cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności (https://kurierhistoryczny.pl/polityka-prywatnosci,7).

Załóżmy, że wachmistrz Mock tropi żydowsko-masoński spisek w Breslau

Andrzej Jaworski, 02.02.2018

Akcja "Mocka" rozgrywa się w Hali Stulecia we Wrocławiu. Jak widać na powyższym zdjęciu jej zimna architektura, przywołująca klimat przedwojennych niemieckich filmów, wydawałoby się, że doskonale pasuje do opowieści o policjancie z Breslau. Coś jednak nie wyszło.

Historia prób zekranizowania przynajmniej jednej z serii powieści Marka Krajewskiego o przedwojennym wrocławskim policjancie Eberhardzie Mocku jest czymś w rodzaju niekończącej się opowieści. Początkowo mówiło się o wielkiej międzynarodowej koprodukcji, w której głównego bohatera miał zagrać Klaus Maria Brandauer lub nasz Janusz Gajos, albo Kevin Spacey (ten pan akurat raczej już za wiele sobie nie zagra, z wiadomych względów). Do reżyserii przymierzali się z kolei m.in. Filip Bajon i Agnieszka Holland. Ostatecznie pierwszym, który przeniósł Mocka na (mały) ekran okazał się Łukasz Palkowski w ramach Teatru Telewizji.

Mamy rok 1913. We Wrocławiu, a raczej w Breslau, trwają przygotowania do otwarcia Hali Stulecia. Uroczystość ma uświetnić sam cesarz Wilhelm II. Nieoczekiwanie jednak w nowo wybudowanym gmachu odnalezione zostają nagie ciała czterech gimnazjalistów z jednej klasy oraz wiszącego nad nimi mężczyzny ze skrzydłami u ramion. Rozwikłać tajemniczą sprawę próbuje młody wachmistrz policji Eberhard Mock (w tej roli Szymon Piotr Warszawski). Ten posługujący się greką, aczkolwiek pochodzący ze społecznych nizin idealista dzięki swojemu sprytowi znajduje kolejne tropy, które prowadzą go do wpływowej grupy wolnomularzy…

Spektatkl Palkowskiego jest adaptacją jednej z ostatnio wydanych powieści Marka Krajewskiego zaadaptowanej na potrzeby Teatru Telewizji przez Krzysztofa Kopkę, który dokonał już podobnej rzeczy z inną częścią serii pt. „Śmierć w Breslau” dla Teatru Współczesnego we Wrocławiu. Telewizyjny „Mock” rozgrywa się wyłącznie w obrębie wrocławskiej Hali Stulecia. Jedynie drobne rewizyty sugerują nam zmianę miejsca akcji. I tak stół, przy którym bohaterowie piją alkohol to bar, biurko z aktami – komisariat policji, wielkie łóżko – pokój baronowej. Tym sposobem reżyser skłania nas do przyjęcia pewnej umowności, nomen omen, charakterystycznej dla adaptacji teatralnych.

Palkowski jednak idzie w swoich działaniach krok dalej. Choć bohaterowie na pierwszy rzut oka wyglądają jak ludzie z czasu la belle epoque, to co jakiś czas możemy dostrzeć wtrącenia współczesne, czego najjaskrawszym przykładem są długie, czarne limuzyny, zastępujące powozy.

 

Czy jest mrocznie jak na kryminał noir przystało? Tak. Czy aktorzy zagrali dobrze? W większości tak. Czy była to udana adaptacja? Trudno powiedzieć. Przyznam się zamysł reżyseria nie do końca pasuje mi do tego typu opowieści. Z jednej strony podążamy za śledztwem, lecz z drugiej umowność nie pozwala nam się wtopić w świat przedstawiony. Nie ma tu bodaj największej siły serii powieści o Mocku, czyli dawnego Breslau. My w spektaklu Palkowskiego nawet nie dotykamy tego świata, jedynie co, to liżemy go przez szybkę.

Dlatego też nie widzimy jak główny bohater wstępuje do ciemnych zakamarków nadodrzańskiej metropolii. Nie poznajemy rzeczywistości Eberharda Mocka i nie poznajemy jego samego. Wszystko tu jest jedynie lekko nakreślone. Na główny plan nie wysuwa się ani wachmistrz, ani rywalizacja masonów i pangermanów. Wszędzie jest Hala Stulecia, lecz jej walory są jedynie częściowo wykorzystane, gdyż świadomie z nich rezygnujemy na rzecz umowności, w czym dobitnie mają nas utwierdzać współczesne wstawki.

W rezultacie dostajemy…teatr. Sztukę, która może być zainscenizowana na deskach dowolnego teatru w naszym kraju z podobnym skutkiem. Z tym, że „Mock” odarty z opowieści o świecie, którego nie ma, a także o sobie samym, czymże się staje? Zwykłym kryminałem, który byłby być może atrakcyjny, gdyby zrobiono go nawet uwspółcześnionego „po bożemu”, ale w konwencji teatralnej w telewizji nie robi takiego wrażenia.

Od Teatru Telewizji oczekiwałbym jednak czegoś więcej. Doskonale zdaję sobie sprawę, że realizatorzy mieli napięty budżet, ale przypominam sobie adaptację „Procesu” Franza Kafki w reżyserii Agnieszki Holland i Laco Adamika. Akcja toczy się tu w podobnym okresie co „Mock”. Tutaj również mamy zimne i mroczne miejsca, lecz reżyserzy spektaklu z 1980 r. potrafili z nich wydobyć jak najwięcej z ich tajemniczości i duchoty. Nie przyjęto zatem umowności, choć świat przedstawiony też nie mógł być w pełni odwzorowany. Jednak wytworzona dzięki pracy realizatorów atmosfera napięcia, osaczenia głównego bohatera długo zapada w pamięć.

Z adaptacją powieści Krajewskiego mogło być podobnie. W „Mocku” tymczasem twórcy nie zdecydowali się na taki zabieg. Jest to tym samym „zwykła” opowieść kryminalna, z lekko nakreśloną postacią głównego bohatera. A szkoda, bo być może przepadła szansa na wielki spektakl.

Nasza ocena 5/10





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA