cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności.

Miłość żąda ofiary. Piloci Dywizjonu 303

Paweł Filipiak, 10.07.2020

Piloci Dywizjonu 303

Wspominając dziś polskich lotników z Dywizjonu 303 czujemy dumę, kiedy opiewana jest ich postawa podczas bitwy o Anglię. Coraz mniej ludzi zdaje sobie jednak sprawę z tego jak wielkie było ich poświęcenie.

W brytyjskim filmie z 1969 roku „Bitwa o Anglię” pokazana jest scena portretująca jeden z pierwszych przelotów nowego polskiego dywizjonu lotniczego w Royal Air Force – Dywizjonu 303. W sierpniu 1940 roku podczas treningowego lotu polscy piloci zauważają niemieckie samoloty i ignorując angielskie rozkazy ruszają do ataku. W prawdziwej historii tylko jeden z pilotów odłącza się od eskadry. Ludwik Paszkiewicz zaślepiony rządzą zemsty atakuje i strąca wrogiego Messerschmitta. Po powrocie do bazy otrzymuje ostrą reprymendę od angielskich przełożonych, ale również dowodzi wartości bojowej polskich lotników. Następnego dnia Polacy dostają oficjalną zgodę na rozpoczęcie działań bojowych. Film nie wspomina jednak również, że Ludwik Paszkiewicz ginie niecały miesiąc później.

Najlepszy dywizjon

Dywizjon 303 nie był pierwszą polską jednostką taktyczną w Royal Air Force. Odrobinę wcześniej, bo 13-ego lipca 1940 roku sformowano Dywizjon 302. Zrządzeniem losu jednak to do Dywizjonu 303 trafili najlepsi wówczas polscy lotnicy.

Dla większości polskich pilotów droga do służby w brytyjskim lotnictwie podczas drugiej wojny światowej wyglądała podobnie. Po klęsce Polski w kampanii 1939 roku udają się oni do Rumunii, a po ucieczce z tamtejszych obozów internowania przedzierają się do Francji. W końcu po klęsce wojsk francuskich w maju 1940 różnymi drogami uciekają do Wielkiej Brytanii, gdzie przygotowujący się do odparcia niemieckiej inwazji RAF z otwartymi rękami przyjmuje do służby każdego, kto potrafi pilotować wojskowy samolot.

Więcej informacji na temat pilotów Dywizjonu 303 można znaleźc
w książce Skrzydła we krwi. Dywizjon 303 w bazie RAF Northolt

Domem dla Dywizjonu 303 była baza RAF w Northolt. W 1940 była to miejscowość położona w niewielkiej odległości od Londynu, a dziś stanowi jedną z jego północno-wschodnich dzielnic. Oficjalna nazwa polskiej jednostki to 303. Dywizjon Myśliwski Warszawski im. Tadeusza Kościuszki. Nazwa ta ma dłuższą historię i łączy się z losami powstałej w 1919 roku 7. Eskadry Myśliwskiej im. Tadeusza Kościuszki. Utworzona ona została przez amerykańskich ochotników chcących odwdzięczyć się Polakom za ich wkład w budowę niepodległych Stanów Zjednoczonych Ameryki. Ta walcząca w wojnie polsko-bolszewickiej eskadra została później włączona do 1. Pułku Lotniczego jako 111. Eskadra Myśliwska (Kościuszkowska).

Dywizjon 303 utworzono oficjalnie 2-ego sierpnia 1940 roku. Jego dowódcą (squadron leader) z ramienia RAF został Ronald Kellet. Oprócz Kelleta pierwotny skład Dywizjonu 303 składał się jeszcze z trzydziestu sześciu lotników. Trzydziestu jeden Polaków, dwóch Brytyjczyków, dwóch Czechów i jednego Kanadyjczyka. To ci piloci zbudowali legendę dywizjonu podczas bitwy o Anglię i to głównie nim poświęcony jest niniejszy tekst. Ośmiu z nich oddało życie za Polskę, a cała reszta skazana została po wojnie bądź na tułaczkę po świecie bądź, w razie powrotu do komunistycznej Polski, na szykany ze strony władz kraju.

Kellet jak sam po latach przyznawał, początkowo bardzo nisko oceniał umiejętności polskich pilotów i mechaników, nad którymi miał objąć dowództwo. Swoją wiedzę oparł jednak na mylnym mniemaniu, że za klęskę lotnictwa w kampanii polskiej odpowiadały braki w wyszkoleniu polskiego lotnika, a nie znaczna przewaga ilościowa i techniczna Luftwaffe. Obserwując jednak Polaków w akcji diametralnie zmienił o nich zdanie i po czasie bardzo wysoko cenił ich umiejętności, zaciętość i nieustępliwość. Oprócz Kelleta dywizjon posiadła również polskiego dowódcę (również w randze squadron leader). W początkowym okresie istnienia dywizjonu i podczas bitwy o Anglię funkcję dowódcy dywizjonu sprawowało kolejno dwóch polskich pilów: Zdzisław Krasnodębski i Witold Urbanowicz.

Bohaterowie przestworzy

Krasnodębski urodził się w 1904 roku i pochodził z okolic Łukowa. W 1920 roku walczył w wojnie polsko – bolszewickiej. W II RP został przydzielony do 111. Eskadry Myśliwskiej, której został dowódcą w 1936 roku. Podczas kampanii wrześniowej ledwie uszedł z życiem. Jego samolot w czasie walk został poważnie uszkodzony, a Krasnodębski musiał salwować się skokiem spadochronowym. Niemieccy piloci znani byli z tego, że bez skrupułów ostrzeliwali opadających na spadochronie lotników. Życie ocalił mu jednak inny pilot eskadry - Arsen Cembrzyński, który strącił gotujący się do ataku na polskiego spadochroniarza niemiecki samolot. Obydwaj panowie spotkają się za niespełna rok w Anglii, gdzie latać będą razem w polskim dywizjonie (Cembrzyński zginie 11 września 1940 roku osierocając 2-letniego synka). Wspomniana wyżej historia daje również początek naczelnej zasadzie, jaką kierowali się piloci Dywizjonu 303 podczas walk powietrznych w obronie Wielkie Brytanii. Nigdy nie zostawiali w potrzebie swoich towarzyszy. Kiedy samolot kompana z dywizjonu został uszkodzony, a pilot musiał go opuścić reszta eskadry zawsze zaciekle broniła swoich kolegów przed atakiem niemieckich myśliwców.

Zdzisław Krasnodębski

Krasnodębski zostaje zestrzelony 6 września 1940, zaledwie tydzień po osiągnięciu przez dywizjon zdolności bojowej. Poważnie poparzony trafia do szpitala i już nigdy później nie zasiada za sterami samolotu polskiego dywizjonu. Jego miejsce jako squadron leader zajmuje Witold Urbanowicz. Krasnodębski i Urbanowicz znali się od 1932 roku gdzie latali razem w 1. Pułku Lotniczym w Warszawie. Kiedy było już pewne, że polskie lotnictwo we wrześniu 1939 poniesie sromotną klęskę Urbanowicz uratował życie i zaopiekował się pięćdziesięcioma swoimi wychowankami ze Szkoły Podchorążych Lotnictwa w Dęblinie (tuż przed wybuchem wojny odpowiadała za szkolenie), których bezpiecznie doprowadził do Rumunii, a dalej przez port w Konstancy do Francji. Kiedy objął dowództwo nad Dywizjonem 303 pokazał pełnię swoich umiejętności lotniczych. Posiadał jeden z najwyższych współczynników strąceń niemieckich samolotów. Jako pilot i dowódca dywizjonu znany był również fakt, że przez cały okres jego pobytu w dywizjonie nie dogadywał się on ze swoim brytyjskim odpowiednikiem Ronaldem Kelletem. Zarówno Krasnodębski, jak i Urbanowicz przeżyli wojnę. Ten pierwszy po krótkim pobycie w RPA osiadł w Kanadzie, ten drugi zaś zamieszkał w Ameryce i obaj doczekali później starości. Urbanowicz zmarł mając osiemdziesiąt lat, a Krasnodębski siedemdziesiąt cztery. Nie wszyscy jednak piloci Dywizjonu 303 mieli szczęście doczekać sędziwego wieku.

Pochodzący z województwa lubelskiego Stefan Wójtowicz uzyskał uprawnienia pilota tuż przed wybuchem wojny. Jego siostra Matylda po latach tak opisywała jego ucieczkę do Rumunii we wrześniu 1939 roku: 

Pewnego dnia przed domem stanęły dwa motocykle. To był mój brat Stefan, jego dowódca i jeszcze dwaj koledzy. Mama błagała Stefana, żeby został. Każda matka zawsze chce rozciągnąć nad swoim dzieckiem ochronny parasol i zatrzymać je dla siebie. Stefan odpowiedział ‘Mamo muszę. Zobaczysz, twoje wnuki będą czytać książki o moich wyczynach’.

11-ego września 1940 roku Stefan Wójtowicz podczas najgorętszego okresu walk bitwy o Anglię stawiał czoła sześciu Messerschmittom Bf 109. Jego samolot został uszkodzony i runął na ziemię w miejscowości Hogtrough Hill. Zginął mając 21 lat. Tuż przed swoją śmiercią zaręczył się.

