Gdzie leżą Kresy?

Gdzie leżą Kresy?

Kresy – w Polsce słowo nieomal z pogranicza mitu, budzące skojarzenia z Rajem utraconym. Słysząc je może nam się zaraz pojawić przed oczami Wilno, Lwów, Grodno czy Stanisławów, polski dwór jak z Pana Tadeusza, pędząca po bezdrożach polska jazda jak z Trylogii Sienkiewicza, no i ludzie z charakterystycznym zaciągiem. Chwilę potem mogą się jednak nam się pojawić inne sceny: bieda, drewniane chaty zamiast porządnych domów, brak przemysłu, zapóźnienie gospodarcze, nieprzyjazne otoczenie obcych narodowości, wreszcie traumy rzezi, a w końcu niby dobrowolne, a tak naprawdę przymusowe wysiedlenia. Czy warto zatem tęsknić za owymi Kresami? I czym one w ogóle są? Przyjrzymy się tej mitycznej krainie, ale również traumie po niej.

Zacznę od prywaty. ¾ mojej rodziny wywodzi się z Kresów, a konkretnie obszaru Rusi Halickiej i Podola, a zatem z ziem, które w powszechnym odbiorze są kwintesencją kresowości. Niemniej w moim domu nigdy nie używało się słowa kresy na nazwanie miejsca, skąd przybyliśmy na Dolny Śląsk. Zamiast tego mówiło się o wschodzie: przybyliśmy ze wschodu, mieszkaliśmy na wschodzie, oni też są ze wschodu. Nie mówiło się kresowiacy, lecz wschodniacy. Kresy było pojęciem obcym, praktycznie z niczym się nie kojarzącym. Sam staram się go unikać, ale na użytek tej audycji muszę zrobić wyjątek. Bowiem wbrew pozorom Kresy, te pisane z wielkiej litery nie mają swojego synonimu. Kresy to nie tylko konkretny obszar. To obszar, który pełni określoną funkcję albo jest w określony sposób odbierany. Źródeł tej nazwy należy oczywiście szukać w czasach Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Jak podaje słownik języka polskiego z 1902 roku:

Kresami w dawnej Polsce nazywano obronną linię przeciwko Tatarom i Wołoszczyźnie od Dniepru do Dniestru.

U Zygmunta Glogera w Encyklopedii staropolskiej ilustrowanej czytamy zaś:

Kresami zwano stanowiska wojskowe […] rozstawione na pobereżach Podola i Ukrainy, jako straże graniczne od napadu Tatarów i Hajdamaków […]. Ponieważ służbę taką odbywano kolejno, na zmianę, czyli jak komu wypadła kreska, kresa, więc i stąd nazwa poszła […]. Ponieważ linja czatowni pogranicznych, ciągnąca się przez stepy od Dniestru, była łańcuchem takich stójek wojskowych, więc w mowie potocznej przyplątano czasem do nazwy kresów znaczenie granicy Rzplitej od Zaporoża, Tatarów i Wołoszczyzny.

Ale najstarszy polski słownik Samuela Lindego z 1807 roku podaje tylko, że kres/krys to naznaczone granice, obręby, określony, naznaczony koniec, cel. Z tego wszystkiego możemy wywnioskować podwójną etymologię. Z jednej strony nazwa kresy wywodzi się od kreskowej służby zmianowej, z drugiej – co już bardziej oczywiste – kres to nic innego jak koniec i tak nazywano wszelkie pograniczne terytoria, czyli kresy czegoś – kresy starostwa, kresy województwa, kresy biskupstwa itd. Niemniej w czasach I Rzeczpospolitej te konkretne Kresy jako określony obszar odnoszono do południowo-wschodniego krańca państwa polsko-litewskiego. Kresami wtedy nie był żaden Lwów czy Wilno. Żadna Ruś Halicka czy jakkolwiek część Wielkiego Księstwa Litewskiego. Przy tym te ówczesne Kresy nie niosły ze sobą takiego ładunku emocjalno-symbolicznego jak obecnie. Było to bardziej odpowiednik slangu wojskowego, dzisiejszej służby na pasku, czyli służby na granicy z Białorusią, czyli tej najbardziej niebezpiecznej. I podobnie w Rzeczpospolitej Obojga Narodów służba na Kresach oznaczała służbę na najbardziej niebezpiecznym rejonie granicy. Nie ma to zatem wiele wspólnego z tym, co dziś rozumiemy pod pojęciem Kresy.

Przy tym warto wspomnieć o bardziej nośnym wówczas słowie rubieże, czyli granicy. Rzeczpospolita jak wiadomo była państwem bardzo rozległym terytorialnie i owe rubieże budziły skojarzenia z końcem świata, w dodatku na wschodzie życie tam było niebezpieczne. Co tworzyło pewną specyficzną otoczkę tajemniczości, dzikości, niedostępności. Służba na rubieżach wiązała się ze sławą, ale też z przygodą. Rubieże nie zrobiły jednakże takiej kariery jak później Kresy. Same zaś Kresy nigdy nie zrobiłyby takiej kariery, gdyby nie rozbiory. Nomen omen kres Rzeczpospolitej Obojga Narodów zatrzymał procesy, które umożliwiłyby karierę kresowej mitologii.

W końcu XVIII wieku wśród szlachty przewagę miała postawa polskości rzeczpospolitańskiej, czyli jestem Polakiem, bo jestem obywatelem Rzeczpospolitej. To nie wykluczało bycia jednocześnie Litwinem czy Rusinem. Proces ten jednak nie zdążył jeszcze na dobre się rozpocząć wśród warstw niższych. To wymagało aparatu państwowego, a zwłaszcza rodzimego systemu powszechnej oświaty. I mimo że Rzeczpospolita u swego schyłku przechodziła do nowoczesnego rozumienia Narodu, czyli takiego obejmującego wszystkie stany, to by słowo stało się ciałem zabrakło własnego państwa. Budzenie w warunkach zaborowych polskości wśród polskich chłopów jeszcze trochę czasu zajęło, a wśród ludności pozostałych nacji już nie tyle polskości, co rzeczpospolitańskości, okazało się zadaniem karkołomnie trudnym. Nasi zaborcy bowiem doskonale zdawali sobie sprawę z zagrożeń, jakie z tego procesu płynęły. Stąd wszyscy trzej rozbudzali odrębność narodową Litwinów, Rusinów od Polaków. Typowe dziel i rządź.

Mamy zatem na obszarze dawnej Rzeczpospolitej przeciwstawne procesy tworzenia się nowoczesnych narodów. Z jednej strony Polacy, z drugiej cała reszta. Linie podziału oparte na języku, religii są coraz wyraźniejsze, są coraz istotniejsze. Do tego polskość często jest na cenzurowanym. Po kolejnych powstaniach w zaborze rosyjskim narastają represje, konfiskaty majątków. Klęska powstania styczniowego zachęca też niektóre nurty rusińskie czy litewskie, by szukać osobnej drogi. W Galicji zaś, mimo że po 1867 roku cieszyła się autonomią, to nie miała ona charakteru narodowego. Polacy jako najbogatsza warstwa posiadali w Galicji dominującą pozycję, ale Ukraińcy też walczą o swoje i o rząd dusz nad ludnością rusińską i tu akurat oni mieli przewagę, bo po prostu byli kulturowo, językowo bliżej miejscowym chłopom niż tzw. polscy Rusini.

I kiedy to się wszystko powoli rozkręca, w 1854 roku Wincenty Pol wydaje swój rapsod rycerski „Mohort". Jest to opowieść o ostatnim rycerzu Rzeczpospolitej, który walczy na właśnie kresach ukraińskich, jak ujmuje to poeta, i ginie w obronie Konstytucji 3 Maja. Kresy z czasów Rzeczpospolitej, które były jedynie slangowym, wojskowym określeniem, nabierają u Pola znaczenia symbolicznego bastionu, przedmurza przed zagrożeniami. Sukces utworu doprowadził do rozpowszechnienia się także pojęcia kresów, które zaczęto także odnosić również do innych obszarów dawnej Rzeczpospolitej, nie tylko do Ukrainy, lecz wszędzie tam gdzie polskość jest w defensywie, gdzie jest w mniejszości, gdzie jest represjonowana. Gdzie są zatem owe Kresy? Tam, gdzie jest kres polskości, gdzie trzeba jej bronić, gdzie polskość jest posterunkiem na obcej etnicznie ziemi i napierana dodatkowo przez zewnętrzne siły. Gdyby nie rozbiory to ten syndrom oblężonej twierdzy nigdy by się nie włączył. A tak z jednej strony zaborcy, z drugiej miejscowa ludność, która nie chce iść z nami i narastają podziały.

Kresy to zatem ten obszar, gdzie kończy się kultura i język polski, gdzie ma on tylko swoje stanice – jak na owych rzeczpospolitańskich kresach.

Przy czym dotyczy to tylko wschodu. Już na przełomie XIX i XX wieku, a potem już zwłaszcza w II RP próbowano lansować pojęcie kresów zachodnich czy kresów południowych, ale to się nie przyjęło. Inna była też sytuacja. Na Kresach elity przeważnie były polskie, a im niżej tym bardziej niepolskie.

Na zachodzie było inaczej: miejscowa ludność była przeważnie polska, a im bardziej w górę tym więcej było Niemców, choć zarazem nie brakowało Polaków. Nie było zatem tak specyficznej sytuacji jak na Wschodzie. Co ciekawe, z perspektywy Niemców wyglądało to już jednak zgoła inaczej. Niemcy mieli bowiem swój odpowiednik naszego pojęcia Kresów – Niemiecki Wschód. Są to ziemie na wschód od linii Łaby, dawny pruski matecznik, gdzie dominowało rolnictwo, byli junkrzy, a także była dużo ludności nienieniemieckiej. I można dostrzec tu całe mnóstwo podobieństw między polskim postrzeganiem Kresów i Niemiec Wschodnich. Dość powiedzieć, że jedni i drudzy żyją często nadal w tzw. przestrzeniach przeniesionych. Od zakończenia wojny mija 80 lat, a jedni i drudzy doskonale wiedzą skąd są, gdzie mieszkali niegdyś, gdzie były ich domy, a ponadto utrzymują przeniesiony stamtąd krąg relacji społecznych. Zarówno kresowiacy, jak i tzw. niemieccy wypędzeni często przenosili się całymi miejscowościami do nowego miejsca i odtwarzali tam schematy, które znali u siebie.

Takie rozumienie kresów jako przestrzeni, w której polskość jest w odwrocie, jest niejako u kresu, rozszerza nam ich obszar. Kresami stają się bowiem nagle miasta i regiony, które były w samym centrum państwa polsko-litewskiego. Z perspektywy I Rzeczpospolitej nazwanie kresowymi miastami Wilna, Lwowa czy Grodna jest absurdem. Miasta te nie tylko nie leżały na żadnych krańcach państwa, raczej już Kraków by tu pasował. A ponadto były to często centra politycznego życia. Jednakże z perspektywy XIX i XX-wiecznej Wilno, Lwów i Grodno to miasta, o które Polacy musieli rywalizować z innymi nacjami — pasuje do nich przymiotnik kresowy.

Powyższy tekst to fragment audycji z cyklu Opowieści Rzeczpospolitańskich. Całość audycji dostępna tutaj:

Komentarze

Nikt jeszcze nie skomentował. Bądź pierwszy! Dodaj komentarz