cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności (https://kurierhistoryczny.pl/polityka-prywatnosci,7).

Uciec, ale dokąd? Droga polskiego emigranta do Ameryki

Paweł Filipiak, 27.05.2019

Imigranci na pokładzie statku, pocz. XX w.

Stany Zjednoczone przez wiele dziesięcioleci jawiły się Polakom jako miejsce gdzie trawa jest zieleńsza, a życie staje się dużo łatwiejsze. Ogromna fala polskiej emigracji ruszyła do Stanów Zjednoczonych już w XIX wieku. Była to często ucieczka od głodu, biedy i represji. Ale od czego trzeba było zacząć? Na co uważać? I co robić kiedy już do Ameryki udało się dostać?

Historia polskiej emigracji do Ameryki sięga praktycznie pierwszych prób osadnictwa ludności europejskiej na kontynencie północnoamerykańskim. Nasi rodacy opisani w  kronikach  jako Robert a Polonian i Matthew the Polander byli np. członkami załogi statku „Mary and Margaret”, który w 1608 roku przybył do Wirginii. Polacy jako doskonali rzemieślnicy, sprowadzeni zostali do Ameryki by pomagać w budowie pierwszych osad w Nowym Świecie. Były to jednak odosobnione przypadki. Na prawdziwą falę polskiej emigracji do Stanów Zjednoczonych przyjdzie nam czekać do drugiej połowy XIX wieku. Wówczas to, w przeciągu niewiele ponad czterdziestu lat ziemie polskie opuści prawie 4 miliony ludzi.

Sytuacja społeczeństwa polskiego w tamtym okresie była nie do pozazdroszczenia. Szczególnie dramatycznie wyglądała ona w Galicji i Królestwie Polskim. Wszechogarniająca bieda i represje ze strony władz były na porządku dziennym. Co więcej między rokiem 1795 a 1910 doszło na ziemiach polskich do prawdziwej eksplozji demograficznej. Liczba ludność zwiększyła się z 12 do 34 milionów. Średniej wielkości gospodarstwo (od 2 do 5 ha) nie dawało więc większej nadziei na godziwe życie. Liczba bezrolnych chłopów rosła. Jedną z nielicznych szansą na poprawę swojej doli była emigracja. Nie dziwi więc fakt, że przytłaczającą część polskich emigrantów tamtego okresu stanowili właśnie małorolni, niepiśmienni chłopi. Ostatecznie kierowani coraz większą desperacją i biedą decydowali się na wyjazd z kraju. Rodziło się tylko jedno pytanie. Gdzie? Choćby i do odległej „Hameryki”.

Wieś galicyjska w 1920 r.

Stany Zjednoczone przełomu XIX i XX wieku to kraj o ogromnej potrzebie nowych rąk do pracy. Rozpędzająca się gospodarka była w stanie przyjąć zarówno wyspecjalizowanych niemieckich inżynierów, emigrantów z chińskich jak również, niepiśmiennych polskich chłopów. Fakt ten powodował więc, że coraz powszechniejsza stawała się rekrutacja potencjalnych robotników amerykańskich hut, kopalń i zakładów przemysłowych już w Europie. Ziemie polskie nie były tu wyjątkiem. Specjalnie wyspecjalizowani agenci emigracyjni i „naganiacze” roztaczali więc przed ludźmi wizję Stanów Zjednoczonych jako krainy mlekiem i miodem płynącej i rekrutowali chętnych do pracy. Jeżeli byłeś na tyle odważny by ruszyć w nieznane i stać cię było na bilet okrętowy (od 60 do 70 złotych reńskich), bramy do Ameryki stały dla ciebie otworem. Agenci pomagali niepiśmiennym polskim chłopom przebrnąć przez wstępne formalności. Niestety bardzo łatwo można było paść ofiarą oszustów, którzy liczyli na naiwność i desperację polskiego chłopa. Istotną pomoc stanowili za to znajomi i bliscy, którzy w Stanach Zjednoczonych już się znajdowali. Przysyłali pieniądze na bilety, a w listach ostrzegali swoich ziomków o czyhających na nich niebezpieczeństwach i dawali rady jak cało i bezpiecznie dotrzeć do amerykańskiej ziemi obiecanej. Ściąganie do Stanów całych rodzin, sąsiadów bądź bliższych lub dalszych znajomych będzie typowy dla polskiej emigracji zjawiskiem.

Po zakupie biletu emigrant starał się jak najszybciej sprzedać swój dobytek, tak aby zdobyć pieniądze na drogę, a to co z nich zostanie okazać przy dość skrupulatnej kontroli w punkcie emigracyjnym już w USA (posiadanie odpowiedniej sumy gotówki było w późniejszym okresie jednym z podstawowych wymogów amerykańskich procedur emigracyjnych). Kiedy udało mu się spieniężyć swój skromny majątek, nic już nie stało na przeszkodzie aby ruszyć w drogę. Udawał się więc chłop (często z dużą częścią swojej rodziny) do najbliższego dużego miasta zaopatrzonego w połączenie kolejowe aby pociągiem dostać się do któregoś portów nad Morzem Północnym. Podróż koleją trwać mogła od 3 do 4 dni. Pasażerowi trzeciej klasy podróżowali w ogromnym ścisku i pozbawieni wszelkich wygód. Zapewne nie spodziewali się że ich rejs transatlantykiem do USA odbywać się będzie w jeszcze gorszych warunkach.

Więcej na temat losów polskich emigrantów w Stanach
Zjednoczonych można znaleźć w książce Po dolary i wolność

Tuż przed wejściem na pokład podróżni przechodzili pierwszą kontrolę, która polegała na „odsiewie” ludzi chorych, karanych czy zniedołężniałych. Wszyscy z wyjątkiem przed chwilą wymienionych mogli wejść na pokład statku i bardzo często po raz pierwszy w życiu zobaczyć morze i ocean. Biedni imigranci byli pasażerami trzeciej klasa, a ich pokład znajdował się najczęściej już poniżej linii wody. Pokłady powyżej były zarezerwowane dla przedstawicieli klasy średniej i wyższej. Luksus i bogactwo pierwszej klasy ostro kontrastowało z warunkami panującymi w miejscu gdzie rejs spędzali ubodzy emigranci z Europy. Ogromny ścisk, kiepskie jedzenie i urągające wszelkim normom warunki sanitarne sprawiały, że rejs transatlantykiem dla wielu podróżujących był iście traumatycznym przeżyciem. Na szczęście dla emigrantów czas podróży z Europy do Ameryki skracał się praktycznie każdego roku. W 1912 roku przeciętny transatlantyk pokonywał tę trasę w ok. 7 - 8 dni. Wpływając do Zatoki Nowojorskiej oczom podróżnych okazywała się majacząca na horyzoncie Liberty Island i wieżowce Manhattanu. Dla polskiego chłopa z zapuszczonej galicyjskiej wsi taki widok był czymś nie do opisania. Jak z innego świata. Lecz ani Manhattan, ani Wyspa Wolności nie były miejscami do których musieli się oni udać w pierwszej kolejności. Zaraz po przypłynięciu do Stanów Zjednoczonych byli transportowani do stacji imigracyjna na Ellis Island. 

Stacja na Ellis Island oddana została do użytku w 1892 roku. Zastępowała ona poprzednie miejsce przyjmowania emigrantów z Europy w Castle Garden na Manhattanie, które nie było już w stanie obsłużyć setek tysięcy ludzi napływających do USA. Każdy nowo przybywający emigrant miał być poddany dokładnej procedurze sprawdzającej min. jego stan zdrowia, zdolności umysłowe czy „kartotekę kryminalną”. Pierwsza część kontroli medycznej odbywała się jeszcze na wodach Zatoki Nowojorskiej. Tam na pokład statku płynącego na Ellis dostawali się lekarze, którzy szukali wśród podróżujących wszelkich oznak chorób zakaźnych. Szczególnie groźne były tu: tyfus, ospa czy żółta febra. Zarażeni zostawali skierowani do szpitala na Swinburn Island, a ci u których tylko podejrzewano zarażenie udawali się na obserwację na Hoffman Island. Należy jednak zaznaczyć, że procedura imigracyjna dotyczyła tylko i wyłącznie pasażerów trzeciej klasy. Pasażerowie klasy pierwszej i drugiej schodzili na ląd na Manhattanie.

Kapitan każdego przybywającego do Stanów Zjednoczonych statku, który przewoził emigrantów z Europy posiadał tzw. ship (list) manifest. Sporządzony w formie tabeli spis informacji o każdym przebywającym na pokładzie emigrancie. Zakres danych wymaganych przez amerykański urząd imigracyjny rósł każdego roku, tak aby liczba opisujących emigranta kolumn urosła ostatecznie do 33 pozycji. Po zejściu na Ellis Island nowi potencjalni mieszkańcy Stanów Zjednoczonych prowadzeni byli do centrum imigracyjnego. Pierwsze pomieszczenie, które odwiedzali był tzw. baggage room. To tu musiały być tymczasowo pozostawione wszelkie przywleczone przez nich bagaże, kufry i tobołki. Ci którym udało się prześlizgnąć podczas pierwszej fazy weryfikacji jeszcze w Europie mieli teraz nikłe szanse na  ukrycie czegoś przed czekającą ich zaraz inspekcją i oficerami imigracyjnymi na Ellis Island. Byli to kolejno lekarz, immigration officer i master officer.

List-Manifest z 1910 r.

Lista chorób i różnego rodzaju niepełnosprawności uniemożliwiających pobyt w USA sięgała ok. 60 pozycji. Ta faza testów medycznych na Ellis Island była błyskawiczna. Niedobór lekarzy i nadmiar imigrantów sprawiał, że doktor miał dosłownie kilkadziesiąt sekund aby ocenić stan zdrowia badanego. Gdy pojawiały się jakieś wątpliwości, potencjalny delikwent, który nie spełniał wymogów medycznych oznaczany był kredą i kierowany na bardziej szczegółowe badania. Istniał cały szereg oznaczeń informujących lekarzy na dalszym etapie procedury medycznej co może dolegać poddanemu dalszym badaniom. I tak np. narysowana na ubraniu litera E oznaczała problemy ze wzrokiem, a X świadczył o chorobie psychicznej. Nie każda wykryta choroba stanowiła powód do odesłania do Europy. Na Ellis Island znajdował się szpital w którym zajmowano się leczeniem mniej groźnych schorzeń. W chwili wyzdrowienia danej osoby procedura emigracyjna zaczynała się od początku. Dla ok 2 procent przypadków nie było jednak żadnej nadziei. Chorzy na poważne choroby zakaźne czy chorzy psychicznie nie mieli żądnych szans na pozostanie w USA. Cała reszta kierowana była do registry room i przechodziła inspekcję prawną.

Tam immigration officers weryfikują ekspresowo dane zawarte w list manifest oraz punkt po punkcie odhaczają kolejne etapy procedury emigracyjnej. Jeżeli przepytywana osoba w jakiś sposób wzbudzała wątpliwości oficerów, musiała przejść drugi etap inspekcji prawnej. Postawiony w takiej sytuacji emigrant mógł uzyskać pomoc od znajomych lub krewnych już przebywających w USA. Poświadczali oni za niego i przyrzekali, że nie jest on ani anarchistą, ani kryminalistą czy też innym „wywrotowcem”. Na przestrzeni lat procedury imigracyjne do Stanów Zjednoczonych ulegały dużemu zaostrzeniu. W swojej końcowej formie zawierały nawet test na inteligencję. Po 1882 roku władze USA nie chciały mieć już u siebie osób niezaradnych życiowo i „idiotów”, którzy stanowiliby obciążenie dla amerykańskiego systemu pomocy społecznej. Test na inteligencję polegał min. na ułożeniu puzzli, wykonaniu prostych obliczeń matematycznych czy udzielenia odpowiedzi na nieskomplikowane pytanie logiczne. Z punku widzenia polskiego emigranta najtrudniejszy okazywał się jednak test na umiejętność czytania i pisania. Literacy test wprowadzony został w 1917 roku i polegał na przeczytaniu 40 słów zapisanych w ojczystym języku emigranta. Ogromnym problemem dla Polaków do 1918 roku był fakt, że klasyfikowani byli oni jako obywatele Prus, Rosji bądź Austro-Węgier wobec czego językiem, który ich obowiązywał był albo niemiecki albo rosyjski. Nawet kiedy literacy test odbywał się już po polsku dla dużej części słabo wykształconych chłopów stanowił nie lada problem. 

Widok na Manhattan w Nowym Jorku z 1929 r.

Cała procedura imigracyjna trwała średnio ok. 5 godzin. Ci szczęśliwcy, którym udało się przez nią przebrnąć mogli ruszyć w dalszą drogę. Ich amerykański sen się właśnie zaczynał, a Stany Zjednoczone stawały przed nimi otworem. Wielu z nich uda się do północno-wschodniej części Stanów Zjednoczonych i w takich miastach jak np. Chicago zacznie z mozołem budować swój nowy dom. W 1924 roku zakończy się ostatecznie szeroki napływ ludności polskiej do Stanów Zjednoczonych. Ustanowiony w tym właśnie roku przez amerykańskie władze Immigration Act bardzo mocno ograniczy możliwość emigracji do USA. Dla Polaków, którzy przybyli do Ameryki przed tym rokiem ogromnym szokiem musiała być przepaść cywilizacyjna i obyczajowa, która dzieliła Stany Zjednoczone i ich kraj ojczysty. Do tej pory jedyne czego potrzebowali było trochę odwagi, dobre zdrowie i kilka dolarów w kieszeni. Teraz musieli się jednak wykazać silnym charakterem, determinacją i pracowitością. Tylko te cechy dawały polskim emigrantom szansę na sukces w tym odległym i obcym kraju. Licząca dziś ponad 10 milinów ludzi Polonia amerykańska nie raz udowodniła, że sukces ten udało jej się osiągnąć. Jest to jednak zupełnie inna lecz równie fascynująca historia.  

Artykuł powstał m.in. w oparciu o książkę Marka Terleckiego Po dolary i wolność





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA