cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności (https://kurierhistoryczny.pl/polityka-prywatnosci,7).

Z Kazachstanu do Polski – losy repatriantów

Michał Leda, 08.10.2018

Polscy zesłańcy w Kazachstanie

Polska jest państwem, w którym perspektywy populacyjne należą do najgorszych. Przy nieustannie powiększającej się dziurze budżetowej, jaką jest ZUS, zaczynamy mierzyć się z wyżem demograficznym emerytów. Jednocześnie wskaźniki dzietności należą do najniższych na świecie. Co gorsza, chętni do pracy mieszkańcy Polski w wielkiej liczbie wciąż wyjeżdżają na Zachód. Sytuację na rynku pracy poprawił napływ ludności z Ukrainy, ale jest to doraźne lekarstwo, ponieważ wielu z przybyszów prawdopodobnie nie osiądzie w Polsce na stałe, lecz podąży w głąb Unii Europejskiej. Wszystko to w połączeniu z podzielanymi przez większość Polaków obawami co do migracji ludów z Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu tworzy zabójczą dla gospodarki mieszankę. Tak przytłaczające problemy są dobrym powodem, by przypomnieć sobie o tych rodakach, którzy za granicą znaleźli się wbrew własnej woli i marzą o powrocie do ojczyzny.

Operacja deportacja

Losy Polaków, którzy znajdują się obecnie na przymusowej emigracji w Kazachstanie są tematem najnowszej książki Jerzego Danielewicza „Witajcie w Polsce”. Znaleźli się oni tam za sprawą radzieckich czystek etnicznych. W 1936 r. Józef Stalin zarządził deportację kilkudziesięciu tysięcy naszych rodaków z terenów zachodniej Ukrainy. Ofiary zdążyły zabrać ze sobą tylko małą część swojego dobytku jako bagaż podręczny, a następnie zostały załadowane przez funkcjonariuszy NKWD do wagonów bydlęcych i wywiezione na wschód. Często zdarza nam się narzekać na trwającą aż kilka godzin podróż wygodnym samochodem. Transport w wagonach bydlęcych trwał kilka tygodni. Po przybyciu na miejsce, w Kazachstanie, na deportowanych czekały jedynie duże namioty, w których tłoczyły się pozbawione domów rodziny. Bezkresne stepy oddzielały ich od cywilizacji. Następnie, w roku 1940, po agresji ZSRR podczas kampanii wrześniowej, z terenów wschodniej Polski miała miejsce druga fala deportacji. Podobny los spotkał nie tylko Polaków. Kazachstańskie stepy stały się wysypiskiem, na którym sowieckie władze pozbywały się wielu „elementów”, które uznały za „kontrrewolucyjne”. Najprawdopodobniej seria przesiedleń miała przygotować frontowe zaplecze ZSRR, aby potem Armia Czerwona mogła posuwać się na zachód bez obaw o bezpieczeństwo swoich linii zaopatrzeniowych. Rok później, w czerwcu 1941 r., niemieckie uderzenie wyprzedzające pokrzyżowało te ambitne plany i dwa totalitarne państwa pogrążyły się na następne 4 lata w jednym z najbardziej krwawych starć w historii ludzkości.

Więcej informacji o losach Polaków w Kazachstanie można
znaleźć w książce Jerzego Danielewicza
Witajcie w Polsce. Powroty rodaków z Kazachstanu

Po upadku komunizmu władze Rzeczypospolitej nie od razu rozpoczęły wysiłki repatriacyjne, a te nie przyjęły nigdy formy programu na wielką skalę. W 2000 r. uchwalono ustawę repatriacyjną, która nie mogła odpędzić się od krytyki. Wiza repatriacyjna mogła przysługiwać tylko pod warunkiem, że ubiegający się o powrót do kraju Polacy uzyskają zaproszenie ze strony jednej z gmin. Było to problematyczne ekonomicznie, ponieważ gminom najczęściej brakowało mienia komunalnego lub miejsc pracy, które mogłyby przypaść repatriantom. Na podstawie ustawy repatriacyjnej w 2001 roku do Polski przybyło 1000 osób. Dla porównania, do Niemiec, które swój program rozpoczęły jeszcze w latach 90-tych, ludność przybywała tak masowo, że w 1993 r. władze RFN musiały ustalić limit na osiedlenia maksymalnie 225 tysięcy ludzi rocznie. W dodatku z roku na rok liczby przybywających do Polski malały i do 2015 roku udało się przyjąć około 5 tysięcy osób. Ta rażąca dysproporcja wynikała po części z faktu, że mniejszość niemiecka w Kazachstanie dalece przewyższała polską, ale również proporcjonalnie program repatriacyjny Niemiec był znacznie dynamiczniejszy i o wiele skuteczniejszy. W 2017 r. ustawa repatriacyjna doczekała się nowelizacji i sytuacja zaczęła się poprawiać. Trochę jednak za późno, ponieważ oczekujące przez tyle lat na wizę polskie rodziny przeniosły się przez swoje bliższe i dalsze pokrewieństwo do innych państw, przede wszystkim do Niemiec. Liczba Polaków w Kazachstanie maleje, ale Polska wciąż ma w tym niewielką zasługę.

Celem książki Jerzego Danielewicza nie jest jednak rozpisywanie się na temat liczb, lecz ukazanie perspektywy tych, których program repatriacyjny ma objąć – Polaków starających się powrócić z przymusowej emigracji. Książka ukazuje też, jak wyglądało życie przesiedleńców na bezkresnym stepie. Zrozumienie ich trudnego położenia może być kluczem do uświadomienia opinii publicznej, że by sprowadzić tych ludzi z powrotem do kraju, nie wystarczy jedynie wydać zgody i wystosować zaproszenia. Są to pokolenia Polaków wychowanych nie tylko w dalekim kraju, ale wręcz w obcym kręgu kulturowym, na zupełnie innym poziomie cywilizacyjnym, w odmiennym klimacie i rytmie życia. Ogromną przeszkodą jest poczucie niepewności ze strony repatriantów, ponieważ niska dynamika procesu ich sprowadzania w połączeniu z licznymi obietnicami powrotu do domu sprawia, że działania rządu RP nie wzbudzają w nich zaufania.

Życie na stepie

W momencie przybycia pierwszych deportowanych w 1936 r. na stepie nie było praktycznie niczego. Nawet funkcjonariusze NKWD słali do władz i samego Stalina prośby o zwiększenie przydziału żywności, materiałów i lekarzy, ponieważ wszystkiego brakowało. Środki na rzecz operacji przesiedleńczej zostały przydzielone z założeniem, że każda wywłaszczona rodzina będzie liczyła 3 osoby. W rzeczywistości średnio na rodzinę przypadało 5 osób, a nawet w ramach założeń programu przydzielone środki były bardzo skromne. Miejscem zamieszkania stały się namioty „wielorodzinne”, w których każdej osobie przypadało średnio 1,5 metra kwadratowego. Osiedla mieszkalne były całkowicie niesamodzielne. Często były położone daleko od źródeł wody, a mieszkańcy nie mogli na własną rękę zdobyć potrzebnej żywności. W najbardziej opłakanym stanie była opieka medyczna – skupiska deportowanych szybko zaatakowały epidemie. Brakowało oczywiście również materiałów budowlanych na rozbudowę osiedli, a step bynajmniej nie obfitował w podobne zasoby. Sytuację przesiedlonych dodatkowo skomplikował fakt przymusowego poboru, który zaczął się w 1941 r. W takich warunkach deportowani musieli ułożyć od podstaw swoje życie, a skupiska zatłoczonych namiotów zamienić w wioski. Jedynym, czego nie brakowało, była przestrzeń, ale ta przytłaczała.

Ci, którzy doświadczyli przymusowego przesiedlenia, przekazywali swoim potomkom pragnienie powrotu do Polski, a tamci następnie własnym dzieciom. Całe pokolenia wzrastały w poczuciu takiej misji. Swoją rodzimą kulturę i wiedzę historyczną było bardzo trudno zachować. Polacy znaleźli się na liście najbardziej „kontrrewolucyjnych elementów” społecznych i poczucie polskości było intensywnie przygaszane.

Polacy i Kazachowie z Mołotowskiego sowchozu w Ujskiej Fermie 

Życie na radzieckim stepie było ściśle związane z kołchozem. Jak to w komunistycznym modelu gospodarczym zawsze bywa, kołchoz nie zapewniał utrzymania z powodu pracy i wynagrodzenia, jakie za nią przysługiwało, ale z uwagi na możliwość doraźnej kradzieży „mienia publicznego”. Wynoszenie z terenu kołchozu ukrytego w odzieniu ziarna i drobnych przedmiotów pozwalało osiągnąć jakieś minimum bytowe na surowym stepie. Wszystko, co posiadali mieszkańcy radzieckiego morza traw, pochodziło albo z przydziałów od władzy centralnej, albo było wynoszone z terenów kołchoźniczych. Niczego innego na tej bezkresnej przestrzeni nie można było zdobyć. Z tego powodu każde dobro luksusowe, jakie wpadało w ręce mieszkańców, było bardzo często wypożyczane dla całej wioski. Jedna z repatriantek opowiadała o swoim weselu, na którym rolę sali balowej pełniła mała jadalnia w domu, muzykę zapewnił jeden człowiek, który dysponował lutnią, u innego sąsiada, który dysponował odpowiednią aparaturą, zamówiono wódkę, u innego kiełbasę. Od innej sąsiadki wypożyczono stary welon, w którym „pół wioski się pobrało”. Dorobić było się bardzo trudno. Wybudowanie drewnianego domu było już na warunki stepu dużym osiągnięciem. Największym problemem pozostał ograniczony dostęp do opieki medycznej.

Misja powrotu do Polski

Powrót do kraju był największym marzeniem większości przesiedleńców. W czasach ZSRR taka podróż była niemal niemożliwa do zrealizowania. Po upadku komunizmu w 1991 r. (bo wtedy skończyła się władza sowiecka w Rosji i innych radzieckich republikach) otworzyły się pierwsze realne możliwości. Dla wielu deportowanych rodzin szansą był obwód Kaliningradzki. Aby osiedlić się na terenie Federacji Rosyjskiej wystarczyło wykazać, że przed 1991 r. było się obywatelem Związku Radzieckiego. Do tego wystarczył stary paszport. A z Obwodu Królewieckiego do Polski było już geograficznie niedaleko. Potem władze Rzeczypospolitej poczyniły pierwsze kroki w stronę zorganizowania procesu repatriacji. Jak to już jest jednak wyżej opisane, wysiłki te były dalece nie wystarczające.

Kazachski step (foto: Vmenkov/CC BY-SA 3.0/Wikimedia Commons)

Tym, którym udało się dostać do Polski, trudy bynajmniej się nie skończyły. Repatrianci nigdy nie mogli być do końca pewni wiz, których otrzymali, a terminy przyjazdu były pojęciem elastycznym. Dla rodzin, które musiały sprzedać swój dom i cały dobytek, którego nie dało się zabrać na plecy, przesunięcie terminu podróży o kilka tygodni było ogromnym problemem. Po pokonaniu tych przeszkód i dotarciu do kraju z ważną wizą, jego gospodarze przejawiali życzliwość przemieszaną z pogardą. Nie brakowało zarówno słów pokrzepienia i radości z ponownego połączenia, jak i nienawistnych komentarzy, które odnosiły się do repatriantów jak do ruskich migrantów. Na całkowicie innym rynku pracy ciężko było się odnaleźć nawet wykwalifikowanym specjalistom, a zwłaszcza tym osobom, które czasy młodości miały już za sobą. Ostatecznie jednak wszyscy repatrianci cieszą się z powrotu i żałują tylko, że nie udało się tego urzeczywistnić wcześniej. A na pewno było to możliwe!

Aby lepiej zrozumieć problematykę położenia deportowanych rodzin, ciężary życia na kazachstańskim stepie i przeszkody leżące na drodze powrotnej do kraju, zachęcam do zapoznania się z książką „Witajcie w Polsce” Jerzego Danielewicza. Autor lekkim językiem opisuje te wydarzenia z perspektywy prawdziwych osób, które tych ciężarów doświadczyły. Lektura ta może stać się okazją do refleksji, czy my, jako naród, rzeczywiście robimy wszystko co powinniśmy, aby ofiary radzieckich czystek etnicznych sprowadzić z powrotem do domu.

Artykuł powstał m.in. w oparciu o książkę Jerzego Danielewicza Witajcie w Polsce. Powroty rodaków z Kazachstanu

Artykuł opublikowano w ramach działalności grupy Congregatio Ordinis Veteris





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA