cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności.

Piątek, 19.08.2022

Uciec do… PRL-u

Agata Bielecka, 10.07.2019

Kolejka po papier toaletowy w PRL

Chociaż często słyszy się opinie osób pochlebnie wyrażających się o czasach Gomułki czy Gierka, posługujących się nawet zwrotem „komuno, wróć!”, dla wielu powrót do czasów powojennych nie kojarzy się zbyt dobrze. Ingerowanie cenzury, ograniczanie wolności słowa, a później także puste półki to tylko niektóre z uciążliwości, z którymi ludzie musieli sobie radzić na co dzień. Tym bardziej dziwi i zastanawia, jak ktoś mógłby z własnej woli tu przyjechać i osiąść na stałe. A jednak, jak pokazuje historia, nie były to wcale tak rzadkie przypadki.

Zaczęło się od zęba

Renate Marsch, świeżo upieczona prawniczka, nawet nie śniła o wyjeździe do Polski. Po ukończeniu studiów ruszyła do Paryża, gdzie – nieco wbrew swemu wykształceniu – pragnęła tworzyć poezję. Przez cztery lata chwytała się jednorazowych zleceń, aby mieć za co wyżyć, a w wolnych chwilach dyskutowała o wszystkim – polityce, wojnie, literaturze. Był schyłek lat 50., świat cały czas przyzwyczajał się do powojennego ładu. Przełom w życiu młodej kobiety nastąpił w 1962 r., kiedy… rozbolał ją ząb. Pieniędzy nie wystarczało na leczenie, więc Marsch zaczęła desperacko szukać nowej pracy. Tak, bardziej z przypadku niż świadomego wyboru, trafiła do Deutsche Presse Agentur (DPA), gdzie zaczęła pracę jako sekretarka. Ze swoim talentem literackim zaczęła pisać krótkie notki nt. kultury, a niedługo potem wysłano ją na staż do Hamburga w celu podszlifowania umiejętności. W 1965 r. zwolniła się posada korespondenta w Warszawie. Redaktorka przyjęła ją bez wahania. Praktycznie od razu miała o czym pisać – polscy biskupi bez konsultacji z władzami wystosowali do niemieckich duchownych słynny list Przebaczamy i prosimy o wybaczenie. Zaledwie pół roku później miały miejsce Obchody Tysiąclecia Chrztu Polski połączone z peregrynacją obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, które władze usiłowały przyćmić Obchodami Tysiąclecia Państwa Polskiego. Relacje z tych wydarzeń, a także rzeczywistość szarej codzienności Polaków za sprawą Renate Marsch stawały się bliższe obywatelom Niemiec.

Plac Wilsona i Kino Wisła w Warszawie, lata 60

Mimo że życie korespondentów w Polsce było znacznie łatwiejsze niż zwykłych obywateli – mieli np. dostęp do specjalnych sklepów, w których nie ograniczano dostaw nawet w czasach największego kryzysu – to ucisk władzy dosięgnął także Marsch. Po wprowadzeniu stanu wojennego wszystkie teksty trafiały do biura cenzora w MSZ, a po kilku godzinach wracały z wykreślonymi zdaniami. Dziennikarka wymyśliła sposób na wymuszenie zmian – w miejsce usuniętych przez władze zdań wstawiała puste miejsca, które rodziły w głowach czytelników najróżniejsze domysły. Zastosowanie triku odniosło sukces – w 1982 r. przestano ingerować w teksty korespondentów. Kolejne osiągnięcie na koncie redaktorki to zdobycie w 1989 r. prestiżowej nagrody im. Theodora Wolffa - otrzymała ją za relacjonowanie wydarzeń z czerwca tego roku, a także opisy tego, jak Polska wkraczała w świat demokracji. Był to także powód, dla którego zakończyła swoją karierę w zawodzie. Po problemach związanych z reformą gospodarczą i hiperinflacją Marsch utożsamiono z kapitalistyczną transformacją. Zdecydowała opuścić Warszawę, ale nie Polskę. Osiadła na Mazurach, ponieważ, jak sama mówiła, za bardzo się spolonizowała i odzwyczaiła się od niemieckiego porządku, by tam wrócić. W 2013 r. została odznaczona Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski za wybitne zasługi we wspieraniu przemian demokratycznych w Polsce, za dawanie świadectwa prawdzie o sytuacji w Polsce w czasie stanu wojennego, za osiągnięcia w działalności dziennikarskiej.

Najbogatszy i najbardziej utalentowany

Historia Ignacego Soszyńskiego zaczyna się pod Poznaniem, gdzie posiadając niewielkie doświadczenie założył firmę perfumeryjną Marsylianka. Jej działalność przerwał wybuch II wojny światowej, a właściciel wyjechał z bratem do stolicy, w której kontynuował pracę w tej samej dziedzinie. Po wojnie, widząc stosunek władz do prywatnych przedsiębiorstw, założył Piotrkowskie Zakłady Chemiczne; nazwa miała nasuwać skojarzenia z państwową firmą. Komunistów nie dało się jednak tak łatwo oszukać, toteż Soszyński, po ukończeniu studiów, ruszył szukać szczęścia we Francji. W ojczyźnie zostawił żonę z trójką dzieci. Dzięki ciężkiej pracy i doświadczeniu zdobytemu w jednym z zakładów na południu kraju, przedsiębiorcy udało się utworzyć w Paryżu kolejną firmę, jednak szczęście nie trwało długo – polski konsulat, wobec niejasnego statusu mężczyzny, odmówił przedłużenia paszportu, a Francuzi cofnęli mu prawo pobytu. Soszyński postanowił więc popłynąć do Algieru, skąd dojechał do Maroka. Po trzech latach miał już własne przedsiębiorstwo, zajmujące się produkcją olejków eterycznych i owocowych koncentratów. Lecz los znowu postanowił spłatać figla. W 1974 r., 7 lat po zarejestrowaniu działalności, w Maroku ogłoszono przejęcie prywatnych firm przez państwo. Szczęśliwie zbiegło się to jednak w czasie z ogłoszonym przez Gierka zaproszeniem zagranicznych inwestorów do Polski. W 1980 r., po pokonaniu gąszczy zawiłych przepisów, w Poznaniu otworzył się pierwszy zakład Inter Fragrances. Była to jedna z tzw. firm polonijnych, jak nazywano zakładane przez obcokrajowców interesy.

Więcej opowieści o imigrantach przybywających do Polski
można znaleźć w książce Wybrałem Pol(s)kę

Soszyńskiemu zapewne nie udałoby się osiągnąć takiego sukcesu, gdyby nie jego smykałka do biznesu i umiejętność dostosowania się do potrzeb klientów. Zaczął od sprzedaży aromatów spożywczych – towaru, którego w Polsce tamtego okresu ze świecą szukać. Gdy inflacja galopowała, a cukiernikom brakowało mąki do pieczenia swoich wyrobów, przedsiębiorca rozpoczął produkcję smakowych zapraw do wódki. Potem przyszedł czas na kolejne produkty – wodę do płukania ust, proszek do zębów, płyn do włosów czy mydło. Wszystkie z powodzeniem zastępowały artykuły higieniczne w czasach, gdy zdobycie ich graniczyło z cudem. Ponadto Soszyński potrafił także nawiązać korzystną współpracę z podupadającymi spółkami: ratując je przed bankructwem, sam pomnażał i tak już gigantyczny majątek. W jego życiorysie występują jednak pewne cienie. Jeszcze przed opuszczeniem Polski współpracował z Urzędem Bezpieczeństwa, regularnie donosząc na swoich współpracowników. Wpadł banalnie – upojony alkoholem przechwalał się znajomemu, że nie musi się bać Ubecji. Donos na niego był jedną z przyczyn wyjazdu do Paryża.

Kłopoty zaczęły się także wtedy, gdy zaczęto poszukiwania kogoś, kogo można było obarczyć za ciągły brak towaru w sklepach. Najłatwiej było zwalić winę na firmy polonijne. Do tych problemów doszły także kruczki prawne – niewłaściwe zezwolenia, zawyżanie cen produktów czy zbijanie fortuny na skupie za bezcen polskich produktów i sprzedawanie ich na Zachód z dużym zyskiem. Soszyński zmarł w Hanowerze, czując, że w Polsce nie jest już bezpieczny. Jego przedsiębiorstwa, dzięki podatkom, zapewniły państwu ponad 3 miliardy złotych zysku.

Polak z Ameryki

Kiedy młody Kubańczyk, Jose Torres, przyjechał do Polski na studia, był zaskoczony, że oczekuje się od niego wyłącznie nauki. W swojej ojczyźnie podczas wakacji dzieci i studentów wysyłano do pracy na plantacjach na obowiązkowe 45 dni. Podobnie zaskoczony był kiedy jego polscy koledzy obrażali ZSRR. Zaślepiony latami propagandy, dopiero po odcięciu od kubańskiego środowiska zaczął zauważać, w jakim kłamstwie do tej pory żył. Jak każdy Kubańczyk od najmłodszych lat wierzył bowiem, że Rosjanie są inteligentnym i pracowitym narodem, a Amerykanów obarczał za liczne problemy, które ich dotykały. Torres należał także do Związku Młodzieży Socjalistycznej, ale to nie polityka była jego pasją. Od dziecka uczył się gry na perkusji w najlepszych szkołach, więc kiedy dostał pozwolenie na wyjazd na stypendium, czuł się największym szczęściarzem na kubańskim podwórku. Mając do wyboru Polskę i Bułgarię, wybrał tę pierwszą, przekonany, że z racji sąsiedztwa ZSRR musi to być kraj niesamowicie bogaty. Muzyk trafił najpierw do Łodzi, a potem do Wrocławia. Właśnie tam, odcięty od dotychczasowego środowiska i wrzucony w zupełnie inne, zaczął rozumieć, jak działała indoktrynacja i że „bratnia pomoc” była tak naprawdę wysyłaniem zbędnych Sowietom produktów. Tak przyzwyczaił się do nowego otoczenia, że po miesiącu wakacji w ojczyźnie zapragnął wrócić do Polski.

Wkrótce znalazł kolejne powody do pozostania w Europie – dziewczynę i nabierającą tempa karierę. Zaczął grać z Johnem Porterem, wcześniej związanym z zespołem Maanam, Tomaszem Stańką czy Wojciechem Karolakiem. W lutym 1984 r. Torres dostał pilne wezwanie na spotkanie z ambasadorem Kuby w Warszawie. Na miejscu okazało się, że czeka go podróż do Leningradu. W Związku Radzieckim Kubańczyk dowiedział się, że wraz z kilkoma rodakami zostaje natychmiastowo odesłany do ojczyzny. Powodem była praca zarobkowa poza granicami kraju, co dla Torresa było szokiem. Całe życie wpajano mu wartość pracy, a teraz miał być za nią ukarany? Sytuacja na wyspie nie była łatwa – oprócz problemów z wyjazdem doszło jeszcze wezwanie do wojska, które udało się ominąć dzięki zaświadczeniu o studiach na wrocławskiej Akademii Muzycznej. W końcu, dzięki wydanemu na zaledwie 3 miesiące zaproszeniu do Polski, perkusista znalazł się w swojej nowej ojczyźnie, a wkrótce otrzymał także kartę stałego pobytu. W 1988 r. Torres formalnie stał się polskim obywatelem. Los, od którego wielu uciekało, będący do tej pory dla Latynosa tylko marzeniem, stał się rzeczywistością.

***

Nie sposób nie zauważyć, że wszystkie te historie łączy pewien łut szczęścia – zwolnienie się odpowiednej posady, rozporządzenie zapraszające cudzoziemców do Polski oraz otrzymanie tutaj stypendium. To samo szczęście towarzyszyło trójce, z mniejszymi lub większymi przerwami, podczas całej ich polskiej kariery. Takich jak oni było wielu innych, obcokrajowców często przyciągały uczucia, interesy, oferty pracy a także uczelnie, na których mogli zdobywać swoje szlify. Szkoda tylko, że nie ze wszystkimi los obszedł się tak łaskawie – znacznie więcej było bowiem zwykłych obywateli, borykających się z trudnościami codziennego, szarego życia.

Artykuł napisano w oparciu o książkę Wybrałem Pol(s)kę Przemysława Semczuka.





Udostępnij ten artykuł

,

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA