cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności.

Polacy w drodze na Ziemie Odzyskane

Piotr Oleksy, 16.07.2021

Transport przesiedleńców ze Wschodu w drodze na Ziemie Odzyskane, 1945 r.

W latach 1945–1947 polskie społeczeństwo było w nieustannym ruchu. Zmiany granic, zniszczenia wojenne, a także złamane życia i utrata bliskich powodowały, że miliony ludzi ruszyły na poszukiwanie nowego miejsca w świecie.

Ze świata czterech stron...

Marcin Zaremba, historyk i autor znakomitej pracy Wielka trwoga. Polska 1944–1947. Ludowa reakcja na kryzys, wyliczył, że samych repatriantów, czyli ludzi powracających z zesłania na Syberię, z obozów w Niemczech, a także z Francji, Wielkiej Brytanii czy Węgier było ponad dwa miliony. Do tego należy doliczyć około półtora miliona Polaków przesiedlonych z Kresów Wschodnich oraz kolejne kilka milionów ludzi szukających nowego domu w ramach „emigracji wewnętrznej”: warszawiaków, Wielkopolan, Małopolan i innych. W tym czasie dworce kolejowe przypominały obozowiska nomadów – ludzie spali gdzie popadnie, brakowało sanitariatów, jedzenia, lekarstw i ciepła. Sama podróż również odbywała się często w dramatycznych warunkach. Znany z Samych swoich sielankowy obraz, w którym rodzina jedzie z całym swoim dobytkiem i koniem we własnym wagonie, jest daleki od rzeczywistości. Wagony te, zwane krowiakami, jechały zwykle przepełnione. Było w nich zimno lub piekielnie gorąco, zależnie od pory roku. Często też podróżowano na otwartych platformach, gdzie deszcz, słońce i kurz na zmianę nie dawały chwili wytchnienia.

Przesiedleńcy ze Wschodu w drodze na Ziemie Odzyskane, 1945 r.

Pociągów było tak dużo, że blokowały się na rozjazdach. Nierzadko też się psuły i w rezultacie postoje trwały nawet kilka dni. Przesiedleńcy byli nieustannie narażeni na napady ze strony radzieckich żołnierzy oraz zwyczajnych bandytów. Wielu potraciło swój dobytek w czasie podróży. Bronisław Kowacz, przesiedlony wraz z rodziną na Pomorze Zachodnie, w swoich wspomnieniach opisał, jak dość bogate mienie, które udało im się przewieźć aż ze Stanisławowa, utracił w pierwszych godzinach pobytu w Szczecinku. Po wyładowaniu zostawił rzeczy na dworcu pod opieką matki, a sam wraz ojcem i bratem poszedł szukać lokum. Wrócili po paru godzinach:

Na peronie, na ledwie widocznej kupce doszczętnie rozgrabionego dobytku […] siedziała nasza kochana matka i szlochała. Nie mogła wydobyć z siebie słowa. Nieco uspokojona naszymi wieściami, opowiedziała, jak na sąsiedni peron wjechał pociąg z żołnierzami radzieckimi z przyfrontowych szpitali. Żołnierze ci na skutek przeżyć wojennych stracili zmysły i transportowano ich od Rosji. Wymyślali i wygrażali, że wszystko, co jest na peronie, to trofieje i że nie pozwolą, aby ktoś to ruszył. My wszyscy jesteśmy giermanskije faszysty. Mój rower, który otrzymałem za pomyślne zdanie egzaminów do gimnazjum w 1939 roku, tak pieczołowicie przechowywany przez wszystkie lata wojny, wraz z gwizdnięciem lokomotywy pojechał do Rosji.

Tu nic nie przypomina Polski

„Takiej biedy i nieszczęść nie przeżyłam nawet na wojnie”, wspominała tamten czas kobieta przybyła do Słupska. Podróż wiązała się bardziej z lękami niż nadziejami na lepsze jutro. Dotyczy to zwłaszcza przesiedleńców z pierwszego okresu, szczególnie tych, którzy musieli opuścić ziemie wschodnie zagarnięte przez ZSRR. PUR kierował ich na tereny poniemieckie, trzymając się geografii: na Pomorze Zachodnie trafiali najczęściej mieszkańcy północnej części Kresów, czyli Wileńszczyzny i Grodzieńszczyzny. Zostawiali domy, wsie i miasteczka, które w pamięci rodzinnej żyły przez pokolenia, po czym ruszali w nieznane. W ich pojęciu przesiedlano ich do Niemiec. „Teraz tu nic nie przypomina Polski oprócz biało­-czerwonych chorągwi na domach”, pisała żołnierka z 1 Brygady Saperów.

Do udawania się na „Ziemie Odzyskane” intensywnie zachęcała propaganda. Gazety, radio i napisy na murach zapewniały, że na zachodzie i północy czeka na osadników lepsze jutro. Przekonywano, że zasiedlanie tych terenów to zarówno szansa na skok cywilizacyjny, jak i spełnienie powinności dziejowej, którą jest przyłączenie piastowskich ziem do macierzy. „Nad Odrę po ziemię ojców i dobro­byt!”, nawoływał jeden z najbardziej znanych plakatów. Do wyruszenia „szlakiem Krzywoustego” namawiał zaś materiał kierowany do osadników wojskowych (na obrazku współczesny żołnierz i średniowieczny władca, a w tle mapa z wyraźnie zaznaczonym Szczecinem). Rozkaz osiedleńczy numer 111 z 3 czerwca 1945 roku, który dotyczył właśnie Pomorza Zachodniego, głosił:

Sprawiedliwości dziejowej stało się zadość! Odzys­kaliśmy odwiecznie polskie ziemie nad Odrą i Nissą [Nysą – P. O.], odzyskaliśmy wielki, szeroki dostęp do morza. Dziś stoi przed nami zadanie utrwalenia owoców zwycięstwa, odnowienia i umocnienia owoców polskości tych ziem, zaludnienia ich i zagospodarowania. Bogate i urodzajne ziemie zachodnie staną się źródłem dobrobytu dla całego kraju. Miliony Polaków znajdą tam pracę i chleb, stworzą dla siebie dostatnie i spokojne warunki życia.

Fragment plakatu "Szlakiem Krzywoustego" z 1945 r.

Wyspy Wolin, Karsibór i leżące na wyspie Uznam Świno­ujście były pod względem osadniczym zapóźnione w stosunku do reszty „Ziem Odzyskanych”. Wiosną i na początku lata 1945 roku w pozostałych regionach trwał okres tak zwanego osadnictwa pionierskiego. Do miast i wiosek przyjeżdżały oddelegowane osoby lub zwyczajni ochotnicy. Czasem byli to zdemobilizowani żołnierze, a często kilkuosobowe „grupy operacyjne”, które miały za zadanie rozpoznanie terenu i przygotowanie miejscowości na przybycie osadników. Pierwsi z nich, zwani pionierami, wyprzedzali instytucje i administrację państwową. Do czerwca 1945 roku na Pomorzu Zachodnim osiedliło się około pięćdziesięciu tysięcy osób. Na wyspy jednak nikt jeszcze wtedy nie docierał, gdyż znajdowały się pod zarządem Armii Czerwonej, a ich państwowa przyszłość była niepewna. Decyzje wielkiej trójki z Poczdamu wprowadzono w życie dopiero 21 września 1945 roku, gdy ustalono, że granica pomiędzy państwem polskim a radziecką strefą okupacyjną w Niemczech będzie przebiegać dziesięć kilometrów na wschód od Szczecina i dwa kilometry od Świnoujścia. Termin przejęcia wysp przez polską administrację ustalono 4 października 1945 roku i od tego momentu datuje się powstanie obwodu Uznam–Wołyń (tak wtedy zapisywano Wolin), następnie przekształconego w powiat woliński. Jego centrum administracyjne umiejscowiono w Świnoujściu. W rzeczywistości jednak realne przejęcie władzy nad wyspami nastąpiło dwa dni po umówionym terminie.

Nowe życie w nowym miejscu

Akcja osadnicza rozwijała się bardzo powoli. W społeczeństwie panowało przekonanie, że przyszłość poniemieckich ziem nadal stoi pod znakiem zapytania. W przypadku odległego regionu, który jako ostatni został formalnie przyłączony do Polski, to wrażenie było jeszcze silniejsze. Zniechęcająco oddziaływał zwłaszcza przykład Szczecina, w którym polskie władze były dwukrotnie „proszone” przez Armię Czerwoną o usunięcie się. W tym czasie miasto na powrót oddawano pod niemiecką administrację. Podobna sytuacja zdarzyła się w obwodzie wolińskim. Grupa operacyjna z Władysławem Matulą na czele przybyła do Świnoujścia już 10 sierpnia 1945 roku. Rozmowy z radzieckim dowództwem zakończyły się jednak niepowodzeniem. Matula wraz z towarzyszami udali się do Kamienia Pomorskiego, gdzie czekali na przejęcie administracji nad regionem.

Wszechwładza radzieckich żołnierzy zniechęcała do przybywania w te strony. W Polsce głośno było o ich samowoli i bezkarności. We wrześniu 1945 roku starosta Kołobrzegu informował: „liczba osadników w ostatnich dniach wybitnie się zmniejszyła na skutek ekscesów wojsk radzieckich […], którzy w biały dzień napadają i rabują przechodniów”. Przez długi czas ogromny problem stanowiły również działające na tym obszarze bandy, które dopuszczały się kradzieży, napadów, morderstw i gwałtów. Czesław Kluk, jeden z najstarszych mieszkańców Szczecina, wspominał później: „każda noc do 1946 r. była ciężkim frontem, strzały karabinów maszynowych grały bez przerwy w ciemnościach, słychać było jęk, krzyki i płacz. Codziennie rano znajdowano trupy na ulicach i w gruzach miasta”. Historia świnoujskiej zimy 1946 roku pokazuje, że przemoc i chaos były długo obecne również na wyspach. Polskich osadników zniechęcał również fakt, że wysiedlenia Niemców zaczęły się tu znacznie później.

Więcej o powojennej historii wyspy Wolin można przeczytać
w książce Wyspy odzyskane

Dotarcie na wyspy również nie należało do najłatwiejszych. Mosty na Dziwnie były zerwane. Pociąg dojeżdżał do Recławia, a dalej pozostawała przeprawa łódką. Później zbudowano most pontonowy, który jednak nie pozwalał na transport większej ilości dobytku. Pan Marian z Ładzina, wioski położonej w środku wyspy Wolin, do której trafił jako kilkuletni chłopak, wspominał, że docierano na miejsce na bardzo różne sposoby.

 – Mój ojciec inaczej wykombinował. Dogadał się z facetem, który pływał barką ze Szczecina do Świnoujścia. Po prostu zapłacił mu, żeby nas zabrał na pokład. Dopłynęliśmy więc Zalewem do Świnoujścia, a stamtąd dwa razy dziennie jeździł po torach kolejowych taki specjalny samochód towarowy do Wolina. I tak żeśmy tu przyjechali.

Według pani Wenaty pierwsi osadnicy przybyli do Lubina wiosną 1946 roku. Wcześniej, w październiku 1945 roku, Lubin stał się centrum administracyjnym jednej z sześciu gmin wiejskich na wyspie, ale pojawiały się tu tylko pojedyncze osoby, takie jak Roman Kubalski, który został wójtem. Po kilku tygodniach centrum gminy przeniesiono jednak do Dargobądza – wioski położnej bliżej Wolina i głównej drogi na wyspie. Z raportów tygodniowych wójtów o sytuacji w rolnictwie wynika, że w grudniu 1945 roku żadne grunty w Lubinie nie należały jeszcze do polskich osadników. Na początku 1946 roku w Dargobądzu było dziewięć rodzin osadników, w Kołczewie dwanaście.

Zajmowanie konkretnych gospodarstw miało początkowo bardzo spontaniczny charakter. Państwo Wińscy zamieszkali w domu przy ulicy Bocznej i tam już zostali do czasu, aż Wenata wyszła za mąż. Wielu osadników jednak w pierwszych miesiącach kilkukrotnie zmieniało miejsce zamieszkania. A było w czym wybierać. Domy solidne, podpiwniczone, jak mawiał Pawlak w Samych swoich.

 – Widzieli, że dom jest wolny, to flagę wywieszali i to znaczyło, że dom jest zajęty. Jak nie było flagi, to wieszali kartkę z napisem „Zajęte”. Potem szło się do sołtysa, jeśli sołtys już był, i zgłaszało się: ja zająłem ten dom. To było tak, że jak wchodził do domu, to była pościel, meble, wszystko było. Niektórzy wchodzili i jakby świeczkę zapalił, to od razu by mógł mieszkać, zrobić strawę – tłumaczył pan Marian z Ładzina.

Nie brakowało też inwentarza. Sołtys najczęściej zbierał konie, krowy i świnie pozostawione przez Niemców w jedno miejsce i później rozdzielał je osadnikom. Okres takiego zajmowania domostw na większości „Ziem Odzyskanych” zakończył się z okrzepnięciem administracji. Później osadnik dostawał przydział, który określał maksymalną powierzchnię domu i terenu, jaki mógł zająć. W kolejnych etapach kierowano już pod konkretne adresy. Wolność wyboru nie dotyczyła też raczej przesiedleńców ze Wschodu. Oni przyjeżdżali z nakazem.

Artykuł jest fragmentem książki Piotra Oleksego Wyspy odzyskane. Wolin i nieznany archipelagTytuł i śródtytuły nadane przez redakcję.





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA