cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności.

Lisowczycy - staropolska jednostka specjalna

Piotr Antoniewski, 23.11.2021

Strzelanie z łuku. Obraz Józefa Brandta

Obok husarii lisowczycy uchodzą za najlepszą jazdę w dziejach Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Ich sława sięgała po najdalsze krańce Europy. Straszono nimi dzieci w azjatyckiej części Rosji, a słynny Rembrandt namalował nawet obraz jednego z nich.

Los awanturnika

Twórcą tej niezwykłej jednostki był Aleksander Lisowski. Postać, której charakter doskonale pasował do formacji, którą stworzył. Ród Lisowskich herbu Lis wywodził się co prawda  z Pomorza, jednak w XVI w. przeniósł się na Litwę, gdzie między 1575 a 1580 r. przyszedł na świat Aleksander. Wiadomo, że pochodził z wielodzietnej rodziny. Miał aż ośmiu braci i dwie siostry.

Początkowo jego życie nie odbiegało od wielu szlacheckich życiorysów tego okresu. Wraz z wybuchem wojny ze Szwecją w 1600 r. Lisowski trafił do chorągwi husarskiej. W niej pod wodzą hetmana Jana Karola Chodkiewicza walczył w Inflantach.

Kampania inflancka okazała się przełomowa w życiu młodego Aleksandra. Szlachta skąpiła pieniędzy na tę wojnę, przez to często brakowało środków na wypłatę żołdu. Hetman Chodkiewicz nie raz z własnej kiesy finansował działania zbrojne. W 1604 r. zaległości w wypłacie należności doprowadziły do wybuchu buntu, na którego czele stanął nie kto inny tylko nasz Aleksander Lisowski. Nie ominęła go za to kara. Został skazany na infamię i banicję. Niewiele to jednak pomogło, a raczej sprowadziło tego szlachcica na dalszą awanturniczą drogę.

W 1607 r. Lisowski przyłączył się do rokoszu Zebrzydowskiego, w którym dowodził chorągwią kozacką. Klęska antykrólewskiego wystąpienia skierowała tego niespokojnego ducha na wschód. W tym czasie Dymitr II Samozwaniec ruszał na Moskwę, by „odzyskać” tron carski. I wtedy dopiero Aleksander Lisowski zaczął dawać popisy swoich możliwości. Na czele oddziału kozaków dońskich penetrował południowe obszary państwa moskiewskiego. Dotarł do Astrachania i próbował nawet przebić się do Persji, by dołączyć do jej wojny przeciw Turcji. Niedoszły car darzył go taką estymą, że tytułował „wojewodą”.

W 1610 r. „problemy z płatnościami” u Samozwańca skłoniły tego awanturnika do powrotu na służbę Rzeczpospolitej. Rok później Sejm darował mu już wszystkie wcześniejsze przewiny, a Lisowski znów znalazł się pod rozkazami hetmana Jana Karola Chodkiewicza.

Bezwzględnie skuteczni

12 stycznia 1615 r. właśnie z hetmańskiego polecenia Aleksander Lisowski wydał uniwersał o formowaniu z „kup swawolnych” w Rzeczpospolitej nowego oddziału. Uznaje się to za oficjalny moment powstania lisowczyków.

Była to istna grupa do zadań specjalnych. Mieli być na osobiste posługi króla, a żołd odbierać na wrogu. Stworzona na takiej zasadzie jednostka przypominała inne formacje „psów wojny” tej epoki, jak włoskich kondotierów czy niemieckich lancknechtów. Lisowczycy okazali się od nich jednak skuteczniejsi i straszniejsi. Zdarzały się sytuacje, gdy zaskoczony w nocy przez wroga Lisowski szarżował na czele półnagich żołnierzy na nieosiodłanych koniach. Specjalnością tej formacji były w szczególności operacje dywersyjne - głębokie zagony, które pustoszyły tyły przeciwnika. Często też sprowadzali żywność do obozu, ubezpieczali większe oddziały, tworzyli pułapki, wilcze doły, ścigali wycofującego się przeciwnika czy rozpoznawali teren. W czasie walk w otwartym polu szarżowali ławą bądź stosowali pozorowane ucieczki.

Lisowczyk. Obraz Władysława Szernera

„Umundurowanie” lisowczyków nie różniło się zbytnio od typowego szlacheckiego ubioru polskiego, czyli czapki z futrzanym otokiem, żupana, wąskich spodni, półbutów. Uzbrojeni byli w szablę, pistolety, łuk i koncerz. Ciekawostką jest to, że szablę troczyli pod siodłem, co później przejęła kawaleria II RP. Lisowczycy jeździli w luźnych szykach. Nie prowadzili za sobą taborów, co pozwalało im szybko się przemieszczać. W czasie przeprawy przez rzekę pokonywali ją wpław. Ciężary zaś umieszczali na prowizorycznej tratwie. Dziennie mogli przebyć nawet 150 km.

Spotkanie takiego jeźdźca kończyło się zazwyczaj tragicznie. Lisowczycy bowiem podczas przemarszów mordowali każdego napotkanego świadka. Podobnie traktowali też tych, którzy im pomagali, m.in. informatorów czy przewodników. Nie oszczędzali również swoich rannych towarzyszy, mogących opóźniać pochód.

Władza u lisowczyków leżała w rękach koła generalnego, czyli zgromadzenia wszystkich towarzyszy, wybierających spośród siebie pułkownika. W czasie walk za granicą tytułował on się hetmanem. Koło generalne wybierało również porucznika (zastępcę pułkownika), rotmistrzów, strażnika, oboźnego i sędziego. Surową dyscypliną utrzymywano za pomocą bezwzględnie egzekwowanych artykułów wojennych.

W skład oddziału Lisowskiego wchodziła głównie drobna szlachta, przede wszystkim z Mazowsza. Nie brakowało jednak też synów chłopskich, dla których była to możliwość awansu społecznego. Przykładem tego jest Idzi Kalinowski - dzielny żołnierz, rotmistrz lisowczyków, ale też warchoł i zabijaka. Zdaniem Nekanda Trepki był chłopem z Kalinowa, wsi w woj. bracławskim w dobrach Walentego Aleksandra Kalinowskiego. Dzięki wojennym wprawom zdobył znaczny majątek i podawał się za szlachcica herbu Korwin. 

W szeregach lisowczyków zdarzali się także Kozacy, Czerkiesi, Czesi, Niemcy czy Ślązacy. W czasie wojny trzydziestoletniej na ich stronę przeszedł nawet oddział, służący dotychczas u Szwedów, złożony z Anglików i Irlandczyków.

Od Morza Białego po Włochy i Ren

Tuż po sformowaniu w 1615 r. lisowczycy ruszyli w wielką wyprawę ku Morzu Białemu. Jeden z dowódców, Jarosz Kleczewski w listach z tej eskapady wspominał o napotkanych białych niedźwiedziach i o tym, że zdumionemu morzu lodowatemu pokazali polskie chorągwie. Chłodnych wybrzeży na północy jednak nie wszystkim dane było zobaczyć. Zdrada jednego z podkomendnych Lisowskiego sprowadziła przeciw nim znaczne siły przeciwnika i zmusiła pułkownika do zarządzenia odwrotu. Oznaczało to ponowne pustoszenie ziem rosyjskich aż do granic Rzeczpospolitej.

Planu dalszego penetrowania Rosji nie zarzucono. Wiosną 1616 r. Aleksandra Lisowskiego powitano na Sejmie jak superbohatera. Szlachta zadowolona z jego działań na wschodzie uchwaliła przekazanie mu 10 tys. złotych i zgodę na nową wyprawę. Latem 1616 r. pułkownik zbierał już kolejne oddziały do ruszenia na dalekie ziemie Rosji. Stało się jednak coś dziwnego. Na przełomie września i października, podczas przeglądu swoich wojsk twórca i wódz lisowczyków nagle spadł z konia. Chwilę później był wyzionął ducha. Wielu widziało w tym otrucie, inni „zwykłą” apopleksję.

Śmierć pułkownika odbiła się szerokim echem w Rzeczpospolitej. Powszechnie nazywano go bohaterem, dzielnym żołnierzem. Słów uznania nie skąpił też jego zwierzchnik, hetman Chodkiewicz:

Śmierć tak wielkiego i godnego w Rzeczypospolitej człowieka (...) z wielu miar mi przychodzi żałować, bo nie jeno dawna z nim connesatia [współdziałanie], ale i teraźniejsze jego pod regimentem moim dzieła (...) mocny między nami uczyniły związek przyjaźni.

Hetmanowi nie udało się jednak, mimo prób, narzucić lisowczykom swojego wodza. Żołnierze sami wybrali nowego pułkownika, którym został Walenty Rogowski. Do 1619 r. lisowczycy głównie plądrowali ziemie rosyjskie siejąc tam powszechną grozę. Potem wojna z Moskwą się skończyła i czas było wrócić do ojczyzny. Nie był to łatwy powrót, przede wszystkim dla mieszkańców rodzimych stron. Lisowczycy podobnie jak łupili wroga tak łupili teraz swoich. Wymogom dyscypliny wojskowej za nic nie chcieli się podporządkować, a sytuację pogarszał brak obiecanych pieniędzy na żołd.

Jeździec polski. Obraz Rembrandta

Wybawienie przyszło szybko. Jeszcze w 1619 r. lisowczycy z sekretnym poparciem Zygmunta III zostali wysłani wspomóc cesarza Ferdynanda II Habsburga w walce z antyhabsburskim wystąpieniami Czechów i atakami Siedmiogrodzian. Jesienią polskie oddziały wkroczyły w granice Cesarstwa. 23 listopada 1619 r. dzięki śmiałemu manewrowi rozbili oni wojska siedmiogrodzkie Jerzego Rakoczego pod Humennem. Nie ruszyli jednak dalej w stronę oblężonego przez Gabora Bethlena Wiednia, lecz wrócili do Rzeczpospolitej. Siedmiogrodzianin zresztą sam niedługo później zwinął oblężenie, a lisowczycy od króla zażądali zapłaty za swoją służbę. Ten jednakże odesłał ich z kwitkiem. Pojawiły się również groźby, że dalsze ekscesy na terenie kraju sprowadzą na nich surową karę, z wybiciem na pal włącznie. Nietrudno się domyślić, że spowodowało to złość lisowczyków. Gdy w końcu stycznia 1620 r. opuszczali Rzeczpospolitą wspomniany Jarosz Kleczkowski miał ceremonialnie splunąć na ojczystą ziemię.

Nie wszyscy jednak lisowczycy mieli podobny stosunek do Rzeczpospolitej, czego dali wyraz biorąc udział jeszcze w tym samym roku w wojnie z Turcją. Walczyli oni pod Cecorą i odznaczyli się rok później w czasie obrony Chocimia. Potem uczestniczyli w walkach ze Szwedami w 1626 r. Przez cały ten czas wielu z nich wspierało także cesarza w jego wojnach. Wówczas sława lisowczyków sięgała po dalekie kraje kontynentu, a ich bezwzględność i skuteczność była wręcz mityczna.

Na początku lutego 1620 r. wkroczyli oni na Śląsk. Pierwsza od dwustu lat obecność polskiego wojska na tej ziemi wiązała się niestety z ciągłymi grabieżami, gwałtami i mordami. 8 listopada 1620 r. 3 tys. lisowczyków odznaczyło się w bitwie pod Białą Górą walnie przyczyniając się do zwycięstwa sił cesarskich. W drodze powrotnej ponownie zawitali na Śląsku, gdzie z miejscowymi stoczyli walki, m.in. pod Legnicą, Wrocławiem i Opolem. W kolejnych latach „piekielni jeźdźcy”, jak ich nazywano, pustoszyli Europę od Renu po Włochy.

Żołnierze wyklęci

Ich powrót do Rzeczpospolitej w 1623 r. ponownie okazał się bardzo trudny dla jej mieszkańców. Już w następnym roku głośnym echem odbiło się ograbienie i spalenie przez lisowczyków Radomska. Rabunki stały się w końcu na tyle uciążliwe, że w 1624 r. Sejm obłożył ich infamią. Za zabicie lisowczyka znoszono wszelkie kary. Przyniosło to swoje rezultaty. Już 3 czerwca 1625 r. w Krakowie powieszono aż 24 posądzonych o przynależność do tej wyklętej jednostki. Epizod służby u lisowczyków stał się niewygodnym elementem biografii.

Torba z wizerunkiem lisowczyka z obrazu Józefa Brandta
do kupienia tylko w Sklepie Wokulskiego

Zdarzały się jednak w tym ciężkim czasie próby wybielenia działalności lisowczyków. W 1623 r. kapelan tej formacji, franciszkanin ks. Wojciech Dembołęcki wydał „Przewagi elearów polskich, co ich niegdy lisowczykami zwano”. W dziele tym duchowny wręcz idealizował tych żołnierzy. Wskazywał na ich niewątpliwe przewagi na polu walki, ale też przymykał oczy czy nawet lekko pokpiwał z różnego rodzaju grabieży lub plądrowań (w szczególności miast protestanckich). Nadana przez ks. Dembołęckiego nazwa elearzy, czyli z węgierskiego „wojownicy przodujący", miała nawiązywać do teorii, że niby ta jazda jest na służbie samego Boga.

Na niewiele się jednakże zdały te piarowe wysiłki księdza. Do 1638 r. Sejm przegłosował wiele uchwał potępiającą służbę u obcych monarchów. Wszystkie one godziły w dawnych lisowczyków i doprowadziły do całkowitego rozproszenia tej niezwykłej formacji. Jej dawni żołnierze, którzy uniknęli ciężkiego czasu prześladowań w późniejszych latach nadal służyli Rzeczpospolitej. Wśród nich był m.in. Stefan Czarniecki, który taktykę lisowczyków wykorzystywał w czasie wojny podjazdowej ze Szwedami.





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA