cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności (https://kurierhistoryczny.pl/polityka-prywatnosci,7).

„Kamerdyner”, czyli jak uchwycić utracony czas [recenzja]

Szymon Zalewski, 26.09.2018

Anna Radwan jako Gerda von Krauss - jedna z najlepszych ról w "Kamerdynerze". Bohaterka próbuje żyć zgodnie ze starymi zasadami, lecz jej świat mimo to powoli się rozsypuje.

„W filmie epickim najważniejszym bohaterem jest czas” – jeśli weźmiemy sobie do serca te słowa Filipa Bajona, to zdecydowanie lepiej zrozumiemy jego najnowsze dzieło. „Kamerdyner”, wbrew opisowi dystrybutora, nie jest bowiem filmem o miłości, lecz przede wszystkim o mijającym czasie.

Mateusz Kroll „Mati” (Sebastian Fabijański) rodzi się wprawdzie w kaszubskiej chacie, ale większość życia spędzi w pałacu. Jego matka umiera podczas połogu, a miejscowa hrabina Gerda von Krauss (Anna Radwan) przygarnia go do siebie. Czyni to być może z dobrego serca, a być może ze względu na uzasadnione plotki, że chłopiec jest owocem romansu jej męża Hermana (Adam Woronowicz). Mateusz dorasta razem z hrabiowskimi dziećmi: Maritą (Marianna Zydek) i Kurtem (Marcel Sabat). Z pozoru jest traktowany jako członek rodziny, jednak w odróżnieniu od rodzeństwa żyje w zawieszeniu między wsią a pałacem. Wśród Kaszubów jego opiekunem jest Bazyli Miotke (Janusz Gajos) - wielki orędownik polskości, nazywany królem ze względu na szacunek, jakim cieszy się wśród miejscowej społeczności.  

Mati ma dwie różne rodziny, dwa domy. Z żadnego z nich nie ma zamiaru rezygnować. Na pytanie hrabiego, czy chce żyć na wsi, czy w pałacu odpowiada: „Przecież pałac też jest na wsi”. Powoli jednak jego szczęśliwy czas się kończy, a to ze względu na miłość jaka rodzi się między nim a Maritą.

 

Chociaż powyższy opis może wskazywać, że film podąża utartym schematem melodramatu o „niemożliwej miłości”, nienawiści klasowej i narodowościowej z wielką historią w tle, to nic bardziej mylnego. Twórcy właśnie unikają tego typu uproszczeń znanych z peerelowskiego kina w stylu: dobry Polak, Kaszub – zły Niemiec, Prusak. Miłość Matiego i Marity jest jedynie odbiciem pewnego nieszczęśliwego kaszubsko-pruskiego splotu i to ten splot, a także miejsce i moment historycznego przełomu jest tutaj najważniejszy.

Film rozpoczyna się w 1900 roku, a kończy w 1945. Okres właściwie do końca I wojny światowej jest przedstawiony jako sielanka. Pruscy junkrzy i kaszubscy chłopi żyją w pewnej symbiozie. Ich relacje są bliskie i nie ma mowy o wyzysku czy prześladowaniu. Miotkego i hrabiego von Kraussa różnią wyraźnie poglądy polityczne, ale to nie przeszkadza im podyskutować czy uciąć sobie partyjkę szachów. Świat miejscowej arystokracji, który poznajemy w „Kamerdynerze” nie jest, łagodnie mówiąc, zbyt entuzjastycznie nastawiony do idei polskości tych ziem, jednakże bardzo daleko im do skrajnego nacjonalizmu, który rodzi się w Niemczech po 1933. Pojawienie się nazizmu jest też kolejnym objawem zmierzchu „lepszego świata”.  

Po 1918 roku junkrzy próbują żyć tak jak wcześniej, lecz za bardzo się już nie da. Wielka polityka rozbija ich rzeczywistość. Poniekąd sami także pokutują za swoje i nieswoje grzechy. Gerda von Krauss, choć niejednokrotnie upokarzana przez męża, próbuje spajać w myśl dawnych zasad całą rodzinę. „Rodzina to potęga” – jak mówi zagubiony w nowych czasach Kurt. Okazuje się to przewrotną prawdą. Kolejne pokolenia von Kraussów (tych z prawego i nieprawego łoża) powielają podobne błędy co ich poprzednicy. Nie mają oni jednak już szansy żyć w tej samej rzeczywistości, na tej samej ziemi. Wielka historia im na to nie pozwala.

Mistrzowska muzyka Antoniego Komasy-Łazarkiewicza i znakomite zdjęcia Łukasza Gutta powodują, że niespiesznie podążamy przez kolejne wydarzenia. Poszczególne wątki są miejscami jedynie zarysowane i gdyby je rozwinąć to mogłyby być kanwą osobnego, fascynującego filmu. Lecz „Kamerdyner” jest czymś w rodzaju symfonii, gdzie wszystkie instrumenty nie wysuwając się na plan pierwszy tworzą jedną całość. Nie żyjemy życiem bohaterów, lecz obserwujemy je jako zapis pewnego czasu w pewnym miejscu. Wiemy, że to już się wydarzyło i wszystko zmierza do jakiegoś przewidywalnego końca. O tym „końcu” mówią zresztą wszyscy. Widzowie również mogą poczuć narastającą atmosferę schyłku, który w pewnym momencie musi nadejść. I choć czasy II RP dają właściwie wszystkim bohaterom chwilę oddechu, to zagłada jest coraz bliżej.

Kamerdyner stanowi fotografię z życia pruskich junkrów z I. połowy XX wieku. Powyżej jeden z jego przejawów - polowanie.

Twórcy obficie czerpią z historii regionu, m.in. dziejów rodziny von Grass czy kaszubskiego działacza Antoniego Abrahama. Ponadto reżyser w niektórych momentach wyraźnie nawiązuje do swego dawnego dzieła, znakomitej sagi, tym razem o śląskiej arystokracji pt. „Magnat”. Tam jednak nie był zachowany taki dystans wobec postaci i dziejących się na ekranie wydarzeń. Nawiązań filmowych można w „Kamerdynerze” odnaleźć jednak więcej, na czele z „Zmierzchem bogów” Viscontiego.

Film Filipa Bajona nie jest tylko hołdem dla la belle epoque, ale również, a może przede wszystkim dla Kaszubów. Niepotrzebnie na końcu pojawia się czytany komentarz, objaśniający oczywistość wynikającą z całego dzieła. Kaszubi trwając przy swojej polskości zapłacili za to miejscami najwyższą cenę. Znakomicie przedstawiona scena ludobójczego mordu w Piaśnicy na długo zapada w pamięć. Reżyser zdecydował się również na wprowadzenie na ekrany języka kaszubskiego. Z tym niełatwym zadaniem aktorzy poradzili sobie znakomicie. Zresztą nie tylko z tym. Aktorstwo to jeden z głównych, obok muzyki, zdjęć i scenografii, walorów tego filmu. Przyczepić się można natomiast do charakteryzacji. Nie zawsze i nie wszędzie widać, by czas zmienił jakoś szczególnie bohaterów. Prawdopodobnie winą za to można obarczyć fakt, że produkcja filmu trwała aż trzy lata i połatanie kręconych w różnych okresach poszczególnych fragmentów jest zadaniem karkołomnym.

Niemniej „Kamerdyner” jest filmem, jakiego w Polsce dawno nie widziano. Epicka saga pruskiej rodzin junkierskiej, będąca jednocześnie opowieścią o Kaszubach – o ziemi i ludziach, którzy ją zamieszkują na pewno warta jest obejrzenia i zasługuje na wiele laurów.

Nasza ocena: 8/10





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA