Opowieści z Pogranicza – Czy (i dlaczego) Białorusini nie mówią już po białorusku? Część III: Białoruska irredenta
26.05.2025 11:27:50
czytaj więcej
Opowieści z Pogranicza – Czy (i dlaczego) Białorusini nie mówią już po białorusku? Część IV: Najnowsze dzieje narodu i języka białoruskiego

Białorusini protestujący przeciwko sfałszowanym wyborom z 2020 roku (domena publiczna).
Przez wieki – pomimo upadku kultury ruskiej w I Rzeczpospolitej, rusyfikacji w epoce carskiej Rosji i wszystkich innych czynników, które kładły się cieniem na białoruskim procesie narodowotwórczym – ich ojczysty język żył na wsiach i w miasteczkach. Był mową ,,prostą” – ale powszechną. W oczach tych, którzy walczyli o to, by słowo ,,Białoruś” z mglistej idei stało się politycznym programem i wezwaniem do walki – był korzeniem, z którego wyrosnąć miał kiedyś nowoczesny naród. Korzeniem ukrytym głęboko w ziemi, ale żyjącym. Wrastającym głęboko w tę zroszoną krwią i potem chłopskiej ludności glebę. Niewyrwanym ani przez spolonizowaną szlachtę, ani obce wojska, ani carskich żandarmów i zrusyfikowaną inteligencję.
W 1897 roku (a zatem w momencie, gdy ziemie białoruskie zamieszkiwali liczni Polacy, Rosjanie i ogromny odsetek ludności żydowskiej!) językiem białoruskim posługiwało się około 64% mieszkańców tych obszarów. W 1926 współczynnik ten wzrósł do 72%, a w 1939 – do 80%. A jednak dziś – po przeszło trzech dekadach istnienia państwa białoruskiego – spadł on do 54% ludności, która białoruszczyznę uznaje za język ojczysty, i 28%, która deklaruje jej codzienne użycie. Jednocześnie język ten ma status zagrożonego wymarciem. Podstawowym językiem nie tylko nauki, kultury i polityki, ale także codziennej komunikacji, stał się na Białorusi rosyjski. To sytuacja bez historycznego precedensu.
Jak w tak krótkim czasie mogło dojść do tak druzgocącej degradacji języka? Kto stworzył podwaliny pod politykę Alaksandra Łukaszenki, która doprowadziła do rusyfikacji – jak na ironię, de iure niepodległej Białorusi – na skalę nieznaną pod rosyjskim zaborem? I co najważniejsze – czy język białoruski ma jakiekolwiek perspektywy przetrwania i odrodzenia? Czy może stać się językiem Nowej Białorusi, a nawet utorować drogę do jej powstania?
W ostatniej już części cyklu poświęconego Białorusi przyjrzymy się XX i XXI-wiecznej historii tego kraju, od rozbioru usankcjonowanego traktatem ryskim w 1921 roku do przełomowych protestów w roku 2020 i aktualnej sytuacji kraju. W przebiegu tych wydarzeń spróbujemy ostatecznie odnaleźć odpowiedź na tytułowe pytanie, umyślnie postawione w nieco prowokacyjny sposób – czy (i dlaczego) Białorusini nie mówią już po białorusku.
W Rzeczpospolitej już nie Obojga Narodów
W burzliwym okresie 1914 – 1921 część działaczy białoruskich widziała państwowość swego narodu w jakiejś formie federacji z Polską. Niekiedy dostrzegano w zachodnim sąsiedzie sojusznika, w oparciu o którego mogłaby powstać niepodległa Białoruś (kwestia białoruskiego wysiłku wojennego w okresie wojny polsko-bolszewickiej i propolskiej orientacji niektórych białoruskich patriotów została przybliżona w poprzedniej części ,,Opowieści kresowych” ). W 1921 wszystkie nadzieje na polską interwencję zostały jednak gwałtownie rozwiane.
Nawet w chwili, gdy polityka polska jednoznacznie zboczyła z federalistycznego kierunku firmowanego pierwotnie przez Józefa Piłsudskiego, część białoruskich działaczy zdecydowała się osiąść w II Rzeczpospolitej i na jej gruncie prowadzić swoistą pracę organiczną na rzecz swojego narodu. Taką postawę przyjęli między innymi: Branisłau Taraszkiewicz (twórca białoruskiej gramatyki i ortografii), doskonale znani z poprzednich części cyklu bracia Iwan i Anton Łuckiewiczowie, Wacłau Iwanouski, ksiądz Adam Stankiewicz, Jan Poźniak (dziadek opozycjonisty Zianona Pazniaka; ofiara zbrodni katyńskiej), Roman Skirmunt (ziemianin-,,krajowiec” związany z ruchem białoruskim), a także najbardziej znana postać z dziejów białoruskiej wojskowości – walczący z bolszewikami generał Stanisław Bułak-Bałachowicz.

Bronisłau Taraszkiewicz (1892 – 1938) pochodził z chłopskiej, katolickiej rodziny z Wileńszczyzny. Mimo to, udało mu się zdobyć wykształcenie, a podczas nauki w wileńskim gimnazjum swoją tożsamość definiował jako polską. Świadomym Białorusinem stał się dopiero podczas studiów w Petersburgu. Jako członek Białoruskiej Socjalistycznej Hromady, stał się jednym z liderów ruchu narodowego, a potem poświęcił się badaniom nad językiem białoruskim. Po dziś dzień usystematyzowany przezeń alfabet białoruski nazywa się ,,taraszkiewicą". Taraszkiewicz przez lata był zwolennikiem współpracy z Polską, a po ,,buncie Żeligowskiego" brał nawet udział w powstawaniu struktur Litwy Środkowej. Niestety, rzeczywistość Białorusinów w II Rzeczpospolitej okazała się dla niego wielkim rozczarowaniem, a działalność na rzecz własnego narodu zaprowadziła go do polskiego więzienia. W celi... tłumaczył na białoruski ,,Pana Tadeusza".

Redaktorzy wileńskiej gazety ,,Biełaruskaja Krynica"; pierwszy od prawej to Jan Poźniak (1887 – 1940). Poźniak był działaczem politycznym z obozu chrześcijańskiej demokracji, aktywnie działającym na rzecz uświadomienia narodowego białoruskich chłopów, krzewienia białoruskiej kultury i pojednania polsko-białoruskiego. Władze II Rzeczpospolitej wielokrotnie skazywały go na kary pieniężne, a nawet aresztowały. W październiku 1939 znalazł się w niewoli sowieckiej, a wiosną 1940 został rozstrzelany przez NKWD. Uznaje się go za ofiarę tzw. ,,białoruskiej listy katyńskiej".
'
Legendarny generał Stanisław Bułak-Bałachowicz (1883 – 1940) osiadł w II Rzeczpospolitej, mimo że władze polskie uprzednio internowały jego żołnierzy i uniemożliwiły im dalszą walkę z bolszewikami. Ostatnim czynem wojennym w jego burzliwym życiu był udział w obronie Warszawy w 1939 roku. Rok później zginął podczas próby aresztowania przez Gestapo...
Życie w II Rzeczpospolitej nie było tylko świadomym wyborem aktywnej politycznie inteligencji. Było także losem całych rzesz zwykłej ludności, która nie zmieniała miejsca zamieszkania, a trwała na zajmowanej od pokoleń ziemi wbrew nieustannie zmieniających się granic. Ze względu na płynne, niejasno określone kryteria narodowościowe i upolitycznienie spisów powszechnych, niełatwo jednoznacznie podać liczbę Białorusinów, którzy po traktacie ryskim znaleźli się w granicach państwa polskiego. Według spisu powszechnego z 1921 Rzeczpospolitą miało zamieszkiwać nieco ponad milion Białorusinów i niespełna 40 000 ,,tutejszych” (tą nazwą władze polskie określały częstokroć prawosławną ludność Polesia, pozbawioną klarownej identyfikacji narodowościowej). Następny spis z 1931 nie uwzględniał pytania o narodowość i posługiwał się jedynie kryterium językowym, co przy mieszanym charakterze dialektów i powszechnej wielojęzyczności na ,,Kresach Wschodnich” znacząco zniekształcało jego wyniki. Liczbę użytkowników języka białoruskiego podawał on jako niespełna 990 000 osób, a ,,tutejszego” – 700 000 (ten nagły wzrost w oczywisty sposób świadczył o przypisaniu tego fantasmagorycznego języka części osób, które w poprzednim spisie zadeklarowały białoruską narodowość).
Wartości te nawet w dobie dwudziestolecia międzywojennego uważano jednak za zaniżone. Współcześni historycy polscy i białoruscy szacują liczbę Białorusinów w przedwojennej Polsce na 1,7 miliona lub prawie 2 miliony osób. Białorusini stanowili zarazem nie mniej niż 7% ludności całego kraju. Przeważająco białoruski charakter miały województwa nowogródzkie, wileńskie, poleskie, a częściowo także białostockie. Przy tym dawny podział na białoruską wieś, polski dwór i żydowskie miasteczko nie uległ znaczącym przemianom – nadal 90% ludności białoruskiej utrzymywało się z pracy na roli, a pozostała jej część znajdowała zatrudnienie przeważnie w rybołówstwie, leśnictwie czy jako służba domowa. Inteligencja stanowiła wciąż niewielką, wręcz symboliczną część białoruskiego społeczeństwa w II Rzeczpospolitej i składali się na nią nieliczni nauczyciele, literaci czy duchowni. Droga do kariery urzędniczej była bowiem dla Białorusinów niemal zamknięta. Jednocześnie wielu przedstawicieli białoruskiej inteligencji usiłowało zaangażować się w politykę, widząc w działalności parlamentarnej i społecznej jedyną szansę na poprawę bytu swoich rodaków.

II Rzeczpospolita była państwem niesamowicie zróżnicowanym etnicznie, językowo i religijnie. W dodatku rodziny mieszane i niejednoznaczne lub nie w pełni wykształcone tożsamości narodowe nie były w niej rzadkim zjawiskiem...
Tak zwana zachodnia Białoruś już w okresie zaborów stanowiła obszar znacznie mniej zrusyfikowany, niż wschodnia część kraju. Wynikało to przede wszystkim z silniejszej pozycji Kościoła Katolickiego (w kontrze do sprzyjającej polityce rusyfikacyjnej Cerkwi Prawosławnej) oraz większego odsetka ludności polskiej. U schyłku XIX wieku to właśnie dystans wobec świata rosyjskiego umożliwił uczynienie Wilna czy Grodna ważnymi ośrodkami ruchu białoruskiego. Jednocześnie te czynniki, które w poprzednich latach hamowały ekspansję kulturowych wpływów rosyjskich, miały z czasem stać się nośnikami polonizacji, wykorzystywanymi przez polską administrację.
Nie na Madagaskarze, a nad Prypecią
W okresie rządów parlamentarnych (do 1926 roku) II Rzeczpospolita nie posiadała żadnego spójnego programu polityki narodowościowej, co uzależniało los mniejszości narodowych niemal wyłącznie od woli lokalnych urzędników. Ci rekrutowali się przede wszystkim z dwóch grup: ludzi związanych majątkowo z ziemiami białoruskimi, a zatem dążących do zachowania korzystnej dla ziemiaństwa status quo i umocnienia ,,polskiego stanu posiadania”, oraz spośród (z czasem dominujących) przybyszy z centralnej Polski. Słabo znali oni stosunki społeczne północno-wschodnich województw i wykazywali niewiele zrozumienia dla lokalnej ludności. Często ,,zsyłkę” na wschodnie obrzeża kraju traktowano ponadto jako karę dla nieudolnych urzędników i osób wątpliwej reputacji, niepożądanych w dotychczasowych miejscach pracy.
W obydwu przypadkach przedstawiciele polskiej administracji patrzyli na Białorusinów nie jako na partnerów czy równoprawnych obywateli, a z wyższością, jako na ludność drugiej kategorii. Niekiedy poczucie to było podszyte dawną szlachecką pogardą dla ,,prymitywnego ludu”; niekiedy zaś stał za nią paniczny lęk przed bolszewizmem, dla którego widziano na Białorusi podatny grunt. Dla polskiego urzędnika świadomy narodowo Białorusin był potencjalną ,,piątą kolumną” i przedstawicielem sowieckiej agentury, a nieuświadomiony – częścią ciemnej, pogardzanej masy, wymagającej prędkiej polonizacji. Nie dziwi zatem fakt, iż w oczach Białorusina polski urzędnik stawał się w tej sytuacji wrogiem i kolonizatorem. II Rzeczpospolita nie miała zamorskich kolonii – a jednak nie-polska ludność jej wschodnich obszarów wpisywała się w kolonialny model subalterna.

Chłopi z Wileńszczyzny i Polesia na Placu Zamkowym w Warszawie, 1934 rok.
Znamię polityki kolonialnej nadawała polskim działaniom także akcja osiedlania na Kresach Polaków z województw centralnych, głównie uczestników wojny z bolszewikami. Z perspektywy białoruskiej stanowili oni element obcy i napływowy, nośnik wpływów polonizacyjnych. Nie było to zresztą dalekie od prawdy, bowiem władze polskie pragnęły uczynić z nich swoją podporę i czynnik asymilujący żywioł białoruski, a także zapobiec zmniejszeniu ,,polskiego stanu posiadania”, któremu zagrażała reforma rolna. Chętnie nadawano osiedleńcom funkcje sołtysów czy wójtów, a także zachęcano do udziału w obławach na białoruskich partyzantów. Zupełnie ignorowano fakt, iż ludzie ci nie znają obszaru, na którym zamieszkali i nie są w żaden sposób związani z ludnością żyjącą tu od pokoleń. Ich obecność generowała liczne konflikty z Białorusinami, w czasach Imperium Rosyjskiego uznawanymi za lud spokojny i niegroźny.

Chłopka przed chatą w powiecie sarneńskim na Polesiu, 1934 rok. Polesie stanowiło najuboższy i najbardziej zacofany cywilizacyjnie obszar II Rzeczpospolitej, a zachowane tam archaiczne zwyczaje i struktury społeczne były w XX wieku fenomenem na skalę Europy. Większość prawosławnych mieszkańców posługiwała się gwarami z pogranicza języków białoruskiego, ukraińskiego i polskiego, nie posiadając jasno określonej tożsamości narodowej. Oddziaływanie białoruskiego ruchu narodowego na Poleszuków zostało bardzo szybko zahamowane. W spisach powszechnych określali się po prostu jako ,,tutejsi", co stwarzało niezwykle korzystną sytuację dla władz polskich. Rozpoczęły one na Polesiu swoisty eksperyment polonizacyjny, przerwany dopiero przez II wojnę światową.
Likwidacja białoruskiego szkolnictwa i stowarzyszeń kulturalnych, represje na działaczach politycznych (łącznie z nielegalnymi zatrzymaniami), brutalność policji, burzenie i odbieranie Cerkwi oraz polonizacja białoruskiego Kościoła katolickiego, przypadki przesiedleń z pasa przygranicznego i zakazów nabywania ziemi przez prawosławnych – to kolejne ciemne karty polityki polskiej wobec Białorusinów, które na dobre przyćmiły dawne przejawy przyjaźni czy wspólne projekty federacyjne. Na początku lat 20. niemała część działaczy białoruskich postulowała pokojową walkę o autonomię kulturalną i poprawę ciężkiego bytu ludności wiejskiej w warunkach państwa polskiego. Strona polska pozostawała jednak głucha na program mniejszości białoruskiej i usiłowała zepchnąć ją na margines życia politycznego – nawet tak niedemokratycznymi metodami, jak aresztowania posłów pomimo posiadania przez nich immunitetu.
Nie może dziwić zatem fakt, iż w następnych latach istnienia II Rzeczpospolitej ruch białoruski zwrócił się przeciwko państwu polskiemu – nie dlatego że Białorusini od zawsze uważali Polaków za odwiecznych wrogów, a dlatego, iż to samo państwo polskie odepchnęło ich od siebie. Posądzenia białoruskiej inteligencji o ,,komunizowanie” okazały się nie tyle trafną diagnozą, co samospełniającą się przepowiednią. Sprawdziły się przewidywania ,,krajowca” i premiera Białoruskiej Republiki Ludowej Romana Skirmunta, który już w 1921 prognozował dramatyczne pogorszenie relacji polsko-białoruskich: ,,W przyszłości pan Grabski [polityk endecji, delegat na obrady traktatu ryskiego] nazwany będzie ojcem irredenty białoruskiej w Polsce, obie bowiem części Białej Rusi zawsze dążyć będą do zjednoczenia się, Polska zaś posiada część mniejszą. Ruch białoruski, którego p. St[anisław] Grabski tak się obawia, strasznym nie był, on się zwracał ku Polsce, w niej szukał oparcia, od niej chciał brać kulturę Zachodu, z nią chciał się złączyć. Teraz ruch ten stanie się narzędziem w ręku przyszłej Rosji i zwróci się ostrzem przeciw Polsce”.

Grafika Białoruskiej Włościańsko-Robotniczej Hromady. Ten ruch chłopski, powstały w 1926 roku, był najliczniejszą partią w całej Europie. Liczył ponad 100 000 członków. ,,Ad wieku my spali i nas razbudzili, paznali szto treba rabić, szto treba swabody" – tymi słowami rozpoczynał się hymn Hromady. Władze II Rzeczpospolitej traktowały członkostwo w Hromadzie jako działalność antypaństwową i rozpoczęły przeciwko niej szeroko zakrojoną kampanię, nierzadko uciekając się do przemocy. Niekiedy na białoruskie zebrania przysyłano prowokatorów, doprowadzających do interwencji policji, która rozpędzała wiece, aresztując, bijąc i tratując końmi. Po pewnym czasie zmieniono zatem słowa pieśni na: ,,Ad wieku my spali, no nas razbudzili. U sraku nam dali i znou pałażyli"...
W istocie po kilku latach Białorusini zaczęli coraz częściej przystępować do działalności nielegalnej, z utęsknieniem spoglądać na sąsiadów zza ryskiego kordonu i organizować dywersyjne oddziały partyzanckie. Część z nich działała pod egidą bolszewików, którzy pomimo militarnej porażki w 1920 roku nie pragnęli bynajmniej ograniczyć się do ,,budowy komunizmu w jednym kraju”. Istniały jednak także siły niepodległościowe, odwołujące się do dziedzictwa unicestwionej Białoruskiej Republiki Ludowej, której część kierownictwa – już wcześniej zrażona polską biernością – przeniosła się do Kowna, a następnie do Pragi. Rząd Wacłaua Łastouskiego, otrzymując wsparcie finansowe ze strony Republiki Litewskiej i Republiki Weimarskiej (a więc głównych wrogów Polski), inspirował powstanie białoruskich grup zbrojnych.
W obu przypadkach strona polska posługiwała się przykładem białoruskiej dywersji jako uzasadnieniem dla dyskryminacyjnej polityki narodowościowej, przedstawiając samo istnienie białoruskiego ruchu narodowego jako zagrożenie dla integralności państwa polskiego. W obu przypadkach dokonywała także stanowczej rozprawy z partyzantami, traktując ich działalność jako przejaw bandytyzmu i skazując na wyroki śmierci. W późniejszych latach, po zamachu majowym, wielu białoruskich aktywistów zostało ponadto osadzonych w Berezie Kartuskiej.
Nietrudno domyśleć się, że sytuacja ta ujemnie wpływała na status języka białoruskiego. Podstawą dla rozwoju każdego języka jest jego powszechny użytek w sferze oświaty – tymczasem w dwudziestoleciu międzywojennym szkoła na Białorusi była niemal wyłącznie polskojęzyczna. Dwujęzyczność administracji (taka, jaką wprowadzić usiłował na Wołyniu wojewoda Henryk Józewski) w realiach białoruskich pozostawała abstrakcyjnym marzeniem.

Uczniowie białoruskiego gimnazjum w Wilnie podczas obchodów 25 marca (rocznica uzyskania niepodległości przez Białoruską Republikę Ludową w 1918 roku), 1935 rok. Wileńskie gimnazjum było w zasadzie jedyną ostoją białoruskiej oświaty w całej II Rzeczpospolitej.
Białoruszczyzna była spychana na margines nawet w tak codziennych i bliskich ludowi sferach życia, jak religia. Księży białoruskich przenoszono na parafie w głębi Polski, zaś na Białoruś – sprowadzano duchownych nieznających ojczystego języka znacznej części wiernych. Istniały nawet przypadki aresztowania lub wysiedlania kapłanów za głoszenie kazań, nauczanie katechizmu lub spowiadanie w języku białoruskim. Barbara Toporska przytacza historię, w której jak w soczewce skupia się cynizm polityki polskiej wobec Białorusinów:
,,Proboszcz w Żodziszkach, który odziedziczył parafię po ks. Godlewskim, lubił chwalić się swoją chytrością:
— Przynieśli mi — opowiadał — podpisaną petycję, że chcą kazań po białorusku. Takie było prawo, misja kaznodziejska ma być w języku, jakiego żądają parafianie. Więc ja im: „Dobrze, mili, postaram się, tylko u mnie z tym białoruskim trochę trudno, ale popracuję, mili". No, i jak ja im powiedziałem kazanie jedno, drugie, trzecie, że ludzie od śmiechu powstrzymać się nie mogli, to sami przyszli znowu prosić: „Chaj by ksiondz lepiej użo haworyu pa polski, a to tak ustyd nawat słuchać". Wtedy ja im: „Dobrze, mili. Ale wasza petycja odesłana już do Wilna, wycofać jej nie mogę. Innej rady nie ma, tylko podpiszcie drugą, że chcecie kazań po polsku". I podpisali.”
Sowiecka ziemia obiecana?
Podczas gdy w II Rzeczpospolitej dokonywano quasi-kolonialnych prób zdławienia białoruskiego ruchu narodowego i całkowitej asymilacji narodowościowej, po drugiej stronie kordonu ryskiego – w Białoruskiej Socjalistycznej Republice Radzieckiej – realizowano program tak zwanej ,,korienizacji”. Od rosyjskiego korień (korzeń), oznaczała ona właśnie powrót do ludowych korzeni ,,narodów sowieckich” poprzez rozwój ich języków i kultur oraz związanie struktur partyjnych z lokalnymi tożsamościami i społecznościami. W szczególnym stopniu dotyczyła ona narodowości małych, otoczonych przez silniejszych sąsiadów, oraz tych, które kilka dekad wcześniej uciskał carat.
Czterojęzyczny (białoruski, rosyjski, polski i jidysz) szyld w Mińsku, lata 20. XX wieku.
Według koncepcji ,,korienizacji”, Ukrainiec, Litwin, Białorusin, Gruzin, Uzbek, Tatar, a nawet Polak – mogli pielęgnować swoją świadomość narodową i nie musieli stawać się Rosjanami, by stać się wiernymi obywatelami wspólnej sowieckiej ojczyzny. Oczywiście, jedynym warunkiem był rozwój kulturalny w duchu ,,proletariackim”, w zgodzie z zasadami ideologii komunistycznej i w wierności wobec władzy. Literatura narodowa miała zostać oczyszczona z twórców ,,reakcyjnych” i zbyt ,,szlacheckich”, język – z ,,naleciałości burżuazyjnych”, a cała kultura – z wpływów religijnych.
W istocie ,,korienizacja” była jednym z etapów kształtowania ,,człowieka sowieckiego” – nie przejawem szczerej troski partii o los rodzimych kultur ani prawdziwą emanacją idei samostanowienia narodów. Ważniejszym od samego procesu ,,ukorzeniania” był ukryty cel komunistów – przyciągnięcie do własnego obozu szerokich mas ludności, mających za sobą bolesne doświadczenie życia po jarzmem Imperium Rosyjskiego. Jednocześnie pogłębianie świadomości narodowej znakomicie mogło służyć podsycaniu konfliktów między poszczególnymi grupami etnicznymi, w myśl zasady ,,dziel i rządź”. Był to wreszcie okres efemeryczny, zaledwie kilkuletni; z ,,korienizacji” zrezygnowano, gdy okazało się, że nie przyczynia się ona bezpośrednio do postępów kolektywizacji. Szybko zjawiska, które do niedawna wspierało kierownictwo partii, uznano za ,,odchylenia nacjonalistyczne” – a je z kolei za pretekst do brutalnej rozprawy z nomenklaturą narodowych republik i ich elitą intelektualną.
Mimo to, przez te kilka lat, gdy język białoruski z pogardzanej mowy chłopów stał się urzędowym językiem BSRR, powszechnie używanym w oświacie, kulturze i administracji – białoruskie życie narodowe poczyniło jedne z największych postępów w historii tego kraju. Lata 1921 – 1927 można uznać za złoty okres w dziejach języka białoruskiego, który stał się językiem w pełni ustandaryzowanym, mową elit, obszarem profesjonalnych badań katedr filologicznych. W okresie białorutenizacji BSRR swoją karierę literacką i naukową rozwijały tak wybitne postaci, jak Jakub Kołas, Janka Kupała, Wacłau Łastouski (który zachęcony wizją ,,sowieckiego raju” powrócił z emigracji), Jazep Losik, Michaś Czarot, Alaksandr Ćwikiewicz. Jak na (tragiczną) ironię, okres ten poprzedzał jedną z największych krwawych hekatomb w dziejach narodu…

Michaś Kudzielka (1896 – 1838), znany pod pseudonimem Michaś Czarot, był niezwykle wszechstronnym literatem – poetą, prozaikiem i dramaturgiem. W latach 20. stał się czołową postacią ruchu literackiego, co potwierdza białoruskie przysłowie: ,,pojawił się Czarot, a za nim siedmiuset". Jego utwory, często poruszające kwestie rewolucji i budowy lepszego, socjalistycznego świata, były zgodne z oficjalną linią partii. Jednocześnie Czarot chętnie sięgał po motywy narodowe i folklorystyczne. Jego najbardziej znany utwór to powstała na motywach ludowych pieśń ,,Kupalinka", która ze względu na tragiczne losy autora stała się współcześnie symbolem protestu wobec władzy. Swój ostatni wiersz Czarot pozostawił wydrapany na ścianie więziennej celi...
Wieści o autonomii Białorusinów w ZSRR przedostawały się, naturalnie, w granice II Rzeczpospolitej. Trafiały wówczas na podatny grunt, stworzony przez powszechne niezadowolenie z realiów rządów polskich na zachodniej Białorusi. Propaganda radziecka skutecznie forsowała narrację o doskonałości życia w ,,proletariackim” państwie i harmonijnym współistnieniu narodów w jego granicach. Przeciwstawiając idealistyczne wizje komunizmu powszechnej na zachodniej Białorusi nędzy, nierównościom społecznym, braku perspektyw na rozwój i brutalnej polityce polonizacyjnej – Białorusini coraz częściej nie tylko angażowali się w ruch komunistyczny w graniach II Rzeczpospolitej, ale także decydowali się na emigrację w Sowiety. Taką decyzję podjęli między innymi Symon Rak-Michajłauski, Arkadź Smolicz, Pałuta Badunowa czy Branisłau Taraszkiewicz. Białoruski ruch narodowy – rozbity i osłabiony przez funkcjonowanie w ramach dwóch organizmów państwowych – zaczął nawoływać do zjednoczenia całej Białorusi w ramach Związku Sowieckiego.
Dążenie to było zupełnie naturalne dla nowoczesnego ruchu narodowego – podobnie jak sam sentyment wobec państwa, w którym Białorusini cieszyli się większą autonomią i nie byli, przynajmniej na pierwszy rzut oka, traktowani jak obywatele ,,drugiej kategorii”. O tym, jak daleki od prawdy był jednak wyidealizowany obraz życia w ZSRR oraz w jak instrumentalny sposób Sowieci traktowali białoruski ruch narodowy, emigranci mieli przekonać się zaledwie po kilku latach spędzonych w komunistycznej ,,ziemi obiecanej”. Najdobitniej świadczy o tym fakt, iż wszyscy wymienieni wyżej działacze, którzy w latach 20. zdecydowali się na przeprowadzkę za kordon ryski – w latach 1937 – 1938 zmarli w więzieniach i miejscach masowych egzekucji…

Tragizm losu Białorusinów jak w soczewce skupił się w życiorysie Bronisłaua Taraszkiewicza. Językoznawca, na początku lat 20. uznawany za polonofila i miłośnika Józefa Piłsudskiego, wstąpił do Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi po niepowodzeniu legalnej, parlamentarnej walki o autonomię językową i poszanowanie praw ludności białoruskiej. Za działalność w Włościańsko-Robotniczej Hromadzie polski sąd skazał go na 12 lat więzienia, jednak po kilku latach został przekazany stronie sowieckiej w ramach wymiany więźniów. W ZSRR prowadził działalność naukową i patriotyczną... aż do aresztowania pod zarzutem szpiegostwa na rzecz Polski w 1937 roku. Według różnych przekazów, rok później został rozstrzelany przez NKWD – lub zmarł w wyniku tortur. Jego grobu nie odnaleziono.
Rozstrzelane odrodzenie
Pierwsze wydarzenia zwiastujące zmianę kursu ,,korienizacji” rozpoczęły się już w 1925 roku. Kierownictwo partii podjęło wówczas uchwałę stwierdzającą, iż zainicjowana przez Włodzimierza Lenina Nowa Polityka Ekonomiczna wprowadziła do gospodarki sowieckiej elementy kapitalizmu, doprowadzając zarazem do upowszechnienia się ,,ideologii burżuazyjnej” – przede wszystkim pod postacią ,,narodowego demokratyzmu”. W ten sposób zaczęto określać białoruską świadomość narodową, która zdołała nie tylko głęboko zakorzenić się w warstwie inteligencji, ale także wśród chłopów, a nawet znacznej części komunistycznej nomenklatury.
Jej wzmocnienie miało odciągać uwagę społeczeństwa od walki klas, zacierać przywódczą rolę proletariatu, a także… zagrażać mniejszościom narodowym (mimo że wcześniej w administracji i szkolnictwie BSRR obok białoruskiego mogły funkcjonować także języki rosyjski, jidysz i polski). Białoruskojęzyczne elity intelektualne ciężko było wprawdzie oskarżać o szlacheckie sentymenty – zamiast tego uznano je jednak za powiązane ze środowiskiem ,,kułaków” (zamożnych włościan). Tym terminem zaczęto zaś z czasem określać w ZSRR wszystkich chłopów opierających się kolektywizacji, posiadających nawet niewielki dobytek…
Sytuacja pogarszała się z roku na rok. W 1927 roku na zjeździe Komunistycznej Partii Białorusi członkowie opowiadających się za pielęgnowaniem kultury białoruskiej i zachowaniem narodowego oblicza republiki zostali określeni jako ,,szowiniści i kontrrewolucjoniści”. Za szczególnie podejrzanych uznano ponadto polityków białoruskich przybyłych z Polski, Czechosłowacji czy Litwy. Po pewnym czasie podjęto decyzję o wykluczeniu z partii członków o inklinacjach ,,narodowo-demokratycznych” (a zatem wszystkich zadeklarowanych białoruskich patriotów) i zastąpieniu ich komunistami z Rosji i Ukrainy. Rozpoczęto kampanię nienawiści wymierzoną w Białoruską Akademię Nauk, szykanami i groźbami zmuszając jej pracowników do ustąpienia ze stanowisk. W 1930 ,,narodowych demokratów” – zwłaszcza emigrantów z II Rzeczpospolitej – oskarżono o… szpiegostwo na rzecz Polski. A byli to przecież ludzie, którzy władze polskie uznali wcześniej za głównego wroga narodu białoruskiego…
W tym samym roku władze komunistyczne przystąpiły do jednej z najbardziej znamiennych prowokacji w dziejach białoruskiej polityki. Sfingowały sprawę nieistniejącego nigdy antysowieckiego Związku Wyzwolenia Białorusi, zyskując dzięki temu pretekst do masowych aresztowań organizatorów białoruskiego życia politycznego, kulturalnego i naukowego. Pracownicy akademiccy, historycy, literaci, wydawcy, nauczyciele – okazali się nagle agentami i kontrrewolucjonistami, dążącymi rzekomo do oderwania Białorusi od ZSRR…
Wiele ofiar prowokacji znalazło się w więzieniach. Niektórzy, nie wytrzymując psychicznej presji, odebrali sobie życie. Początkowo represje ogarnęły Mińsk; z czasem jednak rozlały się na prowincję, gdzie nawet posiadanie książki o historii Białorusi mogło stać się powodem do aresztowania i oskarżenia o hołdowanie ideologii burżuazyjnej. Bez znaczenia pozostawał fakt, że książki te tworzyli kilka lat wcześniej naukowcy akceptowani przez władze i ściśle z nimi powiązani oraz to, że do niedawna były one częścią szkolonego kanonu… Co interesujące, niemalże w tym samym okresie ,,wykryto” w Charkowie Związek Wyzwolenia Ukrainy, rozpoczynając analogiczną walkę przeciwko inteligencji ukraińskiej. Oznaczało to definitywny koniec polityki ,,korienizacji” w niemal całym Związku Sowieckim.
Od początku lat 30. język białoruski zaczęto rugować z administracji państwowej na rzecz rosyjskiego. Systematycznie zmniejszano także liczbę szkół z wykładowym językiem białoruskim. W 1933 podjęto z kolei starania na rzecz oczyszczenia białoruszczyzny z ,,burżuazyjnych wulgaryzmów”. Oznaczało to nowe ustandaryzowanie zasad gramatycznych i pisowni języka białoruskiego, w taki sposób, by stały się bardziej zbliżona do języka rosyjskiego – a także zastępowanie ,,zbędnych” pojęć białoruskich rusycyzmami.

Nagłówek pisma ,,Sowiecka Białoruś". Obecnie istnieją dwa warianty zapisu języka białoruskiego alfabetem cyrylicznym – taraszkiewica z 1918 oraz ,,urzędowa" wersja z 1933, nazywana pogardliwie narkamauką (od narkamat – narodnyj kamisariat, bowiem w jej tworzeniu brali udział partyjni komisarze, nie językoznawcy). Użycie taraszkiewicy (nazywanej przez zwolenników ,,wariantem klasycznym") jest odbierane jako manifestacja sprzeciwu wobec rusyfikacji; dziś posługuje się nią głównie opozycja i Kościół Katolicki na Białorusi.
Presja rusyfikacyjna postępowała równolegle z dokonywaną brutalnymi metodami kolektywizacją, która w praktyce sprowadzała chłopów do sytuacji sprzed carskiej reformy uwłaszczeniowej z 1861 roku… Wszystko to prowadziło do zastraszenia i przejęcia całkowitej kontroli władz nad białoruskim społeczeństwem. Białoruski, przez krótką chwilę funkcjonujący jako język elity, znów został zepchnięty do roli języka wsi. Wsi nędznej, głodnej, złamanej kolektywizacją, deportacjami i terrorem…
Sytuacja w miastach stawała się nie mniej dramatyczna. Związek Sowiecki wchodził bowiem w jeden z najstraszniejszych okresów w całej swej niechlubnej historii – czasy ,,jeżowszczyzny”. Swoje miano zyskały od nazwiska Ludowego Komisarza Spraw Wewnętrznych, Nikołaja Jeżowa. Nie bez przyczyny, wszakże to właśnie kontrolowane przez niego NKWD stało się swoistym organizatorem całego życia społecznego w państwie. Przerodziło się ono w spiralę niekończących się represji, obejmujących niemalże wszystkie grupy społeczeństwa. Od wewnętrznych przeciwników w łonie partii, armii i samego NKWD, poprzez inteligencję, aż po niewinnych chłopów i wszystkich przedstawicieli ,,niedostatecznie lojalnych” narodowości – żaden obywatel sowiecki nie mógł być pewien, czy dożyje kolejnego dnia, czy nie grozi mu śmierć przez rozstrzelenie lub powolne konanie w piekle łagrów i katowni. Za pretekst do aresztowania i uznania za ,,wroga ludu” wystarczył jeden donos, a decyzje wszechwładnych funkcjonariuszy zastępowały procesy i wyroki sądowe.
Lata 1937 – 1938 wyznaczają apogeum trzech niezwykle krwawych wydarzeń – Wielkiej Czystki, operacji narodowościowych NKWD (w tym największej spośród nich ,,operacji polskiej”) oraz ludobójstwa na elitach intelektualnych ,,narodów sowieckich”. Niemal całkowitej eksterminacji poddano wówczas inteligencję białoruską. Zarzuty o szpiegostwo na rzecz Polski i przynależność do nieistniejącego Związku Wyzwolenia Białorusi postawiono członkom partii przejawiającym jakiekolwiek ,,nacjonalistyczne” inklinacje, wykładowcom Uniwersytetu Państwowego w Mińsku, pracownikom teatru, opery i filharmonii. Grupą poddaną szczególnemu terrorowi stali się literaci – a zatem środowisko najistotniejsze dla krzewienia języka białoruskiego. Białoruskojęzyczny pisarz lub poeta w latach 30. XX wieku był w ZSRR jednostką skazaną na zagładę i zapomnienie.
Jedną z najtragiczniejszych dat w historii Białorusi okazała się noc z 29 na 30 października 1937 roku, nazywana ,,czarną nocą” lub ,,nocą rozstrzelanych poetów”. Nieprzypadkowe i w pełni uzasadnione są skojarzenia z ,,nocą kryształową”, którą władze III Rzeszy zgotowały niemieckim Żydom. Pamięć tej pierwszej pozostaje jednakże niemal zerowa w świadomości społeczeństw zachodnich, a i na samej Białorusi stanowi temat tabu. W ciągu tej jednej nocy życie straciło 130 osób – niemal wszyscy przedstawiciele białoruskiego życia literackiego, kwiat narodu, jego najbardziej świadoma część; ci, którzy swoją twórczości budzili naród do życia. Uprzednio ich dzieła spalono na dziedzińcu mińskiego więzienia NKWD. Jednocześnie w całym kraju wycofywano z bibliotek białoruskie książki. Po egzekucji – zrobiono wszystko, by wymazać ich nazwiska z powszechnej pamięci. Drugi taki pogrom nie był już potrzebny, bowiem podczas ,,czarnej nocy” środowisko białoruskich literatów w zasadzie przestało istnieć. Epokę stalinowską przeżyło zaledwie 20 białoruskich pisarzy, pozbawionych możliwości swobodnego tworzenia dzieł w języku ojczystym.

Większość poetów zabitych w nocy z 29 na 30 października 1937 stanowili literaci białoruskojęzyczni, jednak znajdowało się wśród nich także twórcy piszący w języku jidysz. Na zdjęciu Mojsze Kulbak (1896 – 1937), pisarz żydowski, przez swoje powiązania z Wilnem uznany za polskiego agenta.
Określenia ,,rozstrzelane odrodzenie” zwykle używa się w kontekście pokolenia ukraińskich działaczy z lat 20. i 30., niemniej byłoby ono całkowicie adekwatne także w odniesieniu do ich białoruskich rówieśników. Obydwa narody, na przełomie XIX i XX wieku tworzące swą nowoczesną tożsamość, znalazły się pod sowieckim jarzmem po nieudanych próbach powołania do życia własnej państwowości. Obydwa przeżyły krótki renesans w okresie ,,korienizacji”, zakończony dramatycznymi represjami w czasach Wielkiego Terroru. Obydwa przeszły następnie przez proces głębokiej i brutalnej rusyfikacji, który zdusił i zahamował wysiłki narodowej inteligencji, znajdującej się właśnie w swym rozkwicie…
Drugim symbolem sowieckiego terroru na Białorusi stały się Kuropaty – leśne uroczysko pod Mińskiem. Ich niewinna nazwa – zaczerpnięta od ludowego określenia białych kwiatów porastających las – zupełnie nie oddaje bezmiaru tragedii, która rozegrała się na tych spokojnych, podmiejskich terenach. W latach 1937 – 1941 stały się one miejscem kaźni, według różnych szacunków, od 100 000 do ponad 250 000 ofiar. Byli wśród nich chłopi z Mińszczyzny, organizatorzy białoruskiego życia naukowego i kulturalnego, duchowni prawosławni i katoliccy, więźniowie z całego kraju, osoby polskiego pochodzenia eksterminowane po likwidacji Dzierżeńszczyzny i ofiary z tak zwanej ,,białoruskiej listy katyńskiej” (do dziś nieodtajnionej), a także tysiące niewinnych ludzi z jakichkolwiek, choćby najbardziej błahych przyczyn oskarżonych o dywersję i wrogość wobec ,,proletariackiej” władzy. Ofiary częstokroć porywano nocą z domów, przewożono ciężarówkami z kratami w oknach (,,czornymi woronami”) do lasu ogrodzonego drutem kolczastym i pilnowanego przez strażników z psami. Ludzi ostawiano rzędami, niekiedy zabijając dwie osoby jednym strzałem, a następnie wrzucano zwłoki do płytkich dołów. NKWD mordowało ludzi dniami i nocami, niemal bez przerwy, a na świeżym piasku i trawie świadkowie widzieli jeszcze ślady ich krwi. O traumatycznych wspomnieniach zmuszeni byli jednak milczeć przez długie lata.

Krzyże upamiętniające ofiary Kuropat znalazły się tam tylko dzięki oddolnym inicjatywom białoruskich obywateli. Choć okoliczna ludność i część inteligencji wiedziała o tym, że w Kuropatach ,,za Stalina rozstrzeliwano wrogów ludu”, aż do czasów pieriestrojki świadomość o mordach nie była na Białorusi powszechna. Władze dbały o zatarcie śladów, opróżniając część dołów i sadzając nowe drzewa. Wielkie cmentarzysko stało się najpierw miejscem wypoczynku na łonie natury, a następnie, na przełomie lat pięćdziesiąt i sześćdziesiątych, postanowiono zamienić je w obwodnicę, a obok wybudować osiedla mieszkalne. Odkopywane kości i czaszki zalewano asfaltem...
Anonimowymi mogiłami ofiar stalinizmu usiana jest niemal cała Białoruś. Kuropaty są jednak miejscem szczególnym – zarówno ze względu na ogromną skalę dokonanej w nich zbrodni, jak i przełom, którym dla późniejszego białoruskiego ruchu narodowego okazało się jej ujawnienie… To jednak historia znacznie późniejsza, bliższa już czasom współczesnym. Tymczasem okres Wielkiego Terroru poprzedzał kolejną ciemną kartę w dziejach Białorusi – II wojnę światową.
Pogoń… jak swastyka?
Sowiecki ,,cios w plecy” i atak na Polskę 17 września 1939 roku oprócz faktycznego upadku Rzeczpospolitej oznaczał także – pozorne co prawda – spełnienie pragnień wielu działaczy białoruskich doby międzywojnia. Doszło bowiem do zjednoczenia w jeden organizm dwóch podzielonych sztuczną granicą części kraju; cały naród białoruski znalazł się pod panowaniem Sowietów. Początkowo wzbudziło to entuzjazm niemałej części białoruskiego społeczeństwa – zarówno prostej ludności (jakkolwiek ta pozostawała zwykle bierna wobec przemian politycznych), jak i tych działaczy, którzy wciąż znajdowali się na terytorium II Rzeczpospolitej.

Do budowania nowej Białorusi pod auspicjami sowieckimi wzywał między innymi nestor ruchu narodowego Anton Łuckiewicz (1884 – 1942) – ten sam, który przed dwudziestoma laty szukał porozumienia z Piłsudskim i Paderewskim, tworzył zręby państwowości wrogiej bolszewikom i wspierał walczące z nimi oddziały Bułak-Bałachowicza. Bolesne doświadczenie dyskryminacyjnych rządów polskich skłoniły go – jak wielu ,,polonofilskich" działaczy białoruskich – do zmiany orientacji politycznej. Nadzieje na wyzwolenie przez Sowietów były jednak płonne – Łuckiewicza jako nacjonalistę i autora szkalujących Stalina artykułów aresztowano po niespełna dwóch tygodniach i zesłano do łagru. Nigdy nie wrócił z zesłania...
W istocie Białorusini zza ,,polskiego kordonu”, zupełnie nieświadomi piekła, które w ostatnich latach przed wojną rozgrywało się w Związku Sowieckim, szybko mieli zatęsknić za znienawidzoną władzą polską. Konfrontując swoje marzenia o egalitarnym, komunistycznym raju z rzeczywistością, przeżyli taki sam szok, jakiego kilka lat wcześniej doświadczyli emigrujący w Sowiety działacze – spotęgowany dodatkowo okrucieństwem wojny. Dyskryminacja na tle narodowościowym i nędza kresowej wsi nie dorównywały w swoim okropieństwie realiom życia w totalitarnym państwie, w którym mordy i deportacje stały się chlebem powszednim. Zesłani do łagrów białoruscy ,,kułacy” mieli mówić, że gotowi byliby prosto z Syberii udać się piechotą pod polskie panowanie – co nie świadczy bynajmniej o zaletach życia pod władzą sanacji, a o niemożności normalnego życia pod władzą Stalina.

Więźniowie w łagrze, lata 40. XX wieku. Trauma Sybiru łączy Polaków z innymi narodami zniewolonymi przez Związek Sowiecki.
II wojna światowa, w przeciwieństwie do I, nie okazała się w dziejach narodu białoruskiego irredentą – a raczej krwawą hekatombą. Po ataku Niemiec na ZSRR Białoruś stała się krajem okupowanym (co wiązało się z kolejną falą represji i eksterminacji resztek inteligencji), a jednocześnie polem wojny totalnej, partyzanckiej. Etos ,,kraju partyzantów” był w późniejszych latach pielęgnowany przez sowiecką władzę i stał się swoistym mitem założycielskim nowej Białorusi. Dla ludności cywilnej nieustanne walki niemiecko-sowieckie, polsko-niemieckie i sowiecko-polskie oznaczały jednak przede wszystkim spaloną ziemię, głód, pacyfikacje wiosek i akcje odwetowe, gwałty, rabunki, egzekucję, bezbronność wobec przemocy ze strony ,,obcych” i ,,swoich”. Przy czym w przypadku Białorusinów określenie, kto tak naprawdę jest ich reprezentantem, było niemal równie trudne, co przetrwanie wojennej gehenny…

Niemieccy okupanci dopuszczali się niewyobrażalnych zbrodni na białoruskiej ludności cywilnej, szczególnie zaś na mieszkańcach wsi podejrzewanych (słusznie lub nie) o współpracę z partyzantką komunistyczną.Podczas niemiecko-sowieckiej wojny totalnej Białoruś stała się niemal jednym wielkim pogorzeliskiem. Symbolem ludobójczej polityki najeźdźców stał się los wsi Chatyń, której ponad 150 mieszkańców zostało spalonych żywcem 22 marca 1943 roku. Po latach władze sowieckie wykorzystywały fonetyczne podobieństwo nazw Chatyń i Katyń, aby przyćmić pamięć o własnych mordach i uwiarygodnić przekazy, jakoby były one dokonane przez nazistów.
Wojenna trauma radykalnie odmieniła oblicze kraju i na długie lata zdeterminowała tożsamość Białorusinów. Mit ,,wielkiej wojny ojczyźnianej” ma ogromne znaczenie dla wszystkich narodów Związku Sowieckiego, niemniej Białorusini – mieszkańcy kraju przemienionego w wielkie pole bitewne – nawet wśród nich są grupą szczególną. ZSRR zwykło się określać jako kraj, który poniósł największe straty w okresie II wojny światowej – i znaczną część cywilnych ofiar konfliktu stanowili właśnie Białorusini. Niebędący samodzielną stroną wojny, pozbawieni własnych struktur państwowych, zepchnięci na margines historii, a tak tragicznie nią doświadczeni…
Wojna przyniosła śmierć 25% ludności republiki (ponad dwa miliony ludzi), niemal całkowitą zagładę tak licznej na Białorusi społeczności żydowskiej, masowe deportacje ludności, dewastację wsi i miast, spośród których wiele zbudowano niemal od nowa.

O niemieckich zbrodniach na Białorusi opowiada znany film Idź i patrz (org. Иди и смотри) z 1985 roku, uznawany przez wielu za jeden z najdrastyczniejszych i najbardziej naturalistycznych obrazów II wojny światowej w kinematografii.
Władze, wznoszące socrealistyczne bloki na gruzach starej zabudowy, postanowiły uczynić to samo z tożsamością narodu. Nowa Białoruś miała być krajem pozbawionym przeszłości, oprócz tej najnowszej, wojenno-partyzanckiej; wzorem proletariackiego państwa, stworzonego dzięki socjalizmowi i istniejącemu tylko dla dobra socjalizmu. Nowy Białorusin miał być człowiekiem sowieckim, trybkiem ogromnej machiny państwowej, a nie jednostką głęboko zakorzenioną w rodzimej historii i kulturze.

Porządkowanie gruzów na ulicy Franciszkańskiej w Mińsku, lato 1944. Powojenne obrazy wielu miast białoruskich mogą przypominać Polakom dzieje Warszawy. Białoruska stolica, podobnie jak polska, została zniszczona w ponad 80%. Przy jej odbudowie nie przykładano jednak szczególnej wagi do zachowania historycznego krajobrazu – dzisiejszy Mińsk jest już innym miastem...
Naród niemal pozbawiony własnych elit, żyjący przez kilka lat w warunkach niewyobrażalnego terroru Sowietów i nazistów, zmuszony koncentrować się przede wszystkim na biologicznym przetrwaniu – zdawał się idealnym materiałem dla tego eksperymentu. Tym bardziej, że Białorusinom wojna odebrała nie tylko własną aktywną politycznie i świadomą narodowo inteligencję, ale także… całą narodową symbolikę.
Zmiany zachodzące w warstwie psychologii i propagandy okazały się dla przetrwania języka białoruskiego i całej białoruskiej idei narodowej nie mniej znamienne, niż trauma represji i biologiczne oraz materialne straty. Po II wojnie światowej tradycyjna białoruska symbolika, wraz z biało-czerwono-białą flagą, herbem z Pogonią, słynnym zawołaniem ,,Żywie Biełaruś!”, pieśniami, tradycjami ruchu odrodzeniowego i samym narodowym językiem, została zdyskredytowana jako… przejaw ideologii faszystowskiej. Jak mogło dojść do tak drastycznego wypaczenia tego, co stanowi trzon świadomości każdego narodu?

,,A wot jak nie lubić heta pole, i bor/ I zialony sadok, i krykliwuju huś!/ A szto czasam tut straszna zajencza wichor/ – Heta jenk, heta kryk, szto żywie Biełaruś" – w ten sposób kończył się jeden z najsłynniejszych utworów poety Janki Kupały (1882 – 1942), napisany na początku XX wieku. A jednak zaczerpnięte z niego motto, związane przecież z pierwszym białoruskim odrodzeniem narodowym, utożsamiono później z nazistowskimi kolaborantami...
Historia Białorusinów w okresie II wojny światowej wiąże się ze zjawiskiem wspólnym dla niemal wszystkich narodów, które doświadczyły przed 1941 rokiem sowieckich ,,dobrodziejstw” – próbą podjęcia dialogu z Niemcami. Desperacja czy polityczna kalkulacja, nieświadomość i naiwność czy wybór mniejszego zła – w różny sposób oceniano i ocenia się przejawy kolaboracji Ukraińców, Białorusinów czy Bałtów z nowym okupantem. Pewne są jednak dwie rzeczy. Po pierwsze, za trudnymi dziś niekiedy do zrozumienia decyzjami stało doświadczenie niewyobrażalnego terroru, które musiało zmienić percepcję zniewolonych społeczeństw. Nie sposób zatem porównywać ich kolaboracji z kolaboracją Norwegów, Holendrów czy nawet Francuzów, podejmowaną z zupełnie innych pobudek. Z drugiej zaś strony, ,,narody sowieckie” znalazły się między przysłowiowym młotem a kowadłem, bowiem Niemcy dawną doktrynę Mitteleuropy zamienili na dążenie do zdobycia Labensraum (,,przestrzeni życiowej dla rasy panów”) i nie były zainteresowane powoływaniem nowych państw w Europie Środkowo-Wschodniej. Jej mieszkańców (może poza Finami i Estończykami) nie sytuowali także wysoko w rasowej hierarchii, a wobec wschodnich Słowian odczuwali niepohamowaną pogardę…
Z tego powodu wszystkie próby wskrzeszenia Białorusi w oparciu o nazistowskie Niemcy były skazane na niepowodzenie. Hitlerowska ideologia nie znajdowała także poparcia w masach białoruskiego ludu (z reguły nieufnego wobec jakichkolwiek ideologii). Jakkolwiek tematyka Zagłady Żydów na Białorusi, przez lata tabuizowana, pozostaje wciąż kwestią wymagającą pogłębionych badań i wywołującą wiele sprzecznych opinii – nie można uznać Białorusinów en masse za naród szczególnie podatny na hasła antysemickie. Przed wybuchem wojny nie dochodziło na Białorusi do wielu wystąpień przeciwko tak licznej na tych ziemiach ludności żydowskiej, a i pod niemiecką okupacją idea ,,rasowego" oczyszczenia Białorusi nie pochłonęła ogółu społeczeństwa. Jednocześnie 680 Białorusinów zostało uhonorowanych odznaczeniem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata – a liczba ta, oczywiście, nie uwzględnia wszystkich osób zaangażowanych w ratowanie Żydów. O skali zjawiska świadczy fakt, iż oddziały żydowskich partyzantów (często rekrutujących się spośród uciekinierów z gett) mogły funkcjonować w dużej mierze dzięki pomocy lokalnej ludności wiejskiej. Nastroje kolaboranckie w zarodku tłumiła ponadto polityka samych najeźdźców, w straszliwy sposób eksploatujących i prześladujących ludność cywilną.

Żydowcy partyzanci walczący na Białorusi. W łonie białoruskiego społeczeństwa – jak niemal każdego innego społeczeństwa okupowanej Europy – znajdowały się grupy partycypujące w Zagładzie Żydów jako członkowie lokalnej policji pomocniczej, uczestnicy mniej lub bardziej spontanicznych akcji pogromowych, czy zwyczajni zdrajcy, którzy w imię korzyści materialnych wydawali swoich sąsiadów i znajomych. Nie było to jednak zjawisko masowe i występowało równolegle z postawami pomocy Żydom, mimo że – podobnie jak w Polsce – karano je śmiercią. Większość pogromów na Białorusi została dokonana rękoma kolaboranckich formacji litewskich i łotewskich.
Wśród polityków białoruskich istniały jednak jednostki (takie jak Radasłau Astrouski, Fabian Akinczyc czy Iwan Jermaczenka), które postanowiły oprzeć swoje aspiracje państwowotwórcze na Niemczech. Czynili to z reguły nie przez germanofilskie czy tym bardziej antysemickie poglądy, a przez pamięć dyskryminacji Białorusinów pod rządami polskimi i terroru sowieckiego. Ugoda z Niemcami zdawała się im jedyną szansą na zmniejszenie skali prześladowań i ocalenie własnego narodu, a sama III Rzesza – ostatnią siłą zdolną wskrzesić niepodległą Białoruś. Niektórzy z działaczy narodowych postanowili zatem przedstawić Niemcom swoje zasługi i zachęcać rodaków do ubiegania się o stanowiska w administracji okupacyjnej, początkowo opieranej głównie na elemencie polskim.

Radosłau Astrouski (1887 – 1976) przemawiający na zorganizowanym przez Niemców wiecu. Astrouski przed wojną był oskarżany najpierw o zbyt bliską współpracę z rządem polskim, a później – sowieckim. Po 1941 stał się jednym z liderów osłabionego wcześniejszymi represjami ruchu białoruskiego. Powoływane m.in. z jego inicjatywy organizacje i instytucje kolaboranckie pośredniczyły w relacjach z lokalną ludnością, i niekiedy chroniły ją przed represjami. Z drugiej strony, ruch narodowy nigdy nie mógł liczyć na silne poparcie w dużej mierze chłopskiego i apatycznego społeczeństwa.
Czasem za pozorną uległością wobec okupanta stały ponadto szersze polityczne koncepcje, takie jak wizja Wacłaua Iwanouskiego. Ten wybitny działacz, aktywny politycznie już w epoce Imperium Rosyjskiego – bodaj jedyny z ojców narodu nieunicestwiony przez Sowietów – nawoływał do tworzenia białoruskich formacji militarnych pod auspicjami niemieckimi, utrzymując jednocześnie ożywione kontakty z polskim podziemiem. Nazistów traktował instrumentalnie – wierzył, że aktywność militarna i polityczna przygotuje naród do późniejszej walki o niepodległość, a pokojowe relacje ze stroną niemiecką umożliwią biologiczne i materialne przetrwanie narodu. W takich warunkach możliwe stałoby się podjęcie dialogu z Polakami. W swoich dalekosiężnych planach Iwanouski tworzył koncepcje federacji polsko-białoruskiej – odrzucone jednak przez polskie podziemie, dążące do utrzymania politycznego i terytorialnego status quo na Kresach Wschodnich.
Niemcy początkowo nie zamierzali wspierać odśrodkowych dążeń małego, słowiańskiego narodu. Po pewnym czasie Wilhelm Kube – gauleiter Okręgu Generalnego „Białoruś” – postanowił jednak posłużyć się białoruskimi aspiracjami jako przeciwwagą dla rosyjskiego komunizmu. Jego przychylne wobec Białorusinów odezwy nie zmieniały ani represyjnego charakteru okupacji, ani postawy szerokich mas społeczeństwa – jednak wzbudzały nadzieje części białoruskich nacjonalistów. W grze z Niemcami byli oni na z góry straconej pozycji; Kube pragnął jedynie cynicznie wykorzystać powstające białoruskie organizacje narodowe dla realizacji militarnych interesów Rzeszy.
Choć kolaboracja nie wynikała z fascynacji nazizmem, a Białorusini nie stali się częścią ludobójczej machiny hitlerowskich Niemiec – stała się faktem, który pozwolił komunistom na całkowite zszarganie etosu białoruskiego ruchu narodowego, obarczenie go piętnem faszyzmu i zdrady. Politykę walki z białoruską ideą narodową przypieczętowała specjalna uchwała z lutego 1945 roku ,,O reedukacji społeczeństwa w duchu radzieckiego patriotyzmu i nienawiści do okupantów niemieckich”. Ten, kto w okresie powojennym odwoływałby się do jakichkolwiek elementów białoruskiej kultury spoza oficjalnego, sowieckiego kanonu – ściągał na siebie najbardziej hańbiące zarzuty…

Biało-czerwono-biała flaga Białorusi oraz godło z Pogonią nawiązują swoją symboliką jeszcze do Wielkiego Księstwa Litewskiego. Przyjęła je w 1918 roku także Białoruska Republika Ludowa. Mimo to, komunistyczna propaganda uczyniła z nich li tylko symbol kolaborantów...
Mowa kołchoźników…
Po II wojnie światowej władze sowieckie mogły przystąpić do ostatecznego scalenia Białorusi Wschodniej i Zachodniej, a wreszcie – unifikacji BSRR z resztą państwa. Jej podstawowym narzędziem stawał się język. Rosyjski, wspólny dla wszystkich ,,ludzi sowieckich”, miał zastąpić ,,burżuazyjno-nacjonalistyczną” białoruszczyznę (jakkolwiek groteskowo nie brzmi to określenie wobec charakteru kultury białoruskiej).
Początkowo komuniści nie mogli sobie pozwolić wprawdzie na całkowite, ustawowe wyrugowanie języka białoruskiego. W okresie rządów Wilhelma Kubego mieszkańcy okupowanego kraju mogli bowiem swobodnie posługiwać się swoim językiem. Sytuacja, w której ustanowiona na powrót władza sowiecka wprowadziłaby bardziej restrykcyjną politykę językową niż nazistowski najeźdźca, zakrawałaby na zbyt jaskrawy paradoks. W pierwszych latach powojennych 96% tytułów literackich i prasowych ukazywało się zatem po białorusku, a na język ten przełożono wszystkie dzieła Stalina. Praktyka sowietyzacji w narodowych barwach mogła przywodzić na myśl ,,korienizację” z lat 20. – i okazała się procesem jeszcze bardziej efemerycznym. Już w 1955 roku, gdy pamięć okupacji niemieckiej stawała się mniej żywa, odsetek 96 tytułów spadł do 20…
Ciężki do rozwiązania okazał się także problem białoruskojęzycznej oświaty. Inteligencja białoruska poniosła w okresie Wielkiego Terroru i podczas wojny tak wielkie straty, że nie sposób było zapewnić wszystkim szkołom w republice białoruskojęzycznej kadry nauczycielskiej. Jednocześnie najmłodsze pokolenie uznawano za przesiąknięte ideami nacjonalistycznymi i wymagające szczególnie głębokiej reedukacji. Tę zaś musieli przeprowadzić aktywiści Komsomołu – głównie Rosjanie, nieznający miejscowej kultury i języka.
Problem rusyfikacji kadr i migracji ludności rosyjskojęzycznej dotyczył zresztą nie tylko szkolnictwa. Z BSRR deportowano prawie milion osób – nie tylko pod pretekstem ,,repatriacji” ludności polskiej, ale także pozbycia się jednostek niepewnych, podejrzewanych o kolaborację z okupantem niemieckim (tudzież, znacznie częściej, niedostateczną gorliwość wobec ,,proletariackiej ojczyzny”). Znaczną część przesiedleńców stanowili białoruskojęzyczni mieszkańcy miast i miasteczek, przedstawiciele drobnej inteligencji. Zastąpić mieli ich przybysze z innych regionów Związku Sowieckiego, zwłaszcza Rosji. To nimi została obsadzona większość stanowisk urzędniczych, placówki kulturalne, a także kierownictwo partii.
Naturalnie, niemożliwe było zaludnienie ośrodków miejskich wyłącznie Rosjanami. Masowo migrowała do nich także białoruska ludność wiejska. W szkołach i na uniwersytetach, w urzędach i miejscach pracy – stykała się one jednak z językiem rosyjskim, który przemieniał się w swoiste lingua franca Związku Sowieckiego, wspólne dla jego mieszkańców niezależnie od ich narodowości. Rosyjski stawał się jednocześnie charakterystyczny dla ludzi piastujących wysokie stanowiska. Rusyfikacja – przynajmniej ta językowa – ponownie jak w czasach carskich stawała się zatem synonimem awansu społecznego. Osiedlający się w mieście Białorusin musiał przejść co najmniej na dwujęzyczność. Pozbawiony kontaktu z ojczystym językiem, z czasem jednak często zapominał go lub nawet… zaczynał się go wstydzić, jako przejawu wiejskiego pochodzenia. Wypchnięty z miast język białoruski zyskiwał deprecjonujący status ,,języka kołchoźników”, niezrozumiałego dla mieszkańców miast przybyłych z innych republik, a swoich użytkowników narażającego na śmieszność i pogardę.
,,Im szybciej nauczymy się rosyjskiego, tym szybciej dojdziemy do komunizmu” – w ten sposób Nikita Chruszczow wzywał mieszkańców republik sowieckich do przyswojenia języka tej, która stanowiła wśród nich ,,pierwszą wśród równych”. Podobny duch przyświecał uczestnikom konferencji w Taszkiencie w 1956, podczas której zdecydowano, iż język rosyjski powinien się stać drugim językiem ojczystym dla wszystkich narodów radzieckich oraz ,,elementem wzbogacania leksyki języków mieszanych” (co oznaczało często wypaczenie ich rdzennych cech).

Nikita Chruszczow (1894 – 1971) wychował się na Donbasie – obszarze, na którym w mikroskali przeprowadzono eksperyment stworzenia niemal od podstaw narodu rosyjskojęzycznych ,,ludzi sowieckich". Podobny projekt zapoczątkowano podczas jego rządów na Białorusi.
Formalnie nie zakazywano nauki ani użycia języka białoruskiego – ale to rosyjski był językiem oficjalnie propagowanym i krzewionym przez sowiecką oświatę i kulturę. Stopniowo rusyfikowano wszystkie szczeble szkolnictwa, począwszy od wyższego. Choć białoruskie ośrodki akademickie miały w okresie sowieckim dużą renomę, zasadniczym celem ich istnienia było formowanie nowych pokoleń ,,budowniczych komunizmu”, a nie świadomych narodowo Białorusinów. Wspierano głównie rozwój kierunków ścisłych – matematyki, fizyki, chemii – istotnych dla sowieckiej gospodarki, a jednocześnie wolnych od ideologicznych zagrożeń. Białoruszyczyznę uznawano (zupełnie niesłusznie) za pozbawioną odpowiedniej terminologii i zwyczaje nieprzystającą do ,,poważnych” nauk. Z kolei humanistyka stanowiła przede wszystkim wykładnię oficjalnej ideologii, która powinna odbywać się we wspólnym dla wszystkich obywateli języku rosyjskim.
Przywódcy BSRR – Kirył Mazarau (sprawujący funkcję sekretarza w latach 1956 – 1965) i Piotr Maszerau (1965 – 1980) – w przeciwieństwie do patriotycznie usposobionych przywódców republik bałtyckich, ulegali naciskom Moskwy i wspierali politykę rusyfikacji. Język białoruski uznano w szkołach za przedmiot, którego wykładanie powinno być uzależnione od woli uczniów i rodziców – co w sytuacji upadku jego prestiżu niemal przesądzało o wyrugowaniu go z zajęć. W okresie sowieckim język białoruski pozostawał zatem w powszechnym użyciu jedynie na obszarach wiejskich; funkcjonował na niektórych instytutach pedagogicznych czy niższych szczeblach wiejskiego i małomiasteczkowego szkolnictwa. Wciąż pozostawał jednak na marginesie życia publicznego.

Piotr Maszerau (1918 – 1980) partycypował w rusyfikacji swojego kraju, jednocześnie znacząco wpływając na jego modernizację i poprawę sytuacji gospodarczej. Cieszył się pozytywnym wizerunkiem, a długa epoka jego rządów zapisała się w historii Białorusi jako okres stabiliacji i względnego dobrobytu. Senyment, z jakim starsze pokolenie wspomina ,,sympatycznego" sekretarza, można porównać do tego, z jakim niekiedy mówi się w Polsce o Edwardzie Gierku. Ze względu na dobry odbiór rządów Maszeraua, ruchy opozycyjne rozwinęły się na Białorusi stosunkowo późno. Z kolei podczas kryzysu gospodarczego wczesnych lat 90., wiele osób z nostalgią wspominało konsumpcję i spokój ,,złotych czasów" ZSRR...
Co zaskakujące, czasy powojenne okazały się płodne dla białoruskiej literatury pięknej. Teza o wegetacji białoruszczyzny w latach 1945 – 1991 byłaby zatem zdecydowanym nadużyciem. Swoje dzieła tworzyli wówczas tacy klasycy, jak Wasil Bykau, Uładzimir Karatkiewicz, Makim Tank czy Janka Bryla. Postalinowska odwilż odrobinę złagodziła stawiane artystom wymogi ideologiczne i pozwoliła na wprowadzenie do białoruskiej literatury tematyki innej niż socrealistyczna. Utwory wspomnianych pisarzy przesiąknięte były duchem narodowym, a ponadto prezentowały niezwykle wysoki poziom literacki (niektórzy z nich, tacy jak Bykau, zyskali nawet uznanie za granicami ZSRR).

Wasil Bykau (1924 – 2003) był kandydatem do literackiej Nagrody Nobla. Choć w jego twórczości często przewijał się motyw Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, jej obrazowanie było dalekie od socralistycznego patosu i idealizacji. Dla Bykaua ważniejsze były aspekty humanistyczne i humanitarne, kondycja ludzkiej psychiki i wartości moralnych. Sam pisarz przyjął postawę opozycyjną wobec władz, nie bał się krytykować nawet samego KGB, a w okresie pierestrojki stanął na czele komitetu badającego zbrodnie stalinowskie. Prześladowanie w kraju rządzonym przez Alaksandra Łukaszenkę zmusiły go do emigracji w latach 90.

Uładzimir Karatkiewicz (1930 – 1984) w swojej twórczości – niezwykle ważnej dla białoruskiej tożsamości narodowej – odnosił się nie tylko do motywów ludowych, ale także historycznych, i to spoza oficjalnego kanonu. Dziedzictwo Wielkiego Księstwa Litewskiego, Rzeczpospolitej Obojga Narodów, szlachty i powstania styczniowego (opisanego w słynnej powieści Kłosy pod sierpem twoim), związki Białorusi z kulturą europejską – ożywały dla Białorusinów dzięki jego utworom. Choć sam Karatkiewicz nie był komformistą, najpewniej miał swoich zwolenników w aparacie władzy, co umożliwiło mu uniknięcie represji i publikację wybitnych dzieł. Na jego powieściach i wierszach wyrosło nowe pokolenie świadomych narodowo Białorusinów, którzy w lat 80. pchnęli kraj na drogę przemian. We współczesnej Białorusi wiele z jego powieści jest urzędowo zakazanych...
Władze zachowywały do nich jednak ambiwalentny stosunek; nie wznowiono co prawda prześladowań na wzór tych z lat 30., jednakże patriotycznie usposobionych literatów nierzadko poddawano publicznym szykanom. Dodatkowo białoruskojęzyczna literatura, formalnie niezakazana, stanowiła zaledwie kilkanaście procent wydawnictw w BSRR. Prasa, kino, radio – pozostawały w przeważającej ilości rosyjskojęzyczne. Rozwój kultury wysokiej nie był jednak w stanie zahamować rusyfikacji życia publicznego, naukowego i politycznego, ani zatrzymać tendencji wynikających z urbanizacji i migracji ludności. Często młodzież białoruska poznawała utwory Bykaua czy Karatkiewicza… w rosyjskich tłumaczeniach.
…czy język dla ,,świadomych”?
Radykalna zmiana w postrzeganiu języka białoruskiego – a zarazem całym białoruskim życiu narodowym – miała przyjść w latach 80. Była ona zarazem zapowiedzią nadchodzących właśnie wielkich przemian politycznych i procesem ściśle z nimi skorelowanym…
U progu przedostatniej dekady XX wieku zdawać się mogło, że powiódł się eksperyment budowy nowego, całkowicie zsowietyzowanego narodu białoruskiego. Język ojczysty zepchnięto do roli kołchoźniczej gwary, elementy rodzimego folkloru traktowano jako drobny ornament dla uniwersalnej sowieckiej kultury, politykę historyczną ograniczono przede wszystkim do przedstawianych w propagandowy sposób dziejów II wojny światowej. Patriotyczni twórcy kultury i świadoma narodowo inteligencja istnieli, jednakże stanowili zaledwie garstkę społeczeństwa; ich głos zagłuszany był przez oficjalny, partyjny przekaz. A jednak właśnie wtedy miało dojść do wydarzeń, które zachwiały zaufaniem Białorusinów wobec sowieckiej władzy, przypomniały im o własnych korzeniach i martyrologii narodowej…
Pierwszym wstrząsem dla białoruskiego społeczeństwa okazała się katastrofa elektrowni w Czarnobylu w 1986 roku, która podważyła mit nieomylności władzy i jej troski o własnych obywateli. Trauma Czarnobyla niemal zbiegła się w czasie z rozpoczynaną przez Michaiła Gorbaczowa ,,pierestrojką” i polityką reform, które miały doprowadzić do stopniowego rozkładu ZSRR…
Początkowo oddziaływanie ,,pierestrojki” dużo silniejsze, niż na Białorusi, było w republikach nadbałtyckich, a nawet w samej Rosji. Apatia szerokich mas społeczeństwa w połączeniu z głęboką rusyfikacją kadr nie stwarzała pozytywnych warunków dla odrodzenia narodowego i proto-demokratycznych przemian. W 1986 roku białoruska inteligencja zaczęła powoli formować się w organizacjach opozycyjnych i wysnuwać postulaty białorutenizacji republiki, jednak lokalny aparat władzy przedstawiał ich dążenia jako zdradę państwa. Wobec tego opozycjoniści postanowili zwracać się ze swoimi prośbami bezpośrednio do władz moskiewskich. Te formalnie przychylały się do ich postulatów, jednak przysłana przez nie do Mińska specjalna komisja uznała, że językowi i kulturze białoruskiej w republice nic nie zagraża – w końcu tłumaczono na białoruski dzieła Lenina i Stalina…
Proces mobilizacji społeczeństwa postępował początkowo powoli, ale konsekwentnie. Młodzież szkolna i studencka masowo zrzeszała się w nieformalnych organizacjach (w 1987 roku należało do nich aż 60% mińskich studentów), a inteligencja miast i miasteczek korzystała z wolności słowa, powołując liczne kluby dyskusyjne.
Przełom nastąpił w 1988 – i to za sprawą ożywienia pamięci o wydarzeniach z, mogłoby się zdawać, dalekiej przeszłości. W kraju szerokim echem odbiła się wiadomość o ludzkich szczątkach, znalezionych w uroczysku Kuropaty… Grupy stołecznej inteligencji dzięki lokalnym przekazom były świadome tragedii, która w czasach stalinizmu rozegrała się w podmińskich lasach – i postanowiła wykorzystać zmieniający się klimat polityczny i gorbaczowowską ideę głasnosti (jawności) do przełamania wieloletniego tabu. Inżynier Jauhien Szymhalou i historyk-archeolog Zianon Pazniak opublikowali znamienny artykuł pod tytułem Kuropaty – droga śmierci – wprost rewolucyjny w dziejach nowego białoruskiego ruchu narodowego.
Jego przedruki zostały szybko rozpowszechnione zarówno w kraju, jak i za granicą. Ujawnienie informacji o masowych grobach w Kuropatach było dla Białorusinów psychologicznym wstrząsem, który ożywił pamięć pokoleniowych traum i sprzeciw wobec państwa sowieckiego. Społeczeństwo zaczęło żądać, by rząd zaprzestał milczenia o zbrodniach epoki stalinowskiej, zezwolił na ekshumacje i upamiętnienie ofiar; zażądało prawdy, do której nie miało prawa przez niemal całe ostatnie stulecie. Po raz pierwszy odbyły się wówczas publiczne obchody białoruskiego święta Dziadów, z okazji których zorganizowano masową manifestację upamiętniającą ofiary Kuropat. Demonstracyjne, patriotyczne obchodzenie tej listopadowej uroczystości o pogańskim rodowodzie stało się z czasem tradycją białoruskiej opozycji.

Obchody Dziadów, 2004 rok. Sprawa Kuropat – z tabuizowanej i niejasnej – stała się pod koniec lat 80. podstawą odrodzenia narodowego i aktywizacji społeczeństwa. Organizując manifestacje i pochody, stawiając krzyże, ikony i tabliczki – dało dowód swojego zjednoczenia, mobilizacji i szacunku do przeszłości. Niestety, próżno byłoby za to oczekiwać uczciwości i zaangażowania po stronie władz – oficjalna komisja szybko umorzyła śledztwo i nigdy do niego nie wróciła. Obecna polityka historyczna Białorusi znów milczy o zbrodniach w Kuropatach lub obciąża odpowiedzialnością nazistów. Cmentarz pada ofiarą częstych aktów wandalizmu (zapewne inspirowanych), których sprawcy z reguły nie ponoszą konsekwencji. Społeczeństwo obywatelskie nie ustaje jednak w staraniach o jego godne upamiętnienie.
Nagłośnienie zbrodni w Kuropatach zapoczątkowało epokę nowego białoruskiego odrodzenia narodowego – nie mniej doniosłego w skutkach, niż to z przełomu XIX i XX wieku. Jednocześnie jego inicjatorzy, działający na gruncie głęboko zsowietyzowanego kraju, stanęli przed równie karkołomnym zadaniem, co ich poprzednicy z epoki carskiej… Rozwój nowego ruchu patriotycznego był możliwy przede wszystkim dzięki dojściu do głosu nowego pokolenia, które nie doświadczyło na własnej skórze piekła stalinizmu, jednak dzięki polityce głasnosti zyskiwało świadomość zbrodni popełnionych na własnym narodzie. Trauma, która obarczyła poprzednie pokolenia lękiem o przetrwanie i zmusiła je do milczenia – dla młodych Białorusinów stała się czynnikiem mobilizującym do walki o własną godność, tożsamość i suwerenność, o wolność i poszanowanie praw człowieka.
Główny propagator pamięci o Kuropatach, Zianon Pazniak, szybko znalazł się na czele opozycji demokratycznej. Założony przez niego Białoruski Front Ludowy stał się pierwszą od dekad pierwszą białoruską organizacją o profilu narodowym, odwołującą się do dawnych białoruskich tradycji państwowych, nie-komunistycznej symboliki i dziedzictwa kulturowego, a przede wszystkim – do języka, jako podstawowego nośnika tożsamości narodowej. Nonkonformistyczne, radykalne tezy działaczy BFL nie miały precedensu w dotychczasowej historii Białorusi. Pazniak i jego współpracownicy, wbrew oficjalnej retoryce, poszukiwali korzeni Białorusi w historii Wielkiego Księstwa Litewskiego i Rzeczpospolitej Obojga Narodów, w dziejach powstania styczniowego i ruchów antycarskich, a następnie antybolszewickich. Za jedyne w XX wieku legalne i prawdziwe państwo białoruskie uznali unicestwioną Białoruską Republikę Ludową, zaś wszystkie następujące po niej formy państwowości sowieckiej – za zbrodniczą okupację. Były to tezy rewolucyjne, które wstrząsnęły białoruskim społeczeństwem – ale zarazem utorowały drogę do jego niepodległości. Działaczy BFL usiłowano oczerniać jako narodowych szowinistów, ideologicznych następców kolaborantów z okresu II wojny światowej. Zainicjowanego przez nich ruchu nie dało się już jednak zatrzymać…
Zianon Pazniak (ur. 1944) jako potomek ofiary białoruskiej listy katyńskiej jest ze sprawą Kuropat związany nie tylko naukowo, ale także osobiście. Dla Łukaszenki – jako ideologiczny adwersarz, a w dodatku konkurent w wyborach prezydenckich w 1994 roku – to persona non grata. Groźba aresztowania zmusiła Pazniaka do emigracji z kraju. Obecnie mieszka w Warszawie i wciąż udziela się politycznie, społecznie i medialnie, pełniąc niejako rolę nestora białoruskiej opozycji.
W sferze języka BFL opowiadało się za twardą białorutenizacją. Aby naród białoruski przetrwał i wybił się na suwerenność, konieczne było zerwanie z fałszywą dwujęzycznością, ideą ,,uniwersalnego” języka rosyjskiego i kompleksem kulturowej niższości wobec wschodnich ,,starszych braci”. Dla młodej, patriotycznie usposobionej inteligencji mówienie po białorusku stało się formą manifestu; podkreślali piękno i bogactwo mowy białoruskiej, zarazem otwarcie posługując się nią zarówno w życiu codziennym, jak i politycznym. W latach 80. ostatecznie obalono mit ,,języka kołchoźników”. Ludzi mówiących czystym, literackim językiem białoruskim zaczęto utożsamiać z pisarzami, artystami, humanistami, a przede wszystkim – ludźmi świadomymi własnych korzeni i odrębności. Stereotyp ,,białoruskojęzyczny – to znaczny świadomy” miał jednak, wbrew intencjom opozycjonistów, stać się kolejnym piętnem ruchu narodowego…
Określenie ,,świadomy” (po białorusku słowo to brzmi podobnie jak po polsku, w przeciwieństwie do rosyjskiego ,,saznatielnyj”) w niektórych kręgach – szczególnie pałających sentymentem wobec władzy sowieckiej – stało się swego rodzaju obelgą, określeniem wyniosłego inteligenta, oderwanego od problemów i wartości prostego, pracującego ludu. Do dziś chętnie posługuje się nim Aleksandr Łukaszenka, z emfazą wprowadzający białoruskie słowo ,,swiadomyja” do swoich rosyjskich wypowiedzi. W latach 90. podtrzymywał narrację, jakoby jego oponenci umieli mówić tylko o języku białoruskim, nie zauważając dramatycznego kryzysu gospodarczego, dotykającego ,,zwykłych” obywateli. Obecnie ,,swiadomyja” to dla niego agenci zachodnich wpływów, dążący do destabilizacji Białorusi i wyrwania jej z opiekuńczych objęć rosyjskiego brata…

Wizerunek Alaksandra Łukaszenki (ur. 1954) na znaczku pocztowym z 1996 roku. Autorytarny przywódca Białorusi od początku zarzucał ludziom związanym z BFL, że ,,nie umieją nic, tylko mówić po białorusku". Choć ci nie ograniczali się bynajmniej do kwestii historycznych i kulturowych, i używali białoruskiego także do mówienia o kwestiach politycznych i gospodarczych – wielu Białorusinów uwierzyło propagandzie, przedstawiającej ,,świadomych" jako nierozsądnych wichrzycieli.
Od białorutenizacji do dwujęzyczności
W okresie pierestrojki przemiany zachodziły nie tylko w łonie społeczeństwa, ale także – a może przede wszystkim – na najwyższych szczeblach struktur politycznych. Umocnienie postaw patriotycznych i suwerennościowych oraz wzrost zainteresowania językiem ojczystym zaczął wreszcie oddziaływać także na klasę rządzącą. Co prawda postawy wierności Rosji (a zatem także jej wpływom kulturowym) pozostawały dominujące wśród członków Komunistycznej Partii Białorusi, jednak część z nich uznała białorutenizację republiki za czynnik ocieplający wizerunek władzy, a więc bardzo pożądany w niespokojnej epoce, w której znalazł się cały Związek Sowiecki. Być może niektórzy – dawniej ulegający naciskom oficjalnej narracji – dopiero pod wpływem ,,odwilży” pozwoliła sobie na uzewnętrznienie się z narodowymi sympatiami.
To z inicjatywy KPB powołano Towarzystwo Języka Białoruskiego, a następnie przygotowano przełomową w dziejach kraju ,,Ustawę o językach”. Na jej mocy w 1990 roku język białoruski oficjalnie stał się jedynym językiem urzędowym w republice – formalnie pozostającej jeszcze w składzie ZSRR. Ze względu na jego niedostateczną znajomość wśród funkcjonariuszy państwowych, zmiana języka urzędowego miała być procesem stopniowym i do 2000 roku zakończyć się białorutenizacją wszystkich szczebli szkolnictwa. W następnym roku naukę całkowicie w języku białoruskim rozpoczęli wszyscy studenci uczelni pedagogicznych oraz pierwszoklasiści; starszym dzieciom i młodzieży znacząco zwiększono za to wymiar godzin lekcyjnych z języka ojczystego.

Poeta Nił Hilewicz (1931 – 2016) był ideowym komunistą i sekretarzem Związku Pisarzy Białoruskiej SRR, jednak otwarcie bronił praw języka ojczystego. W okresie pierestrojki związał się z BFL i stanął na czele Towarzystwa Języka Białoruskiego. Twardo opowiadał się za derusyfikacją kraju.
Działacze BFL nie zamierzali jednak poprzestać na autonomii językowej; ich ambicją stała się suwerenność republiki (ogłoszona 27 lipca 1990 roku), a następnie – ostateczne uwolnienie się z sowieckiego ,,więzienia narodów”. Z biegiem czasu komunistyczną monopartyjność zastąpił polityczny pluralizm; Białoruś – oczywiście, nie bez perturbacji i desperackich prób zachowania status quo – wkroczyła na drogę demokracji. 25 sierpnia 1991 roku dawna sowiecka republika stała się niepodległym państwem, a Białorusini – jego gospodarzami.

Stanisłau Szuszkiewicz (1934 – 2022) uznawany jest za ojca niepodległej Białorusi, a zarazem jednego z grabarzy ZSRR. Jako przewodniczący Rady Najwyższej Republiki Białorusi stanął na czele państwa, podpisał deklarację niepodległości oraz porozumienia białowieskie, na mocy których ostatecznie rozpadł się Związek Sowiecki. Z wykształcenia profesor fizyki, pochodził z rodziny białoruskojęzycznych humanistów, represjonowanych w czasach Stalina. Podobno to właśnie loszesłanego do łagru ojca-poety sprawił, że rodzina zniechęcała go do podjęcia studiów humanistycznych i publicznej działalności w języku białoruskim.
Lata 1990 – 1994 okazały się jednym z najlepszym okresów dla języka białoruskiego, który zyskiwał coraz większą pozycję nie tylko w szkolnictwie, ale także w mediach, parlamencie czy administracji. Dorastało nowe pokolenie, pozbawione językowych i kulturowych kompleksów, dumne ze swej białoruskości, żywiąca nadzieje na demokratyczną przyszłość i rozwój swojej ojczyzny. Tożsamościowe przemiany odbiły się także na nowej polityce historycznej i kulturalnej; tworzono liczne instytucje wspierające odrodzenie wartości narodowych. Nie było to jednak ostateczne zwycięstwo patriotów, a raczej rozpoczęcie żmudnego procesu oczyszczania kraju z wpływów sowieckich i rosyjskich.
Polityka białorutenizacji dzieliła nie tylko aktyw partyjny, ale także społeczeństwo. Z jednej strony coraz więcej osób – nie tylko inteligentów-humanistów – zaczynało odczuwać przywiązanie do swoich korzeni, szacunek dla rodzimej kultury, potrzebę pielęgnowania własnej białoruskości. Najdobitniej świadczy o tym fakt, iż chcieli, by ich dzieci pobierały naukę w języku białoruskim. Jednocześnie niemała grupa obywateli – szczególnie urzędników, lekarzy, inżynierów czy nauczycieli szkół państwowych, którzy otrzymali wykształcenie w języku rosyjskim i posługiwali się nim w karierze zawodowej – obawiała się, że zachwianie pozycji języka rosyjskiego uderza w ich prywatne interesy. Zarazem postępujący kryzys ekonomiczny i niepewność jutra odciągały uwagę od kwestii kulturowych i tożsamościowych. Ludzie chcieli przede wszystkim zabezpieczenia własnego bytu – i niejeden Białorusin wątpił, czy może oczekiwać tego od polityków zorientowanych narodowo.
Nowa Białoruś była z jednej strony krajem wielkich nadziei, ale także wielkiego chaosu. Z jednej strony kraj przechodził demokratyzację, z drugiej zaś – codzienne życie obywateli było pełne trosk i zwyczajnego zmęczenia. Rozwój instytucji narodowych i demokratycznych szedł w parze ze zubożeniem społeczeństwa. Ludzie z głęboką świadomością polityczną zdawali sobie sprawę, że wyrzeczenia te są jedynym warunkiem skutecznej transformacji politycznej i musi przejść przez nie każde państwo, usiłujące wybić się na niepodległość i kapitalizm. Trudno jednak oczekiwać od ogółu obywateli tak wielkiej cierpliwości…
Chwilowe uwolnienie spod moskiewskich nacisków nie oznaczało ponadto, że samodzielności kraju i odrodzeniu narodowemu społeczeństwa nic już nie zagraża; zwolennicy upadającego systemu podejmowali wszystkie starania, by sabotować działania niepodległościowych polityków… Alaksandr Łukaszenka – komunista starego typu, odporny na społeczno-polityczne przemiany – umiejętnie wykorzystał nastroje społeczne do podsycania nostalgii za dawną stabilizacją. Na fali tej nostalgii – kompromitując politycznych oponentów zarzutami o korupcję i kreując własny wizerunek jako ,,człowieka z ludu”, świadomego trudności i potrzeb zwykłych obywateli – w 1994 roku objął urząd prezydenta.

W czasach przemian ustrojowych Alaksandr Łukaszenka dał się poznać jako gorący obrońca mienia Komsomołu (Komunistycznego Związku Młodzieży), które planowano znacjonalizować. Jako czołowa postać jego struktur w BSRR, powołał później Białoruski Związek Młodzieży, dzięki któremu majątek pozostał w rękach organizacji, a ona sama wzięła aktywny udział w jego kampanii wyborczej. Od początku sabotował przebieg procesów desowietyzacji i demokratyzacji. Nie krył się z tym, że nie pragnie niepodległości Białorusi – ale kiedy ta została ogłoszona, postanowił stanąć u steru państwa. Jego malwersacje związane z komsomolskim mieniem nie przeszkadzały mu w dyskredytowaniu Szuszkiewicza zarzutami... o niezapłacenie rachunku o wartości 100 dolarów przy budowie domku letniskowego.
Łukaszenka, z gorącym oburzeniem pomstujący na ,,demoralizację” nowych elit Białorusi, uosabiał zarazem wszystkie wady dawnej klasy politycznej, a nawet wprost – sam upadły system, który postanowił wskrzesić w warunkach niepodległego państwa białoruskiego. Stanowił modelowy przykład ,,sowieckiego Białorusina” – człowieka pozbawionego głębokiej świadomości narodowej, widzącego swój kraj wyłącznie w ścisłych związkach z Rosją, wynikających z ,,duchowego” pokrewieństwa dwóch nacji, wspólnej walki na froncie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej i pracy na rzecz budowy komunizmu. Jego deprecjonujący stosunek wobec języka białoruskiego (,,wyssanego z mlekiem matki”, ale niegodnego, by posługiwać się nim w życiu publicznym) odzwierciedla przede wszystkim osobiste kompleksy, typowe dla ludzi, którzy całą karierę zawdzięczali minionemu reżimowi politycznemu. W ślad za prezydentem, preferującym język rosyjski we wszystkich sferach życia, poszła reszta aparatu urzędniczego i służb państwowych, a plany białorutenizacji szybko stały się fikcją…

Alaksandr Łukaszenka i Władimir Putin w Soczi, 2005 rok. Łukaszenka nieustannie pragnie udowodnić Rosjanom, że mówi po rosyjsku nie gorzej od nich – ale w jego ruszczyźnie pobrzmiewa silny, mohylewski akcent, którego przez lata nie jest w stanie się wyzbyć. Przez elementy białoruskiej fonetyki niektórzy nazywają jego język przejawem trasianki (dialektu mieszanego). Na poziomie leksyki używa białoruskich wtrętów jednak tylko w tonie sarkastycznym (takich jak swia-do-my-ja), aby wyszydzić swoich przeciwników politycznych.
Znamiennym wydarzeniem, otwierającym nowy – tragiczny – rozdział w dziejach Białorusi, były wybory do Rady Najwyższej w 1995 roku połączone z referendum. Pytania stawiane obywatelom dotyczyły czterech kwestii: ponownego zacieśnienia więzów z Rosją, nadania językowi rosyjskiemu statusu urzędowego (obok białoruskiego, co przekształciłoby Białoruś w państwo dwujęzyczne), zmiany symboli narodowych oraz prawa prezydenta do rozwiązania Rady Najwyższej. Media państwowe znajdowały się już wówczas w rękach obozu prezydenckiego, a wolność słowa od kilkunastu miesięcy była drastycznie ograniczana. Tuż przed referendum wyświetlono w telewizji film ,,dokumentalny” pt. ,,Nienawiść”. Przedstawiono w nim tezy, jakoby ludzkie szczątki znalezione w Kuropatach należały do ,,ludzi sowieckich” i Żydów wymordowanych przez białoruskich nacjonalistów-kolaborantów, spod biało-czerwono-białej flagi. Tej, która stanowiła symbol demokratycznej opozycji, a potem niepodległego państwa białoruskiego… Obóz dawnego BFL nie miał możliwości publicznego odparcia zarzutów. Społeczeństwo ,,zmobilizowano” dawnymi sowieckimi metodami – propagandą, kłamstwem, szantażem. Nierzadko uznaje się je także za sfałszowane, a zatem rozpoczynające niechlubną tradycję nowej Białorusi – kpinę z demokratycznych instytucji. Oficjalnie 75% obywateli poparło zmiany w dziedzinie sytuacji językowej i symboli narodowych, zapowiadające jednocześnie obierany przez państwo kierunek polityczny.
Mowa-na-nowa
Dalsza część tej historii to już współczesność, doskonale znana z mediów wszystkim, którzy choćby w niewielkim stopniu interesują się sytuacją polityczną za wschodnią granicą Polski. Białoruś Alaksandra Łukaszenki od 1994 roku zaczęła zbaczać w kierunku autorytaryzmu, zaprzepaszczając wszystko to, co na początku lat 90. udało się zbudować działaczom narodowym – wolność słowa, pluralizm polityczny, politykę białorutenizacji, nadzieje na integrację z demokratyczną Europą. Konsekwentnie zaczęła przemieniać się w quasi-sowiecki skansen – tak w sferze gospodarki, jak i polityki – a przy tym satelickie państwo Federacji Rosyjskiej.
Dwujęzyczność stała się iluzją, bowiem bardzo szybko nowe władze rozpoczęły faktyczną rusyfikację kraju – równie głęboką (a może nawet brutalniejszą) jak w czasach ZSRR. Język białoruski de facto wykluczono z mediów, sądownictwa, orzecznictwa, a także z oświaty (od lat 90. liczba białoruskojęzycznych szkół w Mińsku spadła z 277 do 7). Propaganda państwowa, ponownie jak w czasach sowieckich, zaczęła deprecjonować białoruszczyznę jako z jednej strony prostą, wiejską, nieprestiżową, a nawet śmieszną i nienaturalną; z drugiej zaś – będącą przejawem nacjonalizmu, rusofobii, wrogości wobec władz i państwa białoruskiego.
Publiczne użycie języka białoruskiego mogło skutkować nawet dyskryminacją w miejscu pracy, zwłaszcza wśród lekarzy, nauczycieli czy urzędników. W takich warunkach dalsze trwanie przy ojczystej mowie wymaga niemałego nonkonformizmu, którego ciężko oczekiwać od ogółu społeczeństwa. Co gorsza, przedstawiciele młodego pokolenia, wychowywani rosyjskojęzycznej szkole i na rosyjskojęzycznych dziełach kultury, nierzadko zwyczajnie stracili znajomość ,,drugiego języka urzędowego”, który zaczynał dla nich brzmieć niemal egzotycznie. W 2009 roku UNESCO przyznało językowi białoruskiemu status zagrożonego wymarciem, jako jedynemu językowi z obszaru Europy Środkowo-Wschodniej. (Wiele faktów dotyczących obecnej sytuacji języka białoruskiego zostało przytoczonych w pierwszej części cyklu w podrozdziale ,,Klątwa dwujęczyności”.)
A jednak – pomimo wysiłków oficjalnej propagandy – społeczny odbiór języka białoruskiego różni się od tego z czasów sowieckich. Z mieszkańcami wsi powszechnie kojarzy się tak zwaną trasiankę (dialekty o charakterze mieszanym, łączące w głównej mierze rosyjską leksykę z elementami białoruskiej fonetyki i gramatyki), podczas gdy użytkowników literackiego języka białoruskiego utożsamia się przeważnie wykształconych mieszkańców dużych miast o poglądach opozycyjnych. Niekiedy także rosyjskojęzyczni Białorusini nierzadko określają język białoruski jako melodyjny i ciekawy, chętnie sięgają po tworzoną w nim poezję lub muzykę, a nawet wplatają w rosyjskie wypowiedzi pojedyncze białoruskie słowa – często takie, które szczególnie mocno wiążą się z białoruską tożsamością, albo są nieprzetłumaczalne na język rosyjski. Mimo to, lęk przed alienacją, podejrzeniami o działalność antypaństwową czy zwyczajne poczucie jego niedostatecznej znajomości powstrzymuje ich przed całkowitym przejściem na język białoruski w codziennym życiu. Sytuacji tej trudno nie uznać za patologiczną – w końcu język ojczysty powinien stanowić najbardziej naturalny i domyślny środek komunikacji, a nie kulturową ciekawostkę…
Co znamienne, niechęć do języka białoruskiego powszechniejsza jest wśród starszego pokolenia, wychowanego w Związku Sowieckim. Młodzież coraz częściej wykazuje zainteresowanie językiem ojczystym i powstającymi w nim mediami, dziełami kultury i popkultury. Około 2012 roku w dużych ośrodkach miejskich popularne stały się kluby językowe, w których ludzie poprzez gry, zabawy, dyskusje czy piosenki poznają arkana rodzimego języka.

Od 2014 roku w Mińsku, a następnie innych białoruskich miastach, organizowano cykle kursów pod nazwą Mowa nanowa, które cieszyły się dużą popularnością – także dzięki zaangażowaniu dziennikarzy, celebrytów i innych osób publicznych. Niestety, ich działalność zahamowała pandemia Covid-19, a następnie – dramatyczna sytuacja kraju po sfałszowanych wyborach z 2020 roku. Od 2021 inicjatywę rozwiązano siłowo. Nazwę tę przejął jednak specjalny program emitowany przez białoruskojęzyczną, emigracyjną telewizję Biełsat.
Przełomowym wydarzeniem dla języka białoruskiego – jak i całego państwa i narodu – stały się sfałszowane wybory prezydenckie z 9 sierpnia 2020 roku oraz następująca po nich fala niemal rocznych protestów. Największe w historii kraju antyrządowe manifestacje stały się dla Białorusinów prawdziwą rewolucją moralną, podczas której ze zdwojoną siłą odżyły ideały odrodzenia narodowego z lat 80. Wobec dramatycznych wydarzeń Białorusini stanęli przed koniecznością redefinicji własnej tożsamości. Przekształcenie się w zjednoczony naród, w pełni świadomy swojej odrębności i korzeni, respektujący i pielęgnujący swoje historyczne i kulturowe dziedzictwo – okazało się niezbędnym etapem procesu budowy nowej, demokratycznej Białorusi. Stało się jasne, iż polityczna emancypacja musi być poprzedzona emancypacją ,,mentalną”, derusyfikacją i desowietyzacją mas społeczeństwa. Bez pewnego nacjonalizmu językowego, na który zdobyli się mieszkańcy republik bałtyckich, a do pewnego stopnia także Ukraińcy – Białorusini nie zdołają odciąć się od rosyjskich wpływów.
Proces ten wciąż nie dobiegł końca, a wewnątrz kraju spowolniony został przez lawinę brutalnych represji. Mimo to powrót do stanu przed 2020 roku jest już niemożliwy, a diaspora białoruska poza granicami republiki podtrzymuje ogień buntu, który został rozpalony przed pięcioma laty.
Protesty zapoczątkowały prawdziwą rewolucję w sferze językowej. Jakkolwiek na początku kampanii wyborczej opozycyjni politycy posługiwali się niemal wyłącznie językiem rosyjskim i rzadko odwoływali się do tradycyjnego białoruskiego kodu kulturowego, tak społeczeństwo z biegiem czasu coraz częściej zaczęło wykorzystywać ojczysty język jako oręż przeciwko reżimowi. Integralną częścią protestów stały się hasła, banery, brandy i skandowanie w języku białoruskim, białoruskojęzyczne koncerty muzyki alternatywnej, akcenty inspirowane narodową literaturą i historią, a nawet ,,wykłady podwórkowe” w języku białoruskim, podczas których historycy, aktywiści czy samorządowcy krzewili wśród lokalnej społeczności wartości narodowe i demokratyczne. Z biegiem czasu wiele działaczy (na czele z rosyjskojęzyczną początkowo Swiatłaną Cichanouską) zaczęło prowadzić kampanię po białorusku, dając rodakom przykład nie tylko politycznego zaangażowania, ale także tak zaniedbywanego na Białorusi kulturowego patriotyzmu.

Pierwszymi przejawami ,,białorutenizacji" protestów stało się wykrzyknienie ,,Wierym – możam – pieramożam!" (,,Wierzymy – możemy – zwyciężymy!") oraz... piosenka ,,Mury" polskiego barda Jacka Kaczmarskiego. Organizatorzy protestów początkowo włączali ją w rosyjskim tłumaczeniu, ale szybko okazało się, że społeczeństwo lepiej zna i chętniej śpiewa wersję białoruską. Dziś ta pieśń w języku białoruskim to niemal święty symbol – także dla tych, którzy na co dzień mówią po rosyjsku.
Po 2020 roku polityczne uzależnienie Białorusi od Rosji osiągnęło skalę nieznaną nigdy wcześniej od 1991 roku, a kraj, który wcześniej nie sposób było nazwać demokratycznym i respektującym prawa człowieka, przemienił się w – bez grama przesady – totalitarny. Białoruskojęzyczność stała się jaskrawym symbolem opozycjonizmu, co z jednej strony podniosło jej prestiż i popularność, ale z drugiej strony doprowadziło do jeszcze bardziej brutalnego zwalczania jego użytkowników. Obecnie samo zainteresowanie językiem białoruskim czy podejmowanie w nim aktywności w mediach społecznościowych może ściągnąć na obywatela niebezpieczne podejrzenia służb – a od tego niedługa droga do przerażających konsekwencji…
Choć większość Białorusinów wciąż posługuje się językiem rosyjskim, język białoruski zyskuje na popularności. W 2023 roku aż 90% absolwentów szkół średnich uznało go za język ojczysty. Co prawda liczba nastolatków regularnie posługujących się nim w codziennym życiu jest znacznie mniejsza (niuanse z tym związane i niejednoznaczność pojęcia ,,język ojczysty” zostały przedstawione w pierwszej części serii), niemniej obecne statystyki dają znacznie większe powody do optymizmu, niż te sprzed dziesięciu czy kilkunastu lat.
Na język białoruski licznie przechodzą także emigranci, rozwijający za granicami kraju – zwłaszcza w Polsce i na Litwie – różnorodne inicjatywy na rzecz promocji języka białoruskiego. Szkółki, kursy, teatry i stand-upy, kluby dyskusyjne, programy telewizyjne i radiowe (Biełsat, Radio Swoboda), konta w mediach społecznościowych – patrioci krzewią język białoruski najróżniejszymi sposobami, od tradycyjnych po wykorzystujących nowoczesne technologie. Choć władze robią wszystko, by unicestwić język białoruski, oddolne wysiłki społeczeństwa i opozycji dają podstawy, aby mówić o nowym odrodzeniu językowym Białorusinów.
Język białoruski to bez wątpienia język białoruskiej przyszłości – demokratycznej i europejskiej. Jego status w kraju nie poprawi się, dopóki u jego sterów pozostanie aktualny establishment (a jego zmiana, pomimo tytanicznej pracy opozycji, nie jest aktualnie bliską perspektywą…). Najistotniejszy jest jednak fakt, iż coraz więcej Białorusinów zyskuje świadomość znaczenia własnego języka jako kodu kulturowego i nośnika własnej, unikalnej tożsamości. A przecież, jak mawiał Tadeusz Kościuszko – bądź co bądź, etniczny Białorusin i bohater narodowy także naszych wschodnich sąsiadów – ,,Pierwszy krok do zrzucenia niewoli to odważyć się być wolnym, pierwszy krok do zwycięstwa – poznać się na własnej sile”…
Liderka opozycji Swiatłana Cichanouska (ur. 1982) przemawiająca na wiecu wyborczym, czerwiec 2020. Opozycjonistka jest jednym z wielu przykładów rosyjskojęzycznych Białorusinów, którzy zdecydowali się posługiwać na co dzień ojczystym językiem z pobudek patriotycznych. W 21 lutego (Dzień Języka Ojczystego) 2023 roku przyznała w wywiadzie dla Naszej Niwy: ,,Jeszcze trzy lata temu ja sama czułam się niepewnie, kiedy mówiłam w języku białoruskim. Bałam się i wstydziłam. Wy, moi drodzy, natchnęliście mnie, pomagaliście mi, motywowaliście. Teraz i moja córka Agnija uczy się nowych słów, usiłuje mówić po białorusku i nawet pomału czyta. [...] Język białoruski to nasz unikalny kod, który znamy tylko my. Zachowujcie język ojczysty, chrońcie go, przekazujcie dzieciom, gdyż póki żyje nasz język – będzie żył także nasz naród". (Tłum. autorka).
Najważniejsze źródła:
Oleg Łatyszonek, Eugeniusz Mironowicz, Historia Białorusi Historia Białorusi od połowy XVIII do końca XX wieku, Związek Białoruski w Rzeczpospolitej Polskiej, Białystok 2002
Artykuły publikowane przez ,,Naszą Niwę"
Inne z kategorii Opowieści z Pogranicza
Opowieści z Pogranicza – Czy (i dlaczego) Białorusini nie mówią już po białorusku? Część III: Białoruska irredenta
26.05.2025 11:27:50
czytaj więcej
Opowieści z Pogranicza – Czy (i dlaczego) Białorusini nie mówią już po białorusku? Część II: Narodziny nowoczesnego narodu
07.03.2025 11:12:38
czytaj więcej
Opowieści z Pogranicza – Czy (i dlaczego) Białorusini nie mówią już po białorusku? Część I: Od Rogwołoda do Kalinowskiego – korzenie narodu i języka
03.01.2025 16:30:00
czytaj więcej