Jeszcze mniej lat w chwili swojej śmierci miał pochodzący z Lwowa Tadeusz Andruszków. Dołączył on do dywizjonu 21 sierpnia. 5 września zaliczył pierwsze zestrzelenie wrogiego samolotu. Zginął następnego dnia. Śmierć innego polskiego pilota dywizjonu Bogusława Mierzwy stała się częścią rodzinnej tragedii. Niemal jak w znanym filmowy dramacie wojennym, Bogusław stracił na wojnie dwóch braci. W 1940 roku zginął Ludwik, w 1941 roku Mieczysław. Nie był to jednak koniec traumy rodziny Mierzwów. Również w 1941 roku ginie sam Bogusław, a w 1944 roku jego ojciec. Wojnę przeżywa tylko matka i siostra Bogusława.

Śmierć polskich lotników nie szła jednak na marne. Dzięki ich heroicznym wyczynom podczas toczonej od sierpnia do października 1940 roku bitwy o Anglię, Wielka Brytania utrzymała swą niepodległość, a piloci Dywizjony 303 wykuli wtedy swoją legendę. Latający w polskim oddziale Josef Frantisek stał się jednym z czołowych strzelców alianckiego lotnictwa i zestrzelił aż 17 wrogich samolotów (podobny rekord wykręcił Witold Urbanowicz), a cały Dywizjon 303 pochwalić się mógł najwyższą liczbą strąceń niemieckich samolotów (126 sztuk) spośród wszystkich alianckich jednostek lotniczych.

11 października 1940 roku Dywizjon 303 zakończył służbę pierwszoliniową. Piloci przeniesieni zostali do bazy RAF w Leconfield na zasłużony odpoczynek. W dalszych latach wojny Dywizjon 303 wracał jeszcze kilkukrotnie do Norholt i aż do swojego rozwiązania (grudzień 1946) baza ta był traktowana przez Polaków jako ich dom.

Gorzki koniec przygody

Po bitwie o Anglię status polskich pilotów znacznie wzrósł. Lekka arogancja ze strony Anglików zastąpiona została pełnym szacunkiem dla ich dokonań i umiejętności bojowych. Weterani walczący w bitwie o Anglię mieli prawo nosić tzw. krawat bitwy o Anglię, a tacy piloci jak: Witold Łokuciewski, Jan Zumbach, Eugeniusz Szaposznikow, Mirosław Ferić (zginął w wypadku lotniczym w 1942 roku) czy Zdzisław Henneberg (zestrzelony nad Kanałem La Manche w 1941 roku) stali się postaciami, na których wzorowali się inni przybywający do Wielkiej Brytanii polscy piloci. Nie można wprwadzie powiedzieć, że piloci dywizjonu stali się swego rodzaju gwiazdami, lecz na pewno zaczęli być rozpoznawalni i szanowani.

Witold Urbanowicz, Jan Zumbach, John Kent i Zdzisław Henneberg udekorowani Zaszczytnym Krzyżem Lotniczym

W wolnym czasie korzystali z życia. Byli młodymi mężczyznami, którzy cenili sobie towarzystwo sympatycznych Brytyjek i wyborne angielski piwo. Dorobili się nawet łatki podrywaczy, a wielu brytyjskich lotników naszywało sobie polskie emblematy na mundury i mówiąc łamaną angielszczyzną udawali polskich pilotów, by zyskać większe szanse u pań. Jak wielu weteranów podkreśla, wszystkie tego rodzaju uciechy traktowali jednak jako rodzaj terapii i formy doładowania baterii. Każdego dnia ryzykowali życiem w podniebnych walkach, a obcowanie ze śmiercią było dla nich codziennością. Każdego dnia zabijali ludzi lub cierpieli z powodu śmierci kolegów z jednostki. Dla ich psychiki ważne było żeby móc w jakichś sposób odreagować traumy życia codziennego.

Niewielu pilotów dywizjonu, którzy przeżyli wojnę wróciło do Polski. Zdecydowana większość wybrała emigrację, czym skazali się na utratę kontaktów z pozostawionymi w Polsce bliskimi. Wielu krewnych poległych w Anglii polskich pilotów było złudnie przekonanych, że ci przeżyli wojnę, osiedli w Wielkiej Brytanii, lecz ze względów politycznych nie mogą kontaktować się z żyjącą w komunistycznej Polsce rodziną. Bliscy polskich pilotów wprowadzał w błąd specjalny program wsparcia dla krewnych pozostawionych w ogarniętym wojną kraju. Poprzez Portugalię wysyłane były specjalne paczki pomocowe, które polscy lotnicy opłacali z góry, więc nawet w chwili ich śmierci te dalej trafiały do ich rodzin. Bliscy polskich lotników byli w szoku, kiedy dowiadywali się, że ich krewniacy ginęli w walkach, a przesyłane im paczki nie były oznaką tego, że żyją. Zwonimir Ferić, brat zestrzelonego w  listopadzie 1940 roku Mirosława Ferića pisał: 

W wojnie 1939 roku Niemcy wywieźli moją matkę i naszą rodzinę mieszkającą w środkowej Polsce. Nie mieliśmy żadnych pamiątek po moim bracie. Nie mieliśmy od niego żadnych wieści od chwili, kiedy opuścił Polskę. Mirosław rozumiał, że wszelkie kontakty z Zachodem mogę skończyć się represjami ze strony Niemców. Później zdruzgotani dowiedzieliśmy się, że paczki z kawą wysyłaną aż do końca wojny z Portugalii nie były znakiem życia od mojego brata.

Zwonimir Ferić po czasie mógł jednak cieszyć z wyjątkowej pamiątki, którą zostawił potomnym jego zmarły brat. Mirosław Ferić podczas walk 1940 roku zaczął spisywać swoje wspomnienia. Po jego śmierci jego koledzy z dywizjonu uzupełniali pamiętnik kolejnymi wpisami. Po czasie dziennik Mirosława Fericia przerodził się w bezcenną i wyjątkową kronikę Dywizjonu 303 (zawierającą m.in. wpis od króla Jerzego VI-ego, który to odwiedził polską jednostkę 26 września 1940 roku). Obecnie kronika ta znajduje się w Instytucie Polskim i Muzeum im. Generała Sikorskiego w Londynie.   

Król Jerzy VI wizytuje bazę RAF w Northolt we wrześniu 1940 roku

Ci z polskich pilotów, którzy przeżyli wojnę w zdecydowanej większości postanowili nie wracać do rządzonej przez komunistów ojczyzny. Ich los na obczyźnie był bardzo różny. Niektórzy rozwijali dalszą karierę w lotnictwie (Jan Palak) lub też odchodzili do cywila. Jan Kowalski został tapicerem w  Linconshire. Jan Zumbach przemytnikiem w Republice Południowej Afryki i najemnikiem podczas wojen w Kongu i Biafrze. Wielu z polskich pilotów odnalazło jednak szczęście na emigracji. Założyli tam swoje rodziny i wiedli spokojne życie. Niemniej w głębi duszy musieli czuć narastającą tęsknotę za ojczyzną i w pełni uzasadnioną złość z faktu, że ta nie była w pełni wolnym krajem. Tylko kilku polskich pilotów z pierwotnego składu Dywizjonu 303 zdecydowało się na powrót do Polski. Był to m.in. Witold Łokuciewski (pełniący funkcję dowódcy dywizjonu od lutego do grudnia 1946 roku). Po powrocie do ojczyzny w 1947 roku został aresztowany. Po wyjściu z więzienia imał się początkowo różnych prac dorywczych (był m.in. taksówkarzem), lecz w chwili kiedy założył rodzinę postanowił w 1956 roku wrócić do latania i stać się żołnierzem ludowego Wojska Polskiego. W latach 1969-1972 pełnił nawet funkcję attaché wojskowego w Londynie. Jego byli kompani z walk o Wielką Brytanię traktowali jednak służbę w komunistycznym wojsku jako zdradę, a sam Łokuciewski stał się osobą niepożądaną w społeczności polskich kombatantów wojennych w UK.

Dywizjon 303 był częścią utworzonych w lipcu 1940 Polskich Sił Powietrznych. Sztandar PSP z inicjatywy kpt. pil Jana Hryniewicza był stworzony przez mieszkanki Wilna i zawierał m.in. zawarty w tytule artykułu napis „Miłość żąda ofiary”. Nie da się trafniej opisać losu walczących w Wielkiej Brytanii polskich pilotów. Ich miłość do ojczyzny okupiona została najwyższą ceną. Jedni oddali za ojczyznę życie, drudzy na zawsze pogodzić musieli się z życiem na obczyźnie. Ci którzy powrócili do Polski musieli zaś albo żyć z łatką zdrajcy albo z zmagać się z represjami ze strony komunistycznych władz. Bolesny cios nadszedł również ze strony samych Anglików, którzy po ustaleniach w Jałcie zaczęli widzieć w polskich żołnierzach tylko zbędny balast i zagrożenie dla kruchej umowy ze Stalinem. 

Losy każdego z pilotów Dywizjonu 303 to osobna, trudna historia, w której złożona na ołtarzu wolności ofiara była bardzo wysoka. Jako fan kina z niesmakiem więc patrzę na powstające ostatnimi czasy filmy fabularne, które ukazują bój polskich pilotów jako podlane patosem miałkie i lekkie opowiastki o kuloodpornych bohaterach wojennych. Nie ma w nich tego co jest najważniejsze w opowieści o polskich lotnikach walczących w bitwie o Anglię – całkowitego poświęcenia się z miłości do ojczyzny.

Artykuł powstał m.in. w oparciu o książkę Skrzydła we krwi. Dywizjon 303 w bazie RAF Northolt





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA