymi ostatni raz miał styczność na studiach. Ponadto przez większość dwudziestolecia w różnych rejonach Polski nadal obowiązywały kodeksy państw zaborczych i to też rzutowało na czasami bardzo dziwne wyroki. 

Oczywiście, procesy opisane w książce to pewien zbiór i mogą pojawić zarzuty selektywności, ale niewątpliwie są to w większości te najgłośniejsze afery, które znalazły swój finał na sali rozpraw. Niestety, jak z procesów dotyczących afery FOZZu, śmierci generała Papały czy afery Amber Gold możemy czegoś dowiedzieć się o III RP , to tak samo postępowania w sprawie zabójstwa prezydenta Narutowicza, przywódców Centrolewu czy ataku na Myślenice powiedzą nam sporo o II RP. I nie będą to wcale miłe rzeczy.

Zobacz także:

Nasz wywiad z autorką książki Słynne procesy II Rzeczypospolitej Heleną Kowalik





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA