cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności (https://kurierhistoryczny.pl/polityka-prywatnosci,7).

Wyrok na kolaborancie

Maciej Łuski, 12.12.2017

Łódzcy Niemcy witający armię niemiecką w 1939 r.

Żaden naród nie składa się wyłącznie z zdrajców albo wyłącznie z bohaterów. Podobnie było z Polakami w trakcie okupacji niemieckiej. Obok konspiratorów walczących za ojczyznę istnieli także kolaboranci. Nie było ich jednak tak wielu, a Polskie Państwo Podziemne miało też na nich swoje sposoby.

Zdrada narodu polskiego

Biuletyn Informacyjny z 3 kwietnia 1941 r. podawał:

Jeśli kto ma poważny materiał dowodowy, dotyczący zdrajcy lub donosiciela – powinien ten materiał staranie sprawdzić, ściśle sformułować i znaleźć drogę do przekazania właściwym czynnikom niepodległościowym. Jeśli ktoś zna zdrajcę lub donosiciela, nie ma możności przekazania jego sprawy Sądowi Specjalnemu już teraz – powinien posiadane dowody staranie przechować. Straszna kary nie może minąć żadnego zdrajcy i donosiciela – obojętnie czy nastąpi to za miesiąc, czy za parę lat. Podajemy do wiadomości publicznej, że świadome donosicielstwo z chęci zysku lub zemsty jest karane śmiercią.

Zdrada i donosicielstwo być może nie było plagą okupowanej Polski, ale bez wątpienia było realnym problemem. Motywacje takiego postępowania były różne i nie zawsze były to pieniądze. Przynajmniej te otrzymywane od Niemców, bowiem oni płacili mało. Czasami w grę wchodziła zwykła zawiść, dawne urazy lub zapewnienie sobie bądź bliskim bezpieczeństwa.

Dworzec Warszawa Główna w czasie okupacji niemieckiej

Najbardziej intratne okazywało się szmalcownictwo, czyli wydawanie ukrywających się po aryjskiej stronie Żydów. Donosiciel najpierw szantażował swoje ofiary, a gdy te nie miały już środków na zapłatę wydawał ich Niemcom inkasując dodatkowe pieniądze od okupanta. Szmalcownictwem zajmowali się nie tylko Polacy, ale też Ukraińcy, mieszkający przed wojną w Polsce Niemcy, a nawet Żydzi, którzy za gwarancję bezpieczeństwa denuncjowali swoich współbraci.

Jednak w obliczu wojny współpraca z okupantem pociągała za sobą niejednokrotnie też zmianę narodowości. Kolaborant najczęściej podpisywał volkslistę, dołączając do „rasy panów”. Ciekawym przypadkiem był Adam Dołżycki, znany dyrygent i kompozytor, dawny dyrektor Opery Warszawskiej. Po rozpoczęciu okupacji przyznał się do swojej ukraińskości, która okazała się lepsza niż polskość. Dzięki temu w kolejnych latach Dołżycki organizował nawet prywatne koncerty dla wyższych oficerów niemieckich.

Szczególnie szokującym był przypadek syna Cyryla Ratajskiego, byłego prezydenta Poznania i pełnomocnika Rządu na Kraj w latach 1940-1941. Kordian Ratajski podjął współpracę z Gestapo po swoim aresztowaniu. Początkowo przyczyną tego była obawa o własne życie, potem jednak Ratajski wszedł w koleżeńskie relacje ze swoimi niedawnym oprawcami. Wyrok śmierci na niego wykonano dopiero w czasie powstania warszawskiego. Próbował wówczas na polecenie Niemców przeniknąć do struktur powstańczych. Okazał się jednak w tym wyjątkowo nieudolny i szybko go zdekonspirowano.

Infamia, chłosta, nagana

Wydawaniem wyroków śmierci na zdrajców ojczyzny zajmowały się Cywilne i Wojskowe Sądy Specjalne (CSS i WSS). W ciągu całej wojny rozpatrzono 5 tys. spraw zagrożonych karą śmierci. Wydano z kolei między 3 tys. a 3,5 tys. takich orzeczeń (wykonano 2,5 tys. z nich).

Wyroki zapadały zazwyczaj w składzie trzech sędziów. Prócz kary śmierci można było orzec m.in. infamię, która oznaczała faktyczne wykluczenie skazanego ze społeczeństwa – utrata praw publicznych, obywatelskich i honorowych.

Bywała to kara niekiedy drastyczniejsza w skutkach cywilnych niż inne wyroki. Zła sława infamisa ciągnęła się nawet po zakończeniu wojny. Dotyczyło to w szczególności światka artystycznego. Kara infamii spotkała np. polskich aktorów, którzy zgodzili się zagrać w niemieckim filmie „Heimkehr”. Obraz ten w kłamliwy sposób ukazywał Polaków jako oprawców znęcających się na Niemcach. Propozycja zagrania w tej produkcji nie wiązała się z żadnym szantażem. Artyści mogli ją zatem odrzucić, ale zwabiła ich możliwość robienia kariery i pieniędzy. Tak jak np. Bogusława Samborskiego, który grał później jako Gottlieb Sambor w innych nazistowskich filmach. Uniknął za to kary, po wojnie wyjechał do Ameryki Południowej.

Kadr z filmu Heimkehr z 1941 r., który pokazywał rzekome zbrodnie Polaków na Niemcach

Podziemie nie akceptowało też występowania w koncesjonowanych przez okupanta teatrach. Większość aktorów wprawdzie bojkotowała te sceny, byli jednak i tacy, którzy grali również i w takich miejscach. 2 grudnia 1942 r. na karę infamii zostali skazani artyści dawnego Teatru Polskiego w Warszawie, wśród nich znalazł się m.in. Józef Kondrat czy Michał Pluciński. Wyjątkowy niesmak wzbudziła postawa przedwojennej gwiazdy Adolfa Dymszy. Nie dość, że grywał on w okupacyjnych teatrach, to jeszcze w swoim mieszkaniu urządzał libacje z udziałem Niemców. Na infamię skazano go w 1944 r.

Większość aktorów ukaranych w ten sposób, po wojnie miało kilkuletni zakaz występowania. Niektórzy z tego powodu trafili nawet do więzienia. Symbolem zdrady w tym środowisku był jednak Igo Sym. Ten syn Polaka i Austriaczki, oficer rezerwy Wojska Polskiego uczestniący w walkach o niepodległość i granice w latach 1918-1921, w II RP stał się gwiazdą estrady. Jednak już pod koniec 1939 r. odrzucił polskość i podpisał volkslistę. Niemcom służył nad wyraz gorliwie. Był konfidentem Gestapo. Wydawał nawet własnych przyjaciół, w tym słynną Hankę Ordonówną. Okupanci uczynili go w zamian za taką postawę m.in. dyrektorem dawnego Teatru Polskiego w Warszawie. Wyrok śmierci na Symie wykonała grupa likwidacyjna ZWZ 12 marca 1941 r.

Poza karą śmierci i infamią, Sądy Specjalne skazywały też na naganę. Był to rodzaj publicznego napiętnowania. Dane personalne ukaranej osoby publikowano w prasie podziemnej wraz z wyliczeniem przewinień. Przykładowo, 17 lutego 1943 r. za stałe uczęszczanie do niemieckich kasyn skazano m.in. Stefana hr. Potockiego. Kazimierza hr. Platera i Gustawa hr. Stadnickiego. W uzasadnieniu wskazano, że „poniżają godność narodową i naruszają solidarność narodową". Najczęściej kara ta spadała na kobiety, które utrzymywały intymne relacje z Niemcami.

Okupacyjna Warszawa, dzisiejsze rondo im. Romana Dmowskiego

Czasami napiętnowanie przybierało drastyczne formy. 13 maja 1944 r. w teatrze „Maska" Józef Grodnicki, dyrektor Teatru "Komedia" został wychłostany. Jednocześnie ogolono mu głowę, podobnie jak Witoldowi Zdzitowickiemu, kierownikowi artystycznemu „Maski". Sazany na tę samą karę Tymoteusz Ortym, którego wówczas nie było w teatrze, gdy dowiedział się o całym zajściu... sam sobie ogolił głowę.

To była pomyłka

W stosunku do pojedynczych wybryków i incydentów „nielojalności narodowej” stosowano jedynie upomnienie, które wysyłano tylko do danego delikwenta jako rodzaj ostrzeżenia. Kara śmierci zapadała w wypadku sytuacji, gdy działalność danej osoby zagrażała już życiu innych. Wyroki nie zawsze wykonywano natychmiastowo i czasami trwało to nawet kilka lat. Powodem tego była najczęściej ochrona, jaką posiadał zdrajca.

Niekiedy dochodziło jednak wręcz do trudno wyobrażanych w okupacyjnych realiach egzekucji. 15 kwietnia 1944 r. oddział egzekucyjny dowodzony przez ppor. Stanisława Sosabowskiego „Stasinka" zlikwidował w biały dzień na warszawskim Żoliborzu jednocześnie aż czterech skazanych na śmierć wyrokiem podziemnego sądu.

Bywało też tak, że to sama konspiracja musiała oczyszczać swoje szeregi z konfidentów. 30 sierpnia 1943 r. zastrzelono Tomasza Sandeckiego „Smuga", który jako łącznik „Wachlarza" wydał Niemcom wszystkie dane personalne członków podziemia i lokale konspiracyjne, jakie znał.

W podziemnym wymiarze sprawiedliwości zdarzały się także pomyłki. W przypadku nagan zamieszczano sprostowania. Dużo poważniej wyglądała sprawa anulowania wyroków śmierci. W 1943 r. na w wileńskim okręgu AK wybuchła afera związana z likwidacją dziennikarzy współpracujących z wydawanym przez Niemców „Gońcem Codziennym”. W marcu na tej podstawie zabito Czesława Ancerewicza, redaktora tego pisma. Oskarżenia o kolaborację padły również w stosunku do popularnego pisarza i dziennikarza Józefa Mackiewicza. Zapadł wyrok śmierci, którego wykonanie jednak zawieszono wskutek licznego wstawiennictwa członków podziemia, nie wierzących w winę pisarza. Wśród obrońców Mackiewicza znalazł się Sergiusz Piasecki, również pisarz, ale i egzekutor AK, który otrzymał rozkaz zabicia domniemanego kolaboranta.

Trudno niestety obliczyć ile wyroków śmierci wydano, a następnie wykonano przez pomyłkę. Najcięższy wymiar kary orzekano wtedy, gdy wina była bezsporna. Warunki okupacji jednak nie pozwalały na drobiazgowe śledztwo.

Jednakże najsmutniejszym paradoksem był to, że po wojnie ci, którzy likwidowali kolaborantów, sami o tę kolaborację zostali oskarżeni.





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA