cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności.

Niedziela, 14.07.2024

Ci od Berlinga, czyli żołnierze przeklęci

Jakub Wojas, 12.10.2023

Żołnierze 1. Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki wyruszający na front, 1943 r.

W czasach PRL to ich szlak bojowy był najbardziej eksponowanym epizodem polskiego wysiłku zbrojnego w trakcie II wojny światowej. Dziś wahadełko się odwróciło i żołnierze ludowego Wojska Polskiego zostali zepchnięci na margines. Niektórzy odmawiają im nawet polskości. Wystarczy jednak się zastanowić nad ówczesną sytuacją Polski, by zorientować się, że nie są to oceny sprawiedliwe.

Nie zdążyli do Andersa

Jak zwykle decyzję podjął Stalin. Zaczęło się od Związku Patriotów Polskich, który miał być zalążkiem władz nowej Polski. Wśród tych „patriotów”, którzy byli czystej wody komunistami panowało jednak przekonanie, że ta „nowa Polska” powinna być niczym innym jak kolejną republiką Kraju Rad. Gdy to sobie uzmysłowimy, to łatwiej zrozumiemy reakcję jednego z działaczy tej organizacji, Alfreda Lampego, który na wieść, że Kreml nakazał formowanie polskiego wojska miał głośno zakrzyknąć:

Na chuj nam to potrzebne. My mamy Armię Czerwoną i to nam wystarczy.

Niedługo przed tymi wydarzeniami w ZSRR przebywało już wojsko polskie, które w założeniach ramię w ramię z Armią Czerwoną miało walczyć z Niemcami. Jednakże wiosną i latem 1942 r. pogarszające się warunki bytowe tych oddziałów, grożące katastrofą humanitarną zmusiły Polaków do ewakuacji. Głównodowodzący, generał Władysław Anders niczym Mojżesz wyprowadził swoich żołnierzy i dziesiątki tysięcy cywili z nieludzkiej ziemi. Lecz nie wszyscy mieli okazję dołączyć do jego wędrówki. W łagrach pozostało mnóstwo innych Polaków, którzy „nie zdążyli do Andersa”. Ich los wydawał się wtedy beznadziejny. Powstałe po układzie Sikorski-Majski z 1941 r. punkty rekrutacyjne Wojska Polskiego były dla nich wybawieniem – nie tylko szansą na lepsze życie, ale w ogóle życie. Zawarta z Sowietami umowa przewidywała wypuszczenie osadzonych na terytorium ZSRR obywateli polskich. Z okazji na wyrwanie się z niewoli korzystali nie tylko zdolni do noszenia broni mężczyźni, ale również kobiety i dzieci. W momencie, gdy Anders odszedł, wielu łagierników myślało, że zgasła dla nich ostatnia nadzieja.

„Drugi Piłsudski”

Szczęście w nieszczęściu, że Stalin miał własny pomysł na Polskę. Już w 1939 i 1940 r. w obozach jenieckich dla polskich oficerów funkcjonariusze NKWD rozpoczęli rozmowy sondażowe na temat możliwości utworzenia u boku Armii Czerwonej polskiego wojska. Miażdżąca większość żołnierzy odmówiła udziału w takim projekcie, chyba że rząd polski na uchodźstwie wyraziłby na to zgodę.

Zygmunt Berling

Były jednak wyjątki, z których najbardziej wybijał się ppłk Zygmunt Berling. Nie walczył on we Wrześniu. W tym czasie był już przeniesiony w stan spoczynku po tym jak w trakcie rozwodu z drugą żoną, ta oskarżyła go o kradzież mebli. Po wkroczeniu Sowietów NKWD aresztowało go w Wilnie i przewiozło do obozu w Starobielsku. Większość tam osadzonych zginęła później w Charkowie, lecz nie Berling. On znalazł się w „willi szczęścia” w Griazowcu pod Moskwą, gdzie w luksusowych warunkach urabiano na modłę sowiecką polskich oficerów skłonnych do współpracy. Berling wykazywał się wówczas wyjątkowym lizusostwem wobec włodarzy Kremla, m.in. przyjmując sowieckie obywatelstwo czy pisząc pochwalane manifesty na cześć Stalina. Pułkownik wszystko to później tłumaczył podporządkowaniu nadrzędnemu celowi. W swoim mniemaniu uważał się za drugiego Piłsudskiego. Marszałek współpracując z państwami centralnymi stworzył własne oddziały, które pozostały mu wierne, gdy zdobywał władzę w II RP. Berling chciał tak samo. Wprost przyznawał, że marzy mu się w Polsce dyktatura wojskowa, taka nowa sanacja, w której to on będzie najważniejszy. Ponadto jak podkreślał w czasie jednej z rozmów w „willi szczęścia”:

Kiedyś, kiedy będą moją sprawę załatwiali historycznie, pamiętaj, że nie byłem świnią. Ja też jak ty kocham Polskę.

Plany Berlinga chwilowo pokrzyżował układ Sikorski-Majski. Przyszły dowódca 1. Armii stał się jednym z wielu oficerów w Wojsku Polskim – szefem sztabu 5. Dywizji Piechoty. Traktowano go nieufnie, słusznie uznając, że może współpracować z sowieckimi służbami. W marcu 1942 r. Berling złożył w NKWD oświadczenie:

Pozostaje wierny swoim przekonaniom, by bić Niemców w każdych okolicznościach i, jeśli zajdzie potrzeba, to spod znaku białego orła przejdę pod czerwone sztandary i będę bić Niemców w furażerce z gwiazdą.

W końcu pułkownik został pozbawiony swojej funkcji. Paradoksalnie wybawieniem dla niego okazała się ewakuacja armii Andersa. Berling postanowił nie uchodzić do Iranu i Iraku, lecz zostać. Za tę dezercję został skazany zaocznie na karę śmierci. Choć zarzekał się po latach, że zdecydował się na to w trosce o los pozostałych na nieludzkiej ziemi milionach Polaków, to jednocześnie wtedy stał się najwyższym stopniem polskim oficerem w ZSRR – idealnym kandydatem na dowódcę nowego wojska.

1. Dywizja jak I Brygada

9 maja 1943 r. Sowieci wyrazili zgodę na formowanie kolejnej polskiej armii, ale tym razem takiej, która miała zainstalować nad Wisłą podległe Moskwie władze. Od momentu ewakuacji żołnierzy Andersa i zerwaniu w kwietniu 1943 r. stosunków dyplomatycznych z rządem polskim na uchodźstwie Stalin miał praktycznie wolną rękę do realizacji nowego projektu.

Przybywających do punktu werbunkowego 1. Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki w Sielcach nad Oką witały napis w języku polskim: „Witaj wczorajszy tułaczu, dziś żołnierzu”. Wszędzie było mnóstwo biało-czerwonych flag, oficerowie polityczni mówili o powrocie do ojczyzny, walce o demokrację, odwecie na Niemcach. W ogóle nie padały słowa o komunizmie, socjalizmie czy Stalinie. Mundury, komenda, salutowanie – wszystko jak przed wojną. Śpiewano legionowe pieśni. Był nawet ksiądz-kapelan, Wilhelm Kubisz. W odróżnieniu od andersowców, tu żołnierze otrzymali etat gwardyjski, co oznaczało najlepszy ekwipunek i wyżywienie. I tylko dziwnie wyglądający orzeł bez korony i dużo rosyjskojęzycznej kadry mogło wskazywać, że coś tu jest nie tak.

Przysięga żołnierzy 1. Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki, 15 lipca 1943 r.

Tworząca w takich warunkach armia nie podobała się wielu komunistom, przepraszam patriotom z ZPP. Wspomniany Alfred Lampe mówił, że:

W tej 1. Dywizji za bardzo pachnie I Brygadą.

Berlingowi, który z nominacji Stalina został generałem zarzucono legionowe epizody w życiorysie. On i jego współpracownicy od skojarzeń z formacją Piłsudskiego odcinali się częściowo. Stanowczo potępiali sanację, ale inspiracji piłsudczykami było sporo. Szybko na łonie dywizji narodził się konflikt między twardymi komunistami a legionowymi naśladowcami. Spór ten doprowadził do usunięcia z wojska oficerów politycznych: Jakuba Parwina i Włodzimierza Sokorskiego, którzy w broszurze „O co walczymy” pisali o wprowadzeniu w Polsce dyktatury wojskowej z pominięciem partii komunistycznej.

Autonomia była trudna do utrzymania, ponieważ na początku jedynie 1/3 oficerów była obywatelami przedwojennej Polski. Reszta to byli Sowieci z co najwyżej polskim pochodzeniem. Powód takiej nadreprezentacji był prozaiczny. Brakowało polskich oficerów – część wymordowano, a reszta się ewakuowała. Braki kadrowe musiano jakoś załatać. Dowodzone przez Sowietów wojsko polskie burzyło jednak patriotyczny obrazek. Warto jednak zaznaczyć, że wielu tzw. POPów - Pełniących Obowiązki Polaka - szybko się potem spolonizowało i po wojnie z własnej woli zapragnęło zamieszkać w Polsce.

Zobacz także:

Kim byli Sowieci zastępujący Polaków

Szlak bojowy

15 lipca 1943 r. odbyła się przysięga 1. Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki, a 12 października ruszyła ona do swojej pierwszej bitwy. Rekordowo szybki okres biorąc pod uwagę fakt, że gro żołnierzy nie miało wcześniej za sobą żadnego przeszkolenia wojskowego. Bitwa pod Lenino była masakrą. Sowieci nie udzieli Polakom wystarczającego wsparcia artyleryjskiego. Zabrakło również amunicji. Mimo to sowieckim dowódcom spodobał się atak polskich piechurów, którzy w natarciu szli wyprostowani jak na paradzie. Miało to swoją cenę. W prowadzącym rozpoznanie bojem 1. Batalionie pod dowództwem mjr Bronisława Lachowicza na polach pod wsią Połzuchy poległa połowa składu. Były też mniej chwalebne momenty. Część polskich żołnierzy jeszcze przed bitwą przeszła na stronę niemiecką. Nie powinno to jednak dziwić. Byli to ludzie, którzy niedawno gnili w sowieckich łagrach. Obawiali się, że mogą tam wrócić. Tymczasem Niemcy puszczali z megafonów polski hymn i utwierdzali ich w przekonaniu, że to wszystko jest sowiecką pułapką.

Natarcie polskich żołnierzy podczas bitwy pod Lenino, 12 października 1943 r.

Starcie nie miało też absolutnie żadnego znaczenia dla zmagań na froncie, ale doskonale spełniło swoje zadanie propagandowe. Na siłę uznano, że była to bitwa pod Lenino, a nie pod Połzuchami. W ten prosty sposób zamanifestowano światu, że w ZSRR jest już nowa polska armia. Co ciekawe, wcześniej rozważano użycie 1. Dywizji w zdobywaniu Smoleńska. Sprawę tę miał zaprzepaścić sam Berling, który stwierdził, że:

Polacy już tyle raz zdobywali Smoleńsk od zachodu, to mogą spróbować od wschodu.

Mimo rzezi już 10 sierpnia 1943 r. Stalin podjął decyzję o formowaniu 1. Korpusu, przekształconego siedem miesięcy później w 1. Armię. W styczniu 1944 r. polskie oddziały wraz z Armią Czerwoną wkroczyły na ziemie II RP. W tym momencie jeszcze politrucy oględnie poruszali kwestię przynależności tych terenów. Coś mówiono o piastowskiej ojczyźnie. Nie przeszkadzało to jednak w przeprowadzeniu poboru w ramach tej jagiellońskiej części. Nowi żołnierze niejednokrotnie byli akowcami, pojmanymi po akcji Burza. Od Sowietów dostawali oni wybór: albo armia Berlinga, albo wyjazd na białe niedźwiedzie. Te same schematy obowiązywały również po drugiej stronie linii Curzona. Tu dochodziła także robota propagandowa utwierdzająca wszystkich w przekonaniu, że oto własnymi siłami z pomocą Armii Czerwonej wyzwalamy ojczyznę. Poniekąd tak było. Krew żołnierzy 1. i 2 Armii Wojska Polskiego była nie mniej ważna niż ta przelana pod Falaise czy Monte Cassino. Sami żołnierze nie darzyli często sympatią swoich sowieckich towarzyszy. Gdy już kościuszkowcy znaleźli się w Berlinie wielu z nich przebąkiwało o połączeniu się z Armią Andersa i ruszeniu razem na Sowietów.

Polacy osiągnęli na Wschodzie stan blisko 400 tys. Zajmowali aż 17 procent całego frontu. Pod względem operacyjnym mieli nawet więcej swobody niż Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie. Jednakże ile to znaczyło w praktyce można było się przekonać, gdy Sowieci zgodzili się na jedynie ograniczoną pomoc powstaniu warszawskiemu. Zygmunt Berling rzekomo w tej sprawie w wielu miejscach próbował nawet naginać nakazy zwierzchników. Od 16 września klikusetosobowe oddziały polskie przeprawiały się przez Wisłę, jednak dopiero 19 września generał uzyskał zgodę na wsparcie artyleryjskie i lotnicze. Przerzucono wtedy 800 żołnierzy, co nadal było niewiele zważywszy na potrzeby powstańców. W dodatku nieprzyzwyczajeni do walki w mieście berlingowcy ponieśli ciężkie straty. 23 września postanowiono ich ewakuować.

Za porażkę tej operacji obwiniono Berlinga. W rezultacie musiał się on pożegnać się ze stanowiskiem głównodowodzącego. Tak naprawdę za tą dymisja stało pokłosie walki o wpływy w nowej Polsce. Nadambitny generał nie był potrzebny. W PRL pełnił już drugorzędne funkcje. Jego wielkie marzenie o dyktaturze się nie ziściło, a wpływy w wojsku okazały się iluzoryczne. Pod koniec 1944 jedynie 10 proc. składu Polskich Sił Zbrojnych na Wschodzie stanowili żołnierze 1. Korpusu. Jednak i oni nie mieli specjalnych powodów, by lubić sowieckich nominatów.  

Polscy żołnierze w zdobytym Berlinie, maj 1945 r.

Potem przyszły bitwy o Wał Pomorski, Kołobrzeg i udział w ofensywie na Berlin. Stalin jakby w nagrodę pozwolił dywizji kościuszkowskiej uczestniczyć w zdobyciu stolicy III Rzeszy. Polskie sztandary zawisły na Bramie Brandenburskiej, Kolumnie Zwycięstwa i Reichstagu. Następnie w Moskwie polscy żołnierze wzięli udział w paradzie zwycięstwa. Bo byli zwycięzcami. Pokonali Niemców i w żadnym stopniu nie należy tego umniejszać.

Armia realizmu

W przypadku ludowego Wojska Polskiego z czasu II wojny światowej często podkreśla się konieczność rozdzielenia między zwykłymi żołnierzami a oficerami. Niestety, rzeczywistość jest bardziej skomplikowana. Owszem, nie możemy mieć zarzutów do wziętych siłą do wojska czy szukających ratunku z sowieckiego obozu. Ale także wśród oficerów nie brakowało tych, którzy żywili szczere uczucia patriotyczne, by wspomnieć o wcielonych akowcach czy wypuszczonych z oflagu weteranach Września. Wprawdzie Berlinga trudno nazwać bohaterem, ale gdyby nie on, to nie wiadomo, jaki los czekałby Polskę. Stalin zarzucił pomysł stworzenia osobnego frontu polskiego, choć formowała się już 3. Armia. Jednym z powodów był brak wystarczającej liczby polskich oficerów. Trudno odgadnąć, jakie decyzje podjąłby przywódca ZSRR, gdyby w 1943 r. okazało się, że nie ma kto poprowadzić jego polskiego wojska. Można było sięgnąć jeszcze po Świerczewskiego i jemu podobnych „polskich Sowietów”, ale czy to by wystarczyło?

Tymczasem, co by nie mówić, powstała polska armia, która dawała gwarancję na powstanie, przynajmniej formalnie, odrębnej i niezależnej Polski. Kłania się twardy realizm polityczny. Gdy w trakcie I wojny światowej polskie formacje były po każdej stronie konfliktu, to ta sytuacja zapewniła nam, że sprawa polska nie została pominięta. A to, że berlingowcy włącznie z ich dowódcą byli jedynie instrumentem politycznym w ręku Stalina? Cóż, wprost częścią armii francuskiej byli szwoleżerowie gwardii Kozietulskiego, mimo że istniała już armia Księstwa Warszawskiego. Do 1919 r. to Francuzi decydowali o losach Błękitnej Armii Hallera. Natomiast Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie w II wojnie światowej były pod ścisłym nadzorem Brytyjczyków. Ci od Berlinga walczyli wprawdzie o Polskę podległą Stalinowi, ale niestety po 1943 r. już tylko taka była możliwa. Lepiej było, że żołnierze w polskich mundurach wyzwalali ojczyznę niż miałaby to robić wyłącznie Armia Czerwona.

Warto także przypomnieć, że gdy po 1945 r. chwilę myślano na Zachodzie nad wojną z Sowietami, to a priori zakładano, że ludowe Wojsko Polskie stanie do walki przeciwko swoim dotychczasowym zwierzchnikom. Koniec końców było to przecież Wojsko Polskie.





Udostępnij ten artykuł

,

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA