cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności (https://kurierhistoryczny.pl/polityka-prywatnosci,7).

Ta ostatnia niedziela

Jakub Wojas, 10.10.2017

„Spaleni słońcem" to przez większość czasu sielanka. Piękna niedziela na daczy sowieckiego oficera. Klimat jak z Czechowa. Stopniowo jednak zdajemy sobie sprawę, że to wszystko jest ułudą.

„Spaleni słońcem” w reżyserii Nikity Michałkowa mogą śmiało stawać w szranki o miano jednego z najlepszych filmów w historii kinematografii. W tym z pozoru idyllicznym obrazie zostajemy porażeni rozmiarem zbrodniczości system komunistycznego. Choć przez niemal cały filmu nie ma tu ani krwi, ani tortur to jednak, to co się dzieje na ekranie staje się dla widzów trudne do przełknięcia.

Rok 1936. Pułkownik Siergiej Kotow (Nikita Michałkow), komunistyczny bohater wojny domowej, spędza wolny czas na daczy pod Moskwą. Jego życie wydaję się szczęśliwe. Ma kochającą żonę i córkę. Jest szanowany przez bliskich, podwładnych, a nawet okoliczną ludność, która wie że może liczyć na jego pomoc. Dobrze układają się też jego relacje z pozostałymi mieszkańcami daczy – rodziną żony i ich przyjaciółmi. Posiadłość bowiem należała do rodziców Anny, rosyjskich inteligentów i „burżujów”, z którymi bohaterski pułkownik w czasie wojny walczył. To dawne życie przypomina wszystkim niespodziewany gość w domu Kotowów – Dimitrij „Mitja” (świetny Oleg Mieńszykow), przyjaciel domu jeszcze z czasu sprzed rewolucją, który z rozrzewnieniem wspominają niektórzy domownicy. Okazuje się, że Mitję znają nie tylko dawni mieszkańcy daczy, ale również sam Kotow. Ich dwóch łączy tajemnica związana z Anną. Gość nie przybył tutaj jednak z własnej woli. Ma do wykonania specjalną misję.

 

Tytuł filmu nawiązuje do rosyjskiej, czy raczej sowieckiej wersji, popularnego przed wojną również w ZSRR polskiego przeboju „Ta ostatnia niedziela”. Melodia ta jak mantra będzie nam towarzyszyła przez cały film. Przyjemna piosenka jakby na przekór temu, co wraz z rozwojem akcji widzimy ma nadal nas przekonać, że tak naprawdę nic się strasznego się nie dzieje, wszystko jest w porządku. A tak wcale nie jest.

Michałkow przedstawia nam od początku idylliczny wizerunek Związku Sowieckiego rządzonego sprawiedliwie przez „słońce narodów”, Józefa Stalina. Jest to na tyle przekonujący obraz, że aż można zapragnąć przenieść się do tej krainy szczęśliwości. W głównej mierze wynika to z przedstawienia tego świata z perspektywy córki Kotowa, małej Nadii (w tej roli znakomicie wystąpiła córka reżysera, Nadieżda Michałkow). Kamera jednak pokazuje nam również to czego Nadia nie widzi albo nie słyszy – wzajemne tajemnice, mroczne historie z przeszłości, a w końcu system, w którym żyją bohaterowie i który niszczy ich i wszystko dookoła.

Po seansie czujemy się wewnętrznie brudni. Brud, dwuznaczność moralna wydają się być po tym filmie immamentną cechą stalinowskiego komunizmu. W tym pięknym świecie nikt nie jest czysty. Obserwując los Dimitrija można się zastanowić, czy on tak naprawdę jeszcze żyje. Czy jego wybory do którego zmusiła go czerwona władza pozostawiły go jeszcze człowiekiem, czy jedynie trybikiem komunistycznej maszynie, którą tworzy również przecież Kotow.

Film otwiera prolog, w którym Mitja nie chce odebrać uporczywie dzwoniącego telefonu. Musi podjąć kolejną trudną decyzję, która kolejny raz obciąży jego sumienie. Pojawia się myśl o samobójstwie. Przypadek sprawia, że podnosi w końcu słuchawkę. Oglądając jednak epilog wiemy już, że decyzja Dmitrija podjęta na początku była straszliwym błędem, pogrążającym również jego samego.

Poza prologiem i epilogiem film zachowuje formę antycznej jedności czasu, miejsca i akcji. Podobnie jak w antycznej tragedii tu nie ma dobrego wyjścia. Wszyscy bohaterowie dramatu skazani są na smutny koniec, mimo że nieustannie znajdujemy się w świecie powszechnej szczęśliwości. W „Spalonych słońcem” żadna scena nie jest też przypadkowa. Wszystko ma swoje uzasadnienie. Z pozoru błahe epizody urastają do rangi ważnego symbolu w zakończeniu. Dopiero bowiem w ostatnich scenach ta wizualna idylla gwałtownie przekształca się w koszmar. Brutalny system ukazuje się już nie tylko w słowach wypowiadanych, gdzieś ukradkiem, kiedy nikt nie widzi, ale także w obrazie skatowanego człowieka oraz w przypadkowej egzekucji. Widzimy wtedy także głównego winowajcę tego dramatu - unoszące się „słońce”, którym jest Józef Stalin. To on spala bohaterów tego filmu. Niszczy ich życie, zabiera duszę, tworzy ludzi-wraki. 

Film okazał się olbrzymim sukcesem. Zdobył nagrody na całym świecie, na czele z Oskarem dla najlepszego nieanglojęzycznego filmu w roku 1994. Niestety, pomimo zamknięcia wszystkich wątków w tym filmie Nikita Michałkow zdecydował się w 2010 r. na stworzenie jego kontynuacji. „Spaleni Słońcem 2”, co było do przewidzenia, był kompletną klapą zarówno finansową, jak i artystyczną. Ci którzy nie widzieli tego „dzieła” niech lepiej tego nie robią. Nie należy psuć sobie wrażeń po doskonałych „Spalonych słońcem”.

Nasza ocena: 10/10





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA