cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności (https://kurierhistoryczny.pl/polityka-prywatnosci,7).

Życie w czasach zarazy

Antoni Bzowski, 24.10.2018

Fragment obrazu "Taniec śmierci" z kościoła Bernardynów w Krakowie

„Początek nieszczęść Królestwa” jaki nastąpił za panowania Jana Kazimierza najczęściej wiązany jest z obcymi najazdami i wojnami, z jakimi musiała zmagać się Rzeczpospolita. Jednak zarówno wtedy, jak i XVIII stuleciu nie mniejszym czynnikiem osłabiającym państwo były dziesiątkujące jego ludność epidemie.

Czarna śmierć zbiera żniwo

Ostrą zimę na początku 1771 r. powitano jak zbawienie. To ona zatrzymała zarazę morową, jaka przez kilka miesięcy pustoszyła ziemie polskie. W Warszawie marszałek wielki koronny Stanisław Lubomirski nakazał budowę przez wszystkich mieszkańców olbrzymiego wału okalającego miasto, mającego chronić przed dżumą. Na całe szczęście siarczysty mróz zlikwidował to zagrożenie.

Jednak była to nie pierwsza taka sytuacja, gdy zaraza zbierała w Rzeczpospolitej obfite żniwo. W czasie wojny północnej, w 1704 r. przypadki dżumy zanotowano we Lwowie, dwa lata później w Krakowie, a następnie na Mazowszu, Wielkopolsce i Pomorzu. Była to powtórka z poprzedniego najazdu Szwedów. W czasie potopu choroba ta zabrała większość ludności Torunia. Najgorszy był jednak rok 1652 – nazywany „rokiem czarnej śmierci”. Epidemia ogołociła wtedy terytorium państwa polsko-litewskiego z blisko 400 tys. istnień ludzkich.

Obraz „Triumf śmierci” Pietera Bruegla 

Nietrudno się domyślić, że po takim zdziesiątkowaniu nie tylko przez wojny, ale również przez choroby słabło całe państwo. Było to swoiste odwrócenie sytuacji z czasów panowania Kazimierza Wielkiego, gdy konflikty toczyły się jedynie na pograniczach, a wielka zaraza z grubsza ominęła Polskę. Można nawet stwierdzić, że w XVII/XVIII w. płaciliśmy zaległy rachunek za łagodne potraktowanie w czasie największej epidemii dżumy, jaka miała miejsce w latach 1348-1362.

„Czarna śmierć” narodziła się najprawdopodobniej w Azji, na górskim pograniczu między Chinami a Indiami. Przez wędrujących tam kupców, a raczej szczury i ich pchły rozpowszechniła się w średniowieczu najpierw po Bliskim Wschodzie, potem po Afryce Północnej i Europie. W XIII w. z jej powodu opustoszał obszar Egiptu, natomiast 100 lat później na Starym Kontynencie przyczyniła się do śmierci 1/3 całej ludności. Do Królestwa Polskiego również dotarła, ale najprawdopodobniej z powodu ostrych zim nie miała szans na takie żniwa jak na Zachodzie. W średniowiecznych kronikach możemy odnotować 10 przypadków wielkich epidemii w XIV-wiecznej Polsce. Przypuszcza się, że dżuma przybyła tu drogą morską. Najwięcej ognisk choroby wskazywano bowiem na Pomorzu i Prusach. Drugim kierunkiem rozpowszechniania się było pogranicze węgiersko-ruskie.

Jak przeżyć?

Władze w obawie przed epidemią ratowały się wzmożoną ostrożnością. Przede wszystkim starano się izolować objęte zarazą miejsca. Zdrowi mieli opuszczać zadżumione miasta, zakazywano publicznych zgromadzeń, zamykano szynki, łaźnie i bramy. W czasie zarazy po grodzie chodzili jedynie lekarze w charakterystycznych szatach z kapturem i maskami wypełnionymi aromatycznymi ziołami, co miało chronić przed chorobą. Zakażone domy specjalni urzędnicy znaczyli wiązką słomy lub białą rózgą. Żywność tam dostarczano za pomocą specjalnego drążka, a domowników odwiedzał jedynie grabarz z pytaniem: „kogo mam zabrać?”. Trupy wywożono za miasto wozami, do których zamontowane były drążki ostrzegające pozostałych mieszkańców.

Ubiór lekarza w czasie zarazy

Podobne przerażenie budziły również inne choroby zakaźne jak ospa czy trąd. Ta druga przywleczona w XIII w. przez osadników niemieckich powodowała także wstręt u zdrowych. Chorzy z zgrubiałą skórą, owrzodzeniem i zachrypniętym głosem musieli kołatkami sygnalizować swoje nadejście. Nie mogli korzystać z karczm, publicznych studni i uczestniczyć w zgromadzeniach.

Najgorsze było to, że najczęściej nie było można zidentyfikować źródeł chorób. Długo prości ludzie myśleli, że wywołują je mieszkające w ciele człowieka jaszczurki, żaby, węże albo krążące po świecie różnego rodzaju demony. Upiory poprzez wysysanie krwi miały być odpowiedzialne za chudnięcie. Nocnice powodowały pozbawienie mleka przez karmiące matki. Jedną z najpopularniejszych metod leczenia był upust krwi, stawianie pijawek, amulety. Korzystano też usług wiedźm i znachorów. Lekarstwem na wszystko była „driakiew” - mikstura będąca dziwnym połączeniem drogocennych kamieni, mięsa węża i ziół. W wiekach średnich funkcję lekarzy pełnili najczęściej zakonnicy, którzy stosowali ziołolecznictwo, bańki z bydlęcych rogów, tłuszcz bobra albo niedźwiedzie sadło.

Zarazy przyniosły też wiele wymiernych korzyści. W miastach zaczęto dbać o wywóz śmieci, wodociągi, czystość ulic, stan cmentarzy, opiekę nad chorymi i bezdomnymi. Gdy jednak zdano sobie sprawę, co jest odpowiedzialne za rozpowszechnianie się „czarnej śmierci” nierzadko dochodziło do procesów tych, którzy mieli rzekomo celowo ją wywoływać. Głośnym echem odbiła się sprawa ośmiu grabarzy (sześciu mężczyzn i dwóch kobiet) z Frankenstein (obecnie Ząbkowice Śląskie). W 1606 r. zostali oni oskarżeni o sporządzanie trującego proszku ze zwłok zmarłych i rozsypywanie go przed domami mieszkańców miasta. Posądzano ich również o kradzieże i rozcinanie brzuchów zmarłych brzemiennych kobiet, by zjadać serca z wydobytych płodów. Po torturach grabaże przyznali się do winy i zostali straceni. Historia ta rzekomo zainspirowała Mary Shelley do stworzenia powieści „Frankenstein albo: Współczesny Prometeusz”.

Wiara i kultura

Epidemie miały również znaczący wpływ na religijność i kulturę. W miejscach naznaczonych zarazą rozwijał się kult określonych świętych, m.in. św. Błażeja, św. Rocha, św. Rozalii czy św. Sebastiana, mających chronić przed konkretnymi chorobami. Tym patronom stawiano kościoły i kaplice. Największe wrażenie robi stworzona w Czernej obok Kudowy Zdroju Kaplica Czaszek. Zbudowana jest ona z tysięcy szczątków ofiar zarazy i wojen, jakie przetoczyły się przez ziemię kłodzką w XVIII w.

Wnętrze Kaplicy w Czernej (foto: Merlin/GFDL/CC BY 3.0/Wikimedia Commons)

Epidemia przyczyniła się także do stworzenia najsłynniejszego w Polsce miejsca pielgrzymkowego dla wyznawców prawosławia – sanktuarium na Górze Grabarce. Gdy w 1710 r. w okolicach Siemiatycz szalała cholera pewien staruszek miał we śnie objawienie. Ratunkiem przed zarazą miało być gremialne zaniesienie na Grabarkę krzyża przez wszystkich zdrowych okolicznych mieszkańców. Gdy tak się stało, choroba ustąpiła. Od tego czasu na górę wierni przynoszą krzyże chcąc prosić lub podziękować za łaski.

Świadomość zbliżającej się śmierci znalazła również swoje odzwierciedlenie w kulturze baroku. Niezwykle popularny motyw „tańca śmierci” – kościotrupa bawiącego się z przedstawicielami różnych stanów był wykorzystywany w kościelnych malowidłach i epitafiach. W ten sposób chciano wszystkim uzmysłowić, że wobec śmierci wszyscy są równi, ale również oswoić się ze stale czyhającym na każdego zagrożeniem.





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA