cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności (https://kurierhistoryczny.pl/polityka-prywatnosci,7).

Uciec do… PRL-u

Agata Bielecka, 10.07.2019

Kolejka po papier toaletowy w PRL

Chociaż często słyszy się opinie osób pochlebnie wyrażających się o czasach Gomułki czy Gierka, posługujących się nawet zwrotem „komuno, wróć!”, dla wielu powrót do czasów powojennych nie kojarzy się zbyt dobrze. Ingerowanie cenzury, ograniczanie wolności słowa, a później także puste półki to tylko niektóre z uciążliwości, z którymi ludzie musieli sobie radzić na co dzień. Tym bardziej dziwi i zastanawia, jak ktoś mógłby z własnej woli tu przyjechać i osiąść na stałe. A jednak, jak pokazuje historia, nie były to wcale tak rzadkie przypadki.

Zaczęło się od zęba

Renate Marsch, świeżo upieczona prawniczka, nawet nie śniła o wyjeździe do Polski. Po ukończeniu studiów ruszyła do Paryża, gdzie – nieco wbrew swemu wykształceniu – pragnęła tworzyć poezję. Przez cztery lata chwytała się jednorazowych zleceń, aby mieć za co wyżyć, a w wolnych chwilach dyskutowała o wszystkim – polityce, wojnie, literaturze. Był schyłek lat 50., świat cały czas przyzwyczajał się do powojennego ładu. Przełom w życiu młodej kobiety nastąpił w 1962 r., kiedy… rozbolał ją ząb. Pieniędzy nie wystarczało na leczenie, więc Marsch zaczęła desperacko szukać nowej pracy. Tak, bardziej z przypadku niż świadomego wyboru, trafiła do Deutsche Presse Agentur (DPA), gdzie zaczęła pracę jako sekretarka. Ze swoim talentem literackim zaczęła pisać krótkie notki nt. kultury, a niedługo potem wysłano ją na staż do Hamburga w celu podszlifowania umiejętności. W 1965 r. zwolniła się posada korespondenta w Warszawie. Redaktorka przyjęła ją bez wahania. Praktycznie od razu miała o czym pisać – polscy biskupi bez konsultacji z władzami wystosowali do niemieckich duchownych słynny list Przebaczamy i prosimy o wybaczenie. Zaledwie pół roku później miały miejsce Obchody Tysiąclecia Chrztu Polski połączone z peregrynacją obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, które władze usiłowały przyćmić Obchodami Tysiąclecia Państwa Polskiego. Relacje z tych wydarzeń, a także rzeczywistość szarej codzienności Polaków za sprawą Renate Marsch stawały się bliższe obywatelom Niemiec.

Plac Wilsona i Kino Wisła w Warszawie, lata 60

Mimo że życie korespondentów w Polsce było znacznie łatwiejsze niż zwykłych obywateli – mieli np. dostęp do specjalnych sklepów, w których nie ograniczano dostaw nawet w czasach największego kryzysu – to ucisk władzy dosięgnął także Marsch. Po wprowadzeniu stanu wojennego wszystkie teksty trafiały do biura cenzora w MSZ, a po kilku godzinach wracały z wykreślonymi zdaniami. Dziennikarka wymyśliła sposób na wymuszenie zmian – w miejsce usuniętych przez władze zdań wstawiała puste miejsca, które rodziły w głowach czytelników najróżniejsze domysły. Zastosowanie triku odniosło sukces – w 1982 r. przestano ingerować w teksty korespondentów. Kolejne osiągnięcie na koncie redaktorki to zdobycie w 1989 r. prestiżowej nagrody im. Theodora Wolffa - otrzymała ją za relacjonowanie wydarzeń z czerwca tego roku, a także opisy tego, jak Polska wkraczała w świat demokracji. Był to także powód, dla którego zakończyła swoją karierę w zawodzie. Po problemach związanych z reformą gospodarczą i hiperinflacją Marsch utożsamiono z kapitalistyczną transformacją. Zdecydowała opuścić Warszawę, ale nie Polskę. Osiadła na Mazurach, ponieważ, jak sama mówiła, za bardzo się spolonizowała i odzwyczaiła się od niemieckiego porządku, by tam wrócić. W 2013 r. została odznaczona Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski za wybitne zasługi we wspieraniu przemian demokratycznych w Polsce, za dawanie świadectwa prawdzie o sytuacji w Polsce w czasie stanu wojennego, za osiągnięcia w działalności dziennikarskiej.

Najbogatszy i najbardziej utalentowany

Historia Ignacego Soszyńskiego zaczyna się pod Poznaniem, gdzie posiadając niewielkie doświadczenie założył firmę perfumeryjną Marsylianka. Jej działalność przerwał wybuch II wojny światowej, a właściciel wyjechał z bratem do stolicy, w której kontynuował pracę w tej samej dziedzinie. Po wojnie, widząc stosunek władz do prywatnych przedsiębiorstw, założył Piotrkowskie Zakłady Chemiczne; nazwa miała nasuwać skojarzenia z państwową firmą. Komunistów nie dało się jednak tak łatwo oszukać, toteż Soszyński, po ukończeniu studiów, ruszył szukać szczęścia we Francji. W ojczyźnie zostawił żonę z trójką dzieci. Dzięki ciężkiej pracy i doświadczeniu zdobytemu w jednym z zakładów na południu kraju, przedsiębiorcy udało się utworzyć w Paryżu kolejną firmę, jednak szczęście nie trwało długo – polski konsulat, wobec niejasnego statusu mężczyzny, odmówił przedłużenia paszportu, a Francuzi cofnęli mu prawo pobytu. Soszyński postanowił więc popłynąć do Algieru, skąd dojechał do Maroka. Po trzech latach miał już własne przedsiębiorstwo, zajmujące się produkcją olejków eterycznych i owocowych koncentratów. Lecz los znowu postanowił spłatać figla. W 1974 r., 7 lat po zarejestrowaniu działalności, w Maroku ogłoszono przejęcie prywatnych firm przez państwo. Szczęśliwie zbiegło się to jednak w czasie z ogłoszonym przez Gierka zaproszeniem zagranicznych inwestorów do Polski. W 1980 r., po pokonaniu gąszczy zawiłych przepisów, w Poznaniu otworzył się pierwszy zakład Inter Fragrances. Była to jedna z tzw. firm polonijnych, jak nazywano zakładane przez obcokrajowców interesy.

Więcej opowieści o imigrantach przybywających do Polski
można znaleźć w książce Wybrałem Pol(s)kę

Soszyńskiemu zapewne nie udałoby się osiągnąć takiego sukcesu, gdyby nie jego smykałka do biznesu i umiejętność dostosowania się do potrzeb klientów. Zaczął od sprzedaży aromatów spożywczych – towaru, którego w Polsce tamtego okresu ze świecą szukać. Gdy inflacja galopowała, a cukiernikom brakowało mąki do pieczenia swoich wyrobów, przedsiębiorca rozpoczął produkcję smakowych zapraw do wódki. Potem przyszedł czas na kolejne produkty – wodę do płukania ust, proszek do zębów, płyn do włosów czy mydło. Wszystkie z powodzeniem zastępowały artykuły higieniczne w czasach, gdy zdobycie ich graniczyło z cudem. Ponadto Soszyński potrafił także nawiązać korzystną współpracę z podupadającymi spółkami: ratując je przed bankructwem, sam pomnażał i tak już gigantyczny majątek. W jego życiorysie występują jednak pewne cienie. Jeszcze przed opuszczeniem Polski współpracował z Urzędem Bezpieczeństwa, regularnie donosząc na swoich współpracowników. Wpadł banalnie – upojony alkoholem przechwalał się znajomemu, że nie musi się bać Ubecji. Donos na niego był jedną z przyczyn wyjazdu do Paryża.

Kłopoty zaczęły się także wtedy, gdy zaczęto poszukiwania kogoś, kogo można było obarczyć za ciągły brak towaru w sklepach. Najłatwiej było zwalić winę na firmy polonijne. Do tych problemów doszły także kruczki prawne – niewłaściwe zezwolenia, zawyżanie cen produktów czy zbijanie fortuny na skupie za bezcen polskich produktów i sprzedawanie ich na Zachód z dużym zyskiem. Soszyński zmarł w Hanowerze, czując, że w Polsce nie jest już bezpieczny. Jego przedsiębiorstwa, dzięki podatkom, zapewniły państwu ponad 3 miliardy złotych zysku.

Polak z Ameryki

Kiedy młody Kubańczyk, Jose Torres, przyjechał do Polski na studia, był zaskoczony, że oczekuje się od niego wyłącznie nauki. W swojej ojczyźnie podczas wakacji dzieci i studentów wysyłano do pracy na plantacjach na obowiązkowe 45 dni. Podobnie zaskoczony był kiedy jego polscy koledzy obrażali ZSRR. Zaślepiony latami propagandy, dopiero po odcięciu od kubańskiego środowiska zaczął zauważać, w jakim kłamstwie do tej pory żył. Jak każdy Kubańczyk od najmłodszych lat wierzył bowiem, że Rosjanie są inteligentnym i pracowitym narodem, a Amerykanów obarczał za liczne problemy, które ich dotykały. Torres należał także do Związku Młodzieży Socjalistycznej, ale to nie polityka była jego pasją. Od dziecka uczył się gry na perkusji w najlepszych szkołach, więc kiedy dostał pozwolenie na wyjazd na stypendium, czuł się największym szczęściarzem na kubańskim podwórku. Mając do wyboru Polskę i Bułgarię, wybrał tę pierwszą, przekonany, że z racji sąsiedztwa ZSRR musi to być kraj niesamowicie bogaty. Muzyk trafił najpierw do Łodzi, a potem do Wrocławia. Właśnie tam, odcięty od dotychczasowego środowiska i wrzucony w zupełnie inne, zaczął rozumieć, jak działała indoktrynacja i że „bratnia pomoc” była tak naprawdę wysyłaniem zbędnych Sowietom produktów. Tak przyzwyczaił się do nowego otoczenia, że po miesiącu wakacji w ojczyźnie zapragnął wrócić do Polski.

Wkrótce znalazł kolejne powody do pozostania w Europie – dziewczynę i nabierającą tempa karierę. Zaczął grać z Johnem Porterem, wcześniej związanym z zespołem Maanam, Tomaszem Stańką czy Wojciechem Karolakiem. W lutym 1984 r. Torres dostał pilne wezwanie na spotkanie z ambasadorem Kuby w Warszawie. Na miejscu okazało się, że czeka go podróż do Leningradu. W Związku Radzieckim Kubańczyk dowiedział się, że wraz z kilkoma rodakami zostaje natychmiastowo odesłany do ojczyzny. Powodem była praca zarobkowa poza granicami kraju, co dla Torresa było szokiem. Całe życie wpajano mu wartość pracy, a teraz miał być za nią ukarany? Sytuacja na wyspie nie była łatwa – oprócz problemów z wyjazdem doszło jeszcze wezwanie do wojska, które udało się ominąć dzięki zaświadczeniu o studiach na wrocławskiej Akademii Muzycznej. W końcu, dzięki wydanemu na zaledwie 3 miesiące zaproszeniu do Polski, perkusista znalazł się w swojej nowej ojczyźnie, a wkrótce otrzymał także kartę stałego pobytu. W 1988 r. Torres formalnie stał się polskim obywatelem. Los, od którego wielu uciekało, będący do tej pory dla Latynosa tylko marzeniem, stał się rzeczywistością.

***

Nie sposób nie zauważyć, że wszystkie te historie łączy pewien łut szczęścia – zwolnienie się odpowiednej posady, rozporządzenie zapraszające cudzoziemców do Polski oraz otrzymanie tutaj stypendium. To samo szczęście towarzyszyło trójce, z mniejszymi lub większymi przerwami, podczas całej ich polskiej kariery. Takich jak oni było wielu innych, obcokrajowców często przyciągały uczucia, interesy, oferty pracy a także uczelnie, na których mogli zdobywać swoje szlify. Szkoda tylko, że nie ze wszystkimi los obszedł się tak łaskawie – znacznie więcej było bowiem zwykłych obywateli, borykających się z trudnościami codziennego, szarego życia.

Artykuł napisano w oparciu o książkę Wybrałem Pol(s)kę Przemysława Semczuka.





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA