cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności (https://kurierhistoryczny.pl/polityka-prywatnosci,7).

Wrzesień 1939 - samozagłada II RP

Krystian Skąpski, 10.10.2017

Żołnierze niemieccy 1 września 1939 r. na granicy z Polską

Chociażbyśmy się nie wiadomo jak pocieszali większymi i mniejszymi zwycięstwami nad Niemcami w 1939 r., to musimy sobie zdać sprawę, że kampania wrześniowa była dotkliwą porażką, do której sami doprowadzaliśmy.

Mimo wszystko katastrofa

Rzeczywiście, wojny naraz z III Rzeszą i ZSRR wygrać było nie sposób. Sami Niemcy posiadali kilkukrotną przewagę w ludziach i sprzęcie. Co gorsza, Polska nie zdążyła zmobilizować wszystkich swoich sił i do walki stanęło jedynie 3/5 wojska. Byliśmy też armią zapóźnioną technologicznie, co głównie wynikało z niedostatków finansowych II RP. Modernizacja sił zbrojnych, choć postępująca miała trwać jeszcze lata, a jej szczytowy okres zapowiadano na 1940-1942.

Wielu historyków uważa, że wrzesień 1939 r. mógłby wyglądać inaczej, gdyby wcześniej zrealizowano program rozbudowy armii. Podobnie wskazuje się, że polscy żołnierze byli lepiej wyszkoleni od Wehrmachtu. Mieliśmy też lepsze, lecz mniej liczne, czołgi Tp7, a nasza kawaleria biła się całkiem dobrze z oddziałami zmechanizowanymi. Polska przecież skuteczniej opierała się wrogowi niż potężna Francja. Daliśmy z siebie wszystko, ale po prostu przewaga była tak olbrzymia, że zwyczajnie nie daliśmy rady.

Trudno pozbyć się jednak wrażenia, że wrzesień 1939 r. był dla nas katastrofą. Niemal po dwóch tygodniach Niemcy poważnie zagrażali już Warszawie. Generałowie Rómmel, Fabrycy czy Dąb-Biernacki w obliczu klęski porzucili swoje armie. Niżsi oficerowie, jak płk. Dąbek czy kpt. Raginis nie mogąc dłużej się bronić popełniali samobójstwo. Odwrót trwał na całej linii. Na zachodzie zaczęła działać niemiecka V kolumna, z kolei we wschodniej Małopolsce ukraińscy nacjonaliści wzniecili antypolskie powstanie. Państwo polskie stopniowo przestawało istnieć.

 

Dla polskich żołnierzy Wrzesień był także osobistą tragedią. Dwaj późniejsi legendarni kurierzy Armii Krajowej, Jan Karski i Jan Nowak-Jeziorański zachowali podobne wspomnienia z tego czasu. Obydwaj byli wówczas podchorążymi artylerii konnej, choć w różnych oddziałach. Karski (wtedy jeszcze Kozielewski) miał poczucie wstydu za ten czas. Praktycznie nie walczył, ciągle się cofał. Szablę – nagrodę dla prymusa Szkoły Podchorążych Rezerwy Artylerii Konnej we Włodzimierzu Wołyńskich – porzucił gdzieś w rowie. Podkreślał wszechobecny chaos. Ten sam wątek pojawiał się w opowieściach Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Wspominał, że najboleśniejsze było poczucie upadku II RP – państwa, o którym myślał, że jest europejskim mocarstwem, a które nagle rozsypuje się jak domek z kart.

Nie były to wyjątki. Ludzie karmieni sanacyjną propagandą o mocarstwowej Polsce czuli się po prostu oszukani. To wrażenie potęgowała ucieczka władz do Rumunii, a w szczególności marszałka Edwarda Rydza-Śmigłego - Naczelnego Wodza, który porzucił swoich podkomendnych.

Zobacz, co by było gdyby marszałek Rydz-Śmigły nie uciekł w 1939 r.

Wielu żołnierzy wrześniowych nie oddało ani jednego strzału w kierunku w wroga. Nieumiejętnie dowodzeni, nierzadko przez tchórzliwych dowódców, jak wspomniani już Rómmel, Fabrycy czy Dąb-Biernacki, bezładnie wycofywali się, a potem szli do niewoli po przypadkowym natknięciu się na oddziały niemieckie. To było istne polowanie, gdzie zwierzyną byli polscy żołnierze. Przemykali bocznymi drogami, w dzień i w nocy uciekając przed nieprzyjacielem. Momenty takie, jak Wizna czy walki na Wybrzeżu, gdy stawialiśmy zacięty opór, który (trzeba powiedzieć to sobie brutalnie) nie miał żadnego znaczenia militarnego, nie powinny przesłaniać nam tego obrazu.

Polscy żołnierze wzięci do niewoli we wrześniu 1939 r.

Stan ówczesnego ducha, poczucia beznadziejności i upadku, najlepiej oddaje list pożegnalny oficera II Oddziału sztabu Grupy Operacyjnej "Piotrków", mjr Cezarego Niewęgłowskiego:

Ja mjr sypl. Cezary Niewęgłowski, odbieram sobie życie dziś dnia 7 IX 1939. Byłem żołnierzem z zamiłowania, nie dla kawałka chleba, byłem patriotą, może gwałtownym w swej ambicji, ale szczerym. Wierzyłem w swych wodzów, ale głęboko się zawiodłem. Przegranie wojny w pięć dni przez państwo o 34 mln ludzi - to klęska nie wojenna, lecz moralna. [...] Obecna klęska wykazała naszą nieudolność organizacyjną, brak przewidywania, a przy tym pyszałkowatość i bezdenną pewność siebie u różnych »wielkich« ludzi. To mnie załamało, gdyż ten zamęt i chaos, jaki zapanował, sprowadza na nas upokorzenia nie do zniesienia. Przez te kilka dni byłem na froncie świadkiem bohaterstwa i waleczności naszego żołnierza i nieudolności dowódców. Czy znowu mamy prosić francuskich dowódców batalionów, żeby nas uczyli dowodzenia? ( P. Stawecki, Oficerowie dyplomowani wojska Drugiej Rzeczypospolitej, Wrocław 1977, s. 192)

Mogliśmy wygrać?

Ktoś mógłby powiedzieć, że podobne doświadczenia mieli też żołnierze, którzy od lipca do sierpnia 1920 r. wycofywali się pod Warszawę pod naporem nawały bolszewickiej. Wtedy skończyło się to zwycięstwem i nikt już dzisiaj tego nieszczęsnego czasu nie przypomina. Z kolei gdyby Sowieci nie weszli 17 września 1939 r. to wielce prawdopodobne, że Blitzkrieg straciłby impet. W połowie września niemieckie zmechanizowane i pancerne dywizje musiały stawać w polu z powodu braku paliwa. Nad Bzurą pokazano, że Niemców można skutecznie bić, a obrona na linii wielkich rzek tężała. Nawet gdyby zatem sojusznicy nie przyszli nam z pomocą, to był jeszcze spory obszar do obrony, jak choćby osławione przedmoście rumuńskie, które przecież było obszarem górskim, trudnym do zdobycia. W takim układzie być może wojny byśmy nie wygrali, ale mogliśmy ją mniej przegrać.

Być może tak by było, lecz polscy decydenci nie mogli zapominać, że za naszymi plecami był wrogi ZSRR, który w obliczu naszych klęsk najprawdopodobniej będzie skłonny wbić nam nóż w plecy. W 1920 r. wprawdzie mieliśmy za sobą równie nieprzyjazne nam Niemcy, ale były one wtedy w znacznie gorszej sytuacji politycznej i same obawiały się, że będą następną ofiarą bolszewików.

Niedoszły sojusz polsko-niemiecki przeciw bolszewikom.

Co gorsza, polskie dowództwo doskonale zdawało sobie sprawę, że pierwsze 8-14 dni wojny będzie miało taki właśnie katastrofalnym przebieg. Ze względów politycznych marszałek Edward Rydz-Śmigły zdecydował o wystawieniu większości sił do walki na granicach. Mieliśmy zamanifestować sojusznikom, że bijemy się mocno od pierwszych dni. Racje wojskowe przemawiały jednak za zdecydowaną obroną dopiero na linii Narew-Wisła-San, lecz wówczas Niemcy mogli szybko zająć zachodnie prowincje i ogłosić koniec wojny. Nie brano jednakże pod uwagę, że Hitlerowi zależy na całkowitym wyeliminowaniu Polski.

Być może, gdybyśmy założyli inną strategię obrony, to wyglądałoby to lepiej. Przeciągająca się wojna mogła zmusić sojuszników do reakcji. Lecz tak się nie stało. Polskie władze sądziły, że wielka manifestacja zbrojna prędzej skłonni Francuzów i Brytyjczyków do wejścia do akcji. We Wrześniu Niemcy rzucili na front walki z Polską 4/5 swoich sił. Ta część, która pozostała na zachodzie była nie dość, że niewielka to jeszcze słabo uzbrojona. Tym samym atak od zachodu, z czym liczył się zresztą Hitler, mógł zmienić losy wojny w Polsce.

Frajerzy

Polacy całą wiarę pokładali w sojuszników. Wehrmachtu przed wybuchem wojny nikt nie doceniał. Dla społeczeństwa polskiego sojusz Francji, Wielkiej Brytanii i Polski był tak potężny, że III Rzesza miała nie mieć żadnych szans. Co więcej, istniało przekonanie wśród niektórych dowódców, jak nieszczęsny Dąb-Biernacki, że już niedługo polscy ułani będą poić swoje konie w Sprewie.

Przedwojenna propaganda utwierdzała Polaków w przekonaniu, że Niemcy nie mają z nami czas. Tak naprawdę wiele rzeczy zwiastowało zbliżającą się katastrofę.

Niepokojące sygnały, co do intencji naszych aliantów były jednak dostrzegalne. Gdy Polska w 1939 r. zabiegała o zakup w Wielkiej Brytanii sprzętu z demobilu spotkała się ze stanowczym sprzeciwem. Udzielona nam wówczas pożyczka praktycznie była nie do zrealizowania. Polacy mogli nabyć uzbrojenie tylko w przemyśle brytyjskim, ale dopiero w momencie, gdy ten wypełni potrzeby rodzimej armii, czyli tak naprawdę nigdy. Pocieszano się jednakże podpisanymi układami, gwarancjami potężnego sojusznika i…doskonałym przyjęciem ministra Becka w Londynie. Brytyjczycy obserwując reakcje polskie mogli powtarzać za Talleyrandem: uprzejmość tak niewiele kosztuje, a tak wiele można za nią kupić.

Zdarzali się jednak też tacy oficerowie, do których momentami docierało Realne – prawdziwy stan rzeczywistości, że sojusznicy wcale nie zamierzają nam pomóc, a wojna będzie dla nas katastrofą. II zastępca szefa Sztabu Generalnego płk Józef Jaklicz w sierpniu 1939 r. na pytanie: co będzie jak wybuchnie wojna? Miał odpowiedzieć: to proste – dostaniemy w dupę. Bez pomocy z zewnątrz nie mieliśmy żadnych szans.

Polscy decydenci mogli zatem zdawać sobie sprawę, że oprócz papierowych gwarancji nie mają żadnej pewności, że w obliczu konfliktu nie zostaną sami. Przecież nie było na polskiej ziemi żadnego francuskiego korpusu ekspedycyjnego, żadnego Royal Navy na Bałtyku. Byliśmy sami z zapewnieniem w stylu jak pokażecie, że walczycie to przyjdziemy z wam z pomocą.

Polskie władze nie zrobiły wszystkiego co mogły, by przystępując do tego konfliktu realnie zabezpieczyć nas przed samotną walką. Weszliśmy do wojny jako pierwsi, mając pełną świadomość, że pierwsze kilkanaście dni będą czasem spektakularnych klęsk; z brakiem pewności, że ktoś nam pomoże później i z poważnym ryzkiem, że nasze porażki sprowokują wrogie nam państwo do ataku od tyłu. Rację miał publicysta Rafał Ziemkiewicz nazywając ówczesne działania II RP pięknym samobójstwem





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA