cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności (https://kurierhistoryczny.pl/polityka-prywatnosci,7).

Trochę inne wskrzeszenie Polski, czyli co by było gdyby Niemcy wygrały I wojnę światową

Andrzej Jaworski, 12.11.2018

Kartka pocztowa z 1915 r. przedstawiająca cesarza Wilhelma II w Ełku

Gdy w 1914 roku rozpoczynała się Wielka Wojna mało kto wierzył, że przyniesie ona Polsce pełną niepodległość. Niezwykłym zrządzeniem losu przegrali ją jednak wszyscy trzej nasi zaborcy, co w sumie obstawiał jedynie Józef Piłsudski. Ale czy gdyby konflikt ten potoczył się inaczej, to Rzeczpospolita odzyskałaby wolność?

Komu przypadnie Polska?

W 1914 roku wydawało się, że najbardziej realne są dwie opcje. Pierwszą lansował Roman Dmowski i jego Narodowa Demokracja: ziemie polskie miały zostać zjednoczone pod berłem cara. Wiązałoby się to z przyznaniem autonomii, a być może nawet jakiejś odrębności państwowej, ale w połączeniu ciągle z Rosją. Widać w tym chęć powrotu do Królestwa Polskiego z 1815 roku lub idei księcia Adama Jerzego Czartoryskiego z czasów napoleońskich. Dmowski był zresztą zajadłym krytykiem powstania listopadowego (i wszystkich pozostałych). Widział w tym zrywie zaprzepaszczoną szansę na rozwój i umocnienie polskości

Zupełnie inaczej przyszłość ziem polskich po zakończeniu wojny widzieli konserwatyści galicyjscy. Ich zdaniem obszar ten powinien zostać przyłączony do Austro-Węgier, co miało doprowadzić do przekształcenia tego państwa w Austro-Węgro-Polskę. W tamtym czasie Polacy korzystali obficie z wolności i możliwości kariery jakie dawała monarchia Habsburgów. Polscy politycy dzierżyli nawet urzędy ministerialne czy stali na czele rządów.

Obydwie koncepcje miały jednak spore felery. Rosja o niezależności Polaków, nawet pod berłem cara, mówiła enigmatycznie. Ponadto w czasie wojny okazała się dużo słabsza niż wszyscy myśleli i to państwa centralne były górą w tym starciu. Z kolei pomysł na Austro-Węgro-Polskę miał sporo przeciwników w państwie Habsburgów. Do podobnego statusu np. dążyli Czesi. Pierwotnie w 1867 roku zastanawiano się nad koncepcją federalizacji monarchii. Być może po zwycięstwie w Wielkiej Wojnie ten projekt ponownie pojawiłaby się na stole. Notabene w 1918 nawet go wdrożono w życie, ale był to jedynie krzyk rozpaczy i gwóźdź do trumny tego państwa. W przypadku natomiast wiktorii należałoby się spodziewać, że podobnie jak w 1867 roku federalizacji sprzeciwiliby się Węgrzy, którzy słusznie obawialiby się utraty dominującej pozycji w znacznej części imperium.

Niemiecki plan

Był jeszcze jeden gracz, który miał własne pomysły na Polskę. Były to oczywiście Niemcy. Państwo, prowadzące daleko zakrojoną akcję germanizacyjną na ziemiach zaborowych nie budziło wielkiego zaufania wśród Polaków. Ale nawet taki Wilhelm II, który w czasie strajku dzieci we Wrześni mówił o podnoszącej głowę polskiej bucie, w 1912 roku w Poczdamie podczas śniadania, na które zaprosił hrabiankę Agnieszkę Potocką zapytał ją całkiem serio:

Czy to prawda, że rozgoryczenie w Polsce z powodu przyłączenia Chełmszczyzny do Rosji jest tak wielkie, że Polacy woleliby znaleźć się pod berłem niemieckim?

Arystokratka szybko wyprowadziła cesarza z błędu i oznajmiła mu, że nie słyszała, by ktoś wolał władzę niemiecką. U kajzera i jego doradców jednakże już wtedy dojrzewała myśl, by w zbliżającej się wojnie zagrać kartą polską. W polityce wewnętrznej Hohenzollern nie miał żadnych skrupułów do Polaków. Firmował wszelkie akcje germanizacyjne w imię spoistości państwa, ale prywatnie nic do nich nie miał. Wiele też świadczy, że czuł do nich sympatię. Wojciech Kossak był jego ulubionym malarzem. Przyjaźnił się z polskimi arystokratami w Prusach. Jednym z jego powierników był hrabia Bogdan Hutten-Czapski. Właśnie z jego wspomnień możemy się dowiedzieć, że jeszcze przed wybuchem I wojny światowej Wilhelm II przygotował swój autorski pomysł na Polskę.

Od lewej: marszałek Paul von Hindenburg, cesarz Wilhelm II i generał Erich Ludendorff

Niemcy, które chciały przemodelować ład światowy, w stosunku do wschodu wchodziły bez bliżej sprecyzowanych planów. Wojna z Rosją oznaczała, że ewentualna wygrana będzie się wiązać z przejęciem jakiejś części terytoriów państwa carów. To mogło naruszyć jednolity narodowo charakter Niemiec, co uznawano za skrajnie niekorzystne. Oczywiście, można te nabytki terytorialne przekazać Austro-Węgrom, tylko tu zachodzi obawa, że dotychczasowy junior partner za bardzo wzrośnie w siłę. Cóż zatem czynić?

Odpowiedź znalazł właśnie Wilhelm II. 31 lipca 1914 roku w Berlinie po naradzie odbytej z kanclerzem i szefem Sztabu Generalnego cesarz podzielił się z Czapskim planami dotyczącymi ziem polskich:

Postanowiłem, o ile Pan Bóg użyczy zwycięstwa naszemu orężowi odbudować samodzielne państwo polskie, w związku z nami, co na zawsze zabezpieczyłoby Niemcy od Rosji.

Było to nawiązanie do istniejącej od dawna wśród części niemieckich polityków koncepcji, by od Rosji oddzielić się pasem państw. Było jednak też równie wielu przeciwników takiego myślenia, którzy nie tylko wskazywali na długą tradycję przyjaznych stosunków z caratem, ale też obawę, że wskrzeszona Polska może w pewnym momencie upomnieć się o swoje dawne ziemie. Ten argument próbowano zbijać przykładem Śląska - również dawnej polskiej dzielnicy, niebędącej przez wieki głównym obiektem zainteresowania potężnej Rzeczpospolitej. Berlin chciał, żeby utworzona z ich nadania Polska ponownie spoglądała na wschód i tam szukała zdobyczy dla siebie. Pojawiały się nawet pomysły, żeby oprzeć jej granicę na Dnieprze i Dźwinie, co z jednej strony stanowiłoby rekompensatę za trwale przyłączone do Niemiec Pomorze i Wielkopolskę, ale także rozszerzało niemieckie wpływy do Bramy Smoleńskiej – obszaru między górną Dnieprem i górną Dźwiną, zamykającego Rosjanom najkrótszą i najprostszą drogę na zachód.

Wśród decydentów niemieckich takie myślenie dominowało w 1914 roku. Kanclerz Theobald von Bethmann-Hollweg w tajnym memoriale doprecyzowywał wizję przyszłej Europy, a w niej Rzeczpospolitej:

utworzenia środkowoeuropejskiej unii gospodarczej [...] z udziałem Francji, Belgii, Holandii, Danii, Austro-Węgier, Polski i ewentualnie Włoch, Szwecji i Norwegii.

Związek ten [...] zachowując pozory równouprawnienia swoich członków, faktycznie jednak pod przywództwem niemieckim, musi ustalić hegemonię gospodarczą Niemiec nad Europą środkową.

Wilhelm II dokonuje przeglądu swoich oddziałów, 1914 r.

Choć do końca konfliktu Niemcy nie zarzucili projektu stworzenia „jakiejś” Polski, to najkorzystniejsza dla nas oferta pojawiła się w 1914 roku. Potem było gorzej. Władzę de facto przejęły kręgi wojskowe, którym zależało głównie na polskim rekrucie i niestety, obecne były też sympatie nacjonalistyczne, obawiające się „polskiego zagrożenia”. Już po zajęciu ziem Kongresówki żonglowano najróżniejszymi pomysłami. W efekcie, w 1916 roku wydano słynny Akt 5 listopada, w którym zapowiedziano utworzenie „samodzielnego państwa”. Realizacja tej zapowiedzi była jednak tak żałosna, że szybko zraziła Polaków.

Niemiecki bastion na wschodzie

Wychodzi na to, że pierwsze projekty były najlepsze. Niemcy też miały największe szanse na zwycięstwo w Wielkiej Wojnie na samym jej początku. Plan Schliffena zakładał, że na froncie zachodnim siły siedmiokrotnie większe od francuskich zapewnią łatwy sukces. Przy planie tym jednakże zaczęto majstrować. Wojska niemieckie zamiast pokonywać wrogów jednego po drugim zostały rozdrobnione. Gdy próbowano wykonać oskrzydlający manewr pod Paryżem, to część żołnierzy wolą głównodowodzącego Helmutha von Moltke została odesłana na wschód, by bronić Prus Wschodnich. Propagandowo miało to sens („rosyjski barbarzyńca nie zagarnie niemieckiej ziemi”), ale pod względem militarnym była to katastrofa. Pod Paryżem zabrakło pułków, które dobiły by Francję, a przez to ta zdołała odeprzeć atak i zamrozić konflikt na kilka lat w okopach. Na wschodzie, pod Tannenbergiem wojska niemieckie i tak wykazały swój kunszt, ale kluczem do zwycięstwa w całej wojnie było wyeliminowanie z niej Francji. To się natomiast nie stało.

A gdyby tak Niemcy ściślej się trzymali swoich planów…

Do cudu Marny nie dochodzi. 1 września 1914 roku wojska kajzera wkraczają do Paryża. Nie mają one jednak zbytnio czasu na świętowanie. Szybko przerzucone kolejami na wschód biorą udział w ofensywie, która ma odbić zajęte przez Rosjan Prusy Wschodnie. Warto zaznaczyć, że inaczej niż w rzeczywistości, tutaj Berlin wobec zwycięstwa na zachodzie może ruszyć niemal całą swoją siłą. W Piotrogrodzie coraz głośniejsze są głosy polityków, domagających się końca konfliktu. Już zresztą przed jego wybuchem przestrzegało przed mieszaniem się w tę awanturę. Trudno by się też spodziewać, aby jedyny sojusznik Rosji, jaki pozostał na zachodzie, czyli Wielka Brytania popychała do dalszej walki. Albion walczy do ostatniego żołnierza wprawdzie, ale swojego sojusznika.

Postanowiono zatem się dogadać. Na początku 1915 roku w Wersalu dochodzi do konferencji mocarstw, która ma ustalić nowy ład międzynarodowy. Berlin obławia się wieloma francuskimi koloniami, ale co nas powinno najbardziej interesować, uzyskuje ziemie Królestwa Polskiego i część litewskich, zajętych w trakcie konfliktu. Wśród elity rosyjskich na początku XX wieku rosło przekonanie, że przejęcie dodatkowej dawki ziem Rzeczpospolitej było błędem, a zatem dla nich to również jest okazja by pozbyć się gorącego kartofla.

Nacjonaliści niemieccy za bardzo nie chcą tworzyć osobnego państwa polskiego, nawet jeśli miałoby ono być zależne od Rzeszy. By ich udobruchać cesarz i kanclerz przystają na zagarnięcie pasa nadgranicznego przy granicy z Kongresówką. Polakom w zamian daje się więcej ziem na wschodzie. Z kolei austriackie ambicje zostają zaspokojone nie tylko poprzez umocnienie wpływów na Bałkanach, ale również ofiarowanie korony jednemu z Habsburgów, Karolowi Stefanowi z Żywca, który nie dość, że o tym marzył, to był również niemal całkowicie spolonizowany.

Zobacz także:

Jak wyglądały losy żywieckich Habsburgów

Tym samym powstaje Królestwo Polskie z litewskim skrawkiem. Terytorialnie odrodzona Rzeczpospolita jest zbliżona do stanu sprzed III rozbioru. Sytuacja jest o tyle lepsza od 1815 roku, że Polska wraca na mapę Europy. Formalnie jest niepodległym bytem, monarchią konstytucyjną, ale oplecioną z Niemcami najróżniejszymi konwencjami gospodarczymi i wojskowymi. Armia własna, ale operacyjnie zależna od Berlina. Przemysł i rolnictwo wspomaga zachodniego wielkiego brata. Jesteśmy również rynkiem zbytu dla niemieckich towarów.

Przegląd polskiego wojska na Placu Zamkowym w Warszawie, listopad 1918 r.

W sprawy wewnętrzne Niemcy się zbytnio nie wtrącają. Krótkotrwała wojna europejska powoduje, że nadal trwa la Belle Epoque. Monarchia umacnia konserwatystów, prowadzących stabilną i przewidywalną politykę. Król może nie jest wybitny, ale doskonale się sprawdza w roli „ojca narodu”. Odrodzenie polskiej państwowości powoduje, że chociażby nacjonalizm litewski nie może przebić się z politycznego niebytu. Tym bardziej, że następuje odtworzenie Wielkiego Księstwa Litewskiego, tylko trochę pomniejszonego.

Z czasem więzy niemieckiej zależności się rozluźniają. Cesarstwo bowiem, jak zapowiadało, tworzy coś na kształt Unii Europejskiej, w której oczywiście odgrywa dominującą rolę, jednakże utrzymanie wpływów nie tylko na kontynencie, ale i w koloniach na całym świecie okazuje się trudne. Berlin musi szukać partnerów, którzy zabezpieczą jej interesy w różnych miejscach. W zamian na tym skorzystają jak Austro-Węgry w 1914 roku. I tak Berlin i Paryż nawiązują współpracę w Afryce. Niemcy orientują się także, że wprawdzie Rzeczpospolita jest od nich zależna, ale nastąpiło sprężenie zwrotne i gospodarka niemiecka coraz bardziej polega na eksporcie do Polski. Niemiecki kapitał również choć uzależniał, to podniósł stopę życiową Polaków.  

Doskonale zdaje sobie z tego sprawę Józef Piłsudski. Od zakończenia wojny konsekwentnie powiększał swoje wpływ, ale też tworzył sieć agentów w państwie carów. W 1926 roku obejmuje najwyższy urząd w państwie – zostaje kanclerzem. Jednocześnie w Kijowie dochodzi do sprowokowanych przez niego wystąpień. Do Berlina udaje się szef polskiej dyplomacji, Janusz Radziwiłł – prywatnie kuzyn cesarza. W teczce wiezie opracowany przez kanclerza Piłsudskiego projekt rozszerzenia wpływów niemieckich na wschód, poprzez utworzenie sfederowanej z Polską i Litwą Ukrainy…

Rozumiem, że niektóre przypuszczenia mogą się wydawać zbyt daleko idące, ale na podstawie niemieckich projektów moglibyśmy przewidywać i powstanie czegoś na kształt Unii Europejskiej, i Polski w strefie wpływów niemieckich. Nie musiał to być stan wieczny. Przykładowo, tron rumuński został dla zapewnienia wpływów niemieckich obsadzony w II. poł. XIX wieku przez Hohenzollernów, ale już w 1914 roku Bukareszt stanął po przeciwnej stronie barykady. Zwycięska dla Niemiec wojna dawała nam sporo, jednak to czy wybilibyśmy się na pełną niepodległość, a być może i pozycję regionalnego mocarstwa zależałoby od ówczesnych elit.





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA