cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności (https://kurierhistoryczny.pl/polityka-prywatnosci,7).

Z perspektywy Wawelu wszystko wygląda inaczej, czyli jak historia zapamięta Lecha Kaczyńskiego

Jakub Wojas, 10.04.2018

Prezydent Lech Kaczyński (Kancelaria Prezydenta RP)

W 2010 r. wielu wieszczyło, że w przypadających na ten rok wyborach prezydenckich Lech Kaczyński nie ma szans na reelekcję. Prezydent plasował się daleko w sondażach, często był krytykowany, a nawet wykpiwany przez politycznych oponentów. Jego prezydenturę przez to postrzegano raczej nie najlepiej. 10 kwietnia 2010 r. zmienił ten obraz diametralnie.

Śmierć Lecha Kaczyńskiego w katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem spowodowała, że o zmarłym prezydencie mówiono, zgodnie z polską tradycją, jedynie dobrze. Na wszystkich stacjach telewizyjnych zaczęły pojawiać się zdjęcia rodzinnego, ciepłego człowieka, odważnego antykomunistycznego opozycjonisty, a w końcu wybitnego męża stanu. Wtedy następowała nie tylko odbudowa pozycji zwycięzcy z wyborów z 2005 r., której beneficjentem miał być teraz startujący do fotela prezydenckiego brat zmarłego, Jarosław Kaczyński; ale również tworzenie się mitu – nowego bohatera narodowego, który zginął na posterunku.

Największym fundamentem do jego budowy była decyzja o pochowaniu zmarłego prezydenta na Wawelu. Wzbudziła ona wprawdzie kontrowersje i była nawet przyczyną protestów, ale z dłuższej perspektywy stanowi coś, co spowodowało, że prezydent Lech Kaczyński zaczął być autorytetem „nie do ruszenia”. Z perspektywy Wawelu wszystko bowiem wygląda inaczej.

Sarkofag Lecha i Marii Kaczyńskich w krypcie wawelskiej (Poznaniak/Wikimedia Commons)

Pochówek na krakowskim wzgórzu zamkowym nigdy nie był przypadkowy. Jest to symboliczne, najwyższe wyróżnienie, jakie może otrzymać Polak. Jest uznaniem, że dana osoba jest „równa królom”, jest postacią formatu i znaczenia w dziejach na miarę Józefa Piłsudskiego czy Tadeusza Kościuszki. Jest bohaterem wagi najcięższej.

Dlatego też wielu złożenie ciała tragicznie zmarłego pod Smoleńskiem prezydenta i jego małżonki w Krypcie pod Wieżą Srebrnych Dzwonów uznało za przesadę. Nie widziano w tej prezydenturze takich rzeczy, które predestynowałyby aż do takiego wyróżnienia. Sama śmierć podczas pełnienia obowiązków do tego nie wystarczała.

Niemniej wawelski pochówek prezydenta przeprowadzony z największymi honorami i celebrą państwowo-kościelną, jaką Polska nie widziała od czasu pogrzebu Józefa Piłsudskiego stał się faktem, z którym trzeba było się pogodzić. Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie przecież przenosić sarkofagu Lecha i Marii Kaczyńskich np. na warszawskie Powązki. Należało zatem znaleźć uzasadnienie dla obecności tej trumny w tym miejscu.

Prezydent Lech Kaczyński z żoną Marią (www.prezydent,pl)

Zwolennicy PiSu oparli je przede wszystkim na polityce wschodniej. Podczas swojej prezydentury Lech Kaczyński robił bowiem naprawdę sporo dla budowy sojuszu Polski ze wschodnimi sąsiadami i ograniczenia wpływów rosyjskich na tym obszarze. Z jego to inicjatywy podejmowano w regionie współpracę w dziedzinie polityki energetycznej czy obronnej. Największą legendę buduje tutaj słynny wyjazd prezydenta do walczącej z najazdem rosyjskim Gruzji w sierpniu 2008 r. Zdaniem PiS i jego zwolenników to właśnie obecność Lecha Kaczyńskiego w tych krytycznych dnia w Tbilisi miała zatrzymać rosyjskie czołgi zmierzające do gruzińskiej stolicy. Polski prezydent, według tej narracji, stał się od tego czasu „osobistym wrogiem Putina”, co z kolei próbowano połączyć z różnego rodzaju teoriami na temat zamachu, jak dotąd z marnym skutkiem.

Nie ważne jednak ile w tym wykreowanym wizerunku jest prawdy, a ile podkoloryzowania pewnych faktów. Ważne, że ten obraz z grubsza został przez Polaków zaakceptowany. Nie ma sporów co do wschodniego zaangażowania Lecha Kaczyńskiego w trakcie swojej prezydentury (bo być nie powinno). W takie niuanse, typu jak np. rzeczywiście przebiegła wojenna wyprawa prezydenta do Gruzji i jaki realnie miała ona wpływ na przebieg wydarzeń, zajmuje się niewielu, a z czasem będą to tylko wnikliwi historycy i biografowie. Nawet dzisiejsza opozycja żongluje cytatami z prezydenta Kaczyńskiego, by uderzyć w partię rządzącą. W ten sposób chce zapewne ukazać hipokryzję obecnych władz, ale też jednocześnie przy tym uznaje autorytet zmarłego prezydenta, zarzucając PiSowi odejście od jego dziedzictwa.

I choć wielu zżyma się jeszcze na powstające coraz częściej pomniki prezydenckiej pary (zwłaszcza ich artystyczny aspekt), to trudno sobie wyobrazić by przy kolejnej zmianie władzy ktoś chciałby je usuwać. Lech Kaczyński przechodzi stopniowo do legendy i coraz mocniej usadawia się na pozycji bohatera narodowego. Idę o zakład, że za kilkadziesiąt-sto lat podręczniki do historii będą przedstawiać go w samych superlatywach, a obok, jego dorobek będą ilustrować zdjęcia z słynnego wiecu w Tbilisi, na którym prezydent Polski ostrzegał przed rosyjskim imperializmem.

Przeciętni Polacy natomiast będą wówczas widzieć w nim współczesną wersję Kościuszki czy Piłsudskiego, co w przypadku tego ostatniego będzie wzmacniane faktem sąsiedztwa obydwu sarkofagów. Tłumnie odwiedzające Wawel wycieczki będą informowane o zbieżności idei w polityce wschodniej Marszałka i prezydenta Kaczyńskiego, o pewnej kontynuacji, a także o tragedii z 10 kwietnia 2010 r. Co niektórzy przewodnicy będą okraszać swoje opowieści ciągle pojawiającymi się, ale tym razem wśród historyków, teoriami na temat zamachu. Meandry politycznych decyzji, wojna polsko-polska na wawelskim wzgórzu nie ma i nie będzie mieć znaczenia. Tu mają spoczywać jedynie ci „wielcy”, bez niepotrzebnego wdawania się w szczegóły. Dlatego prezydent Lech Kaczyński ma już zagwarantowane miejsce w panteonie największych bohaterów narodowych.





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA