cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności.

Adolf Dymsza – największy kawalarz Warszawy

Sławomir Koper, 01.04.2021

Adolf Dymsza

Adolf Dymsza był jednym z najpopularniejszych aktorów II RP. Prócz ról filmowych czy estradowych zasłyną także z robienia niebanalnych żartów, których ofiarami padały nie mniej znane postacie międzywojennej Polski.

Na co dzień Dodek łączył funkcję ojca rodziny z grą w Qui Pro Quo, gdzie wyrobił sobie markę rasowego kawalarza. Miał talent do humoru sytuacyjnego, często wykorzystywał grę słów. Gdy podczas balu 1 Pułku Szwoleżerów im. Józefa Piłsudskiego zauważył pęknięty szew na mundurze Wieniawy-Długoszowskiego pochłoniętego rozmową z pułkownikiem Trzaską-Durskim, wykrzyknął, że mundur „jest trzaska-dziurski”. Ponosił przy tym pewne ryzyko, gdyż obraza munduru uchodziła wówczas za bardzo poważne przewinienie. Na szczęście błaznom zawsze pozwalano na więcej, a Dymsza był trefnisiem w najlepszym znaczeniu tego słowa.

Więcej na temat życia znanych i mniej znanych w II RP można znaleźć w książce
Blaski i cienie II Rzeczypospolitej

Jego specjalnością stały się wyrafinowane dowcipy z misterną intrygą, których ofiarą padali koledzy z zespołu. Dymsza potrafił podłączyć się do telefonu używanego na scenie przez Ludwika Lawińskiego i Kazimierza Krukowskiego i ostro ich zwymyślać, że nie używają swoich prawdziwych nazwisk. Oczywiście zmienił także głos, a koledzy byli tak zaskoczeni, że sceny ostatecznie nie dokończono.

W galerii Luxemburga, gdzie grało stare Qui Pro Quo – wspominał Jerzy Jurandot – mieściło się także kino Splendid. W kinie tym wyświetlano pierwszy film dźwiękowy Śpiewający błazen z Al Jolsonem. Aktorzy Qui Pro Quo ogromnie żałowali, że mimo bliskiego sąsiedztwa nie mogą wybrać się na film, na który biegała cała Warszawa, aby podziwiać genialny wynalazek dwudziestego wieku; niestety, teatr grał w tym samych godzinach, w których wyświetlano obraz. »Głupstwo – powiedział Dymsza – nie martwcie się. Jak wiecie, znam się trochę na mechanice, zorganizuję wam transmisję. Obrazu wprawdzie nie zobaczycie, ale przynajmniej usłyszycie głos z ekranu«. I rzeczywiście zgromadzeni w przerwie między przedstawieniami w jednej z garderób aktorzy usłyszeli ze wzruszeniem piękny bas-baryton Ala Jolsona i jego sławną kołysankę »Sonny Boy«. Na ulicy zaś przechodnie zgromadzili się ze zdumieniem wokół Dymszy, który leżąc na chodniku, śpiewał pełen przejęcia z twarzą przytkniętą do kratki kanalizacyjnej. Dopiero kiedy Al Jolson zakończył swoją pieśń sprośną propozycją po polsku, audytorium w garderobie zorientowało się, że z tą transmisją to coś jednak nie tak….

Ofiarą talentu Dymszy padł również Mieczysław Fogg – aktor zadzwonił do niego, naśladując głos Leona Gerzwolfa, szefa polskiego oddziału wytwórni płytowej Parlophone. Zaproponował śpiewakowi nagranie arii Jontka z Halki, nie zwracając uwagi na jego protesty, że jest to partia dla tenora, a nie dla barytonu. Co gorsza, oznajmił, że będzie mu towarzyszyła Niusia Nobisówna uchodząca za „aktorkę o małym głosiku nienadającym się do śpiewania arii”. Fogg poprosił o kilka dni do namysłu, ale szybko nasunęło mu się rozwiązanie zagadki.

Wytrącony z równowagi – relacjonował Fogg – chodziłem od garderoby do garderoby, rozpowiadając o dziwnej propozycji Gerzwolfa. W pewnej chwili spojrzałem na Dymszę i nagle coś mnie tknęło. Znając jego talent do naśladowania głosów i zmysł do kawałów, wypaliłem wprost:

– Panie Dodku, czy to przypadkiem pan do mnie nie dzwonił? Dymsza zrobił taką niewinną minę, że zawstydziłem się swoich podejrzeń. Dopiero po przedstawieniu Dodek puścił farbę: wziąwszy mnie przyjaźnie pod rękę, przyznał się do kawału.

Adolf Dymsza w filmie Dwanaście krzeseł z 1933 r/

Pan Adolf nieomal doprowadził też do rozwodu aktora Józefa Orwida, gdy przetrzymał go w lokalu, tak by spóźnił się na domowy obiad. Orwid bardzo bał się swojej żony, a gdy wreszcie wyrwał się z restauracji i pobiegł do domu, Dymsza natychmiast zadzwonił do jego małżonki i – naśladując głos kolegi – ostro skrytykował jej umiejętności kulinarne. Kategorycznie też oznajmił, że z tego powodu nie zamierza się pojawić na obiedzie. Nieszczęsna połowica wpadła w histerię, a po chwili osłupiała, gdy mąż, z którym rzekomo cały czas kłóciła się przez telefon, nagle stanął w drzwiach…

Atmosfera panująca w Qui Pro Quo wymuszała wręcz pewną rywalizację we wzajemnym robieniu sobie dowcipów, a zakpienie z „ostatnich niezłomnych” – było powodem do chluby.

Najtrudniej było z Tomem – żalił się Dymsza. – Kawał wspaniały, a on jak marmur. Ale i Konrad musiał czasem »kupić«.

Pamiętam, grał Tom dramatyczny skecz. Pod koniec skeczu obrażona kochanka opuszcza jego mieszkanie, a Tom czeka na syna, który ma przyjść po otrzymaniu matury. Woła lokaja, żeby sprawdził przez okno, czy ukochana naprawdę odjechała. Na ostatnim przedstawieniu przychodzi ta scena, pełna napięcia…

– Janie, proszę spojrzeć przez okno, czy pani odjechała.

Jan (Tadeusz Żelski) spojrzał!... Tylko wykrztusił jakieś nieopisane krz… i ani słowa dalej…

Konrad powtórzył pytanie:

– Janie, pytam, czy pani odjechała…

I znowu, tym razem o wiele dłuższe, krzkrzrzrzrz…

Kiedy Tom po raz trzeci zapytał i nie otrzymał odpowiedzi, nawet krz… dodał poza tekstem:

– Cóż to, Jan zaniemówił?...

Podszedł do okna i już nie ruszył się z miejsca… Za oknem kucało, spuściwszy spodnie, z gołymi dekierami, trzech »szakali«: Narkiewicz, Porębski i Dymsza!!! Spojrzałem na Toma… Nie wiedziałem jeszcze tak zmarszczonej twarzy. Cytryna z delikatesów – to »frajer«… Kurtyna w dół, no i brawa!... Blady, spokojny Tom wszedł do garderoby.

– Kupiłem – powiedział – ale się spociłem jak mysz w połogu.

 

Intrygom Dodka musiał w końcu ulec także aktor Eugeniusz Koszutski, który zawsze „chodził dumny, że nie jest winien nikomu ani grosza”. Nigdy też nie pożyczał innym pieniędzy, a wystawienie weksla uważał za zbrodnię. Dlatego pewnego dnia osłupiał, gdy dostarczono mu zobowiązanie płatnicze podpisane jego nazwiskiem.

– Już teraz się domyślam – krzyczał do kolegów w teatrze – kto wystawił ten weksel. Na pewno ten z Lublina! On ma pseudonim Jurand, a nazywa się Koszutski. To on sfałszował mój podpis. Pojadę do Lublina i mordę skuję. Wy dobrze wiecie, nigdy żadnego weksla nie podpisywałem, raptem jakiś protest, zajęcie garderoby!

Dymsza zaczął go uspokajać, że ma znajomości i wkrótce wyjaśni sprawę. W rzeczywistości to właśnie on wpadł na pomysł zakpienia z Koszutskiego, a z pomocą przyszedł mu zaprzyjaźniony komornik, który załatwił fikcyjne formalności, włącznie z zajęciem kostiumów scenicznych.

Na drugi dzień wpadłem do Genia – relacjonował Dymsza – i widzę taką scenę. Genio stoi przy szafie i studiuje z kartki, ile lat »siedzi« się za uszkodzenie pieczęci. Otwiera szafę i pokazuje mi. Wszystkie palta i garnitury przewleczone przez dziurki sznurkiem, a na końcu wisiała potężnych rozmiarów pieczęć.

– No i co ty na to? – pienił się Genio.

– Geniuchna – błaga żona – nie bądź taki zdenerwowany, już Dodek przyszedł, to na pewno to jakoś załatwi…

Obiecałem, że załatwię, i załatwiłem. Chwyciłem ze stołu nożyczki, przeciąłem sznurki, razem z pieczęcią schowałem do kieszeni i wybiegłem z mieszkania. Podobno Stacha Koszutska

zemdlała. (…) W teatrze myśleli wszyscy, że mnie Genio zabije, ale Genio wszedł, pocałował mnie i powiedział:

– Kupiłem, ty bandyto!

(Umówiony) Lawiński pół godziny po moim »załatwieniu« dzwonił do Genia:

– Przepraszam, czy był u państwa komornik Dymsza i wszystko załatwił?

Poczucie humoru nie opuszczało Dodka także na planie filmowym, chociaż z tego powodu miał pewne kłopoty. Korzystając z faktu, że były to czasy niemego kina, nie zawsze trzymał się tekstu, pozwalając sobie na różnego rodzaju mniej czy bardziej ostre sformułowania. Zakończyło się to kiedyś aferą, gdyż głuchoniemi widzowie odczytali z ruchu jego ust to, co naprawdę mówił na planie. Oczywiście jego słowa nie miały nic wspólnego z pojawiającymi się napisami…

Artykuł jest fragmentem książki Sławomira Kopera Blaski i cienie II RzeczypospolitejTytuł i wstęp artykułu pochodzi od redakcji.





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA