cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności (https://kurierhistoryczny.pl/polityka-prywatnosci,7).

Rzeczpospolita to nie (tylko) Polska

Jakub Wojas, 10.10.2017

Mapa z 1711 r. autorstwa Petera Schenka przedstawiająca Rzeczpospolitą Obojga Narodów

Rzeczpospolita Obojga Narodów składała się, jak sama nazwa wskazuje, z dwóch narodów, państw – Polski i Litwy. Na krótko do nich po 1658 r. doszedł trzeci człon – Ruś Kijowska. Ponadto Rzeczpospolita obejmowała różnego rodzaju lenna oraz prowincje posiadające nieraz bardzo szeroką autonomię. Choć dla wielu są to truizmy, to nadal trudno jest zrozumieć, dlaczego jedynie Polska jest spadkobiercą spuścizny po tym wielkim państwie.

Syndrom wyparcia

Wyparcie – tak można nazwać proces, który co najmniej od końca XIX stulecia postępował wśród części elit narodów Europy Wschodniej w stosunku do dziedzictwa Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Środowiska rodzącego się wówczas nurtu nacjonalistycznego, nastawionego na rozwój etnicznej Litwy uznały okres unii z Polską za coś niegodnego, porównywalnego z obcą okupacją. Dominacja polskiej kultury i języka w Wielkim Księstwie Litewskim miała stopniowo zabijać, ich zdaniem, „prawdziwą litewskości”. Podobnie postępowali nacjonaliści ukraińscy, którzy nie dostrzegali całego skomplikowania historii swojej ojczyzny, w której Rusinem był zarówno „zły Lach”, jak i „dobry Kozak”.

Nie lepsi wcale byli polscy nacjonaliści, lecz oni w tym samym czasie dokonywali zupełnie odwrotnego procesu. Narodowcy dawną Rzeczpospolitą utożsamili wyłącznie z Polską. „Polaka” politycznego, dziś powiedzielibyśmy „Rzeczpospolitanina”, zespolili z Polakiem etniczny. Taka uproszczona wizja polskości miała trafiać do szerokich mas przy wykorzystaniu m.in. popularności Trylogii Henryka Sienkiewicza.

Pojawiały się oczywiście głosy wskazujące na głupotę tych działań. Na Litwie istniał nurt krajowców, postulujących oparcie pojęcia litewskości na kryterium obywatelskości, a nie etniczności. Spuściznę Rzeczpospolitej na Litwie uznawali za walor, a nie za zagrożenie. Z kolei ukraiński pisarz polityczny Wacław Lipiński namawiam polskich ziemian, z których sam zresztą się wywodził, do włączenia się do budowy państwowości ukraińskiej, która mogła dzięki temu tworzyć wspólną przestrzeń kulturową z Polską. Lipiński ponadto chyba najtrafniej scharakteryzował działania nacjonalistów polskich i ukraińskich, a jego słowa pasują jak ulał również do ich litewskich odpowiedników:

Nacjonalizm bywa dwojaki: państwowotwórczy i państwowo-rujnujący, czyli taki, który sprzyja państwowemu życiu narodu i taki, który to życie pustoszy. Przykładem pierwszego może być nacjonalizm angielski; drugiego – nacjonalizm polski, ukraiński. Pierwszy jest nacjonalizmem terytorialnym, drugi – nacjonalizmem eksterytorialnym i wyznaniowym. Pierwszy nazywa się patriotyzmem, drugi – szowinizmem.

Niestety, wysiłki tych ludzi na niewiele się zdały. Narody dawnej Rzeczpospolitej padły ofiarą choroby nacjonalizmu. To że dzisiaj patrzymy na wspólne dzieje polsko-litewskie czy polsko-ukraińskie z perspektywy „my Rzeczpospolita” jest pokłosiem tych dwóch przeciwstawnych nacjonalistycznych procesów. Być może czas najwyższy je w końcu odwrócić.

Tęsknota za „Rzeczpospolitaninem”

Rzeczpospolita Obojga Narodów nie była tym samym co Polska. Rzeczpospolita powstała w 1569 r. na mocy unii lubelskiej z połączenia Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego, i była osobny podmiotem na arenie międzynarodowej. Jednocześnie swoje atrybuty państwowości zachowały zarówno Polska, jak i Litwa. Państwa te miały osobne armie, prawo, skarb i urzędy. Nawet władca, choć wspólny jako osoba, to w Polsce był królem, a na Litwie wielkim księciem.

Rzeczpospolita Obojga Narodów Polski i Litwy na mapie z 1715 r.

Co więcej, chociaż obydwa państwa zobowiązały się prowadzić wspólną politykę zagraniczną i obronną w ramach Rzeczpospolitej to niejednokrotnie wyłamywały się z tego schematu. Litwa w 1626 i 1627 r. zawarła rozejm z Szwecją, który dotyczył jedynie jej. Wielkie Księstwo koordynowało też politykę zagraniczną na kierunku moskiewskim, a wojsko litewskie ponosiło największy ciężar wojny w Inflantach oraz z Rosją. Z drugiej strony Korona odpowiadał za stosunki z Turcją i wojny na kierunku południowym i północno-zachodnim. Wszelkie próby złamania tego porządku spotykały się z oburzeniem.

Na mocy unii hadziackiej z 1658 r. równoprawną do Polski i Litwy częścią stała się Ruś. Rzeczpospolita obejmowała jednak również inne obszary, które posiadały całkiem duży stopień niezależności. Przykładem tego były m.in. Inflanty z lennem kurlandzkim (dzisiejsza Łotwa) czy Prusy, które nawet po uzyskaniu niezależności zachowały całkiem sporo cech z czasów Rzeczpospolitej (prawo, tolerancja religijna, wpływy ziemiaństwa).

Zobacz także:

Co by było gdyby nie doszło rozbiorów

Rzeczpospolita Obojga Narodów była po prostu imperium, jak dotąd najlepszym projektem integracyjnym w Europie Wschodniej, którego jedynie częścią składową była Polska. Częścią największą i mającą największe wpływy, ale nie uprawnia to do utożsamiania Rzeczpospolitej wyłącznie z nią. Niech nas nie zmyli to, że ówcześni obywatele tego państwa określali się mianem Polaków. Gdy Mickiewicz pisał „Litwa ojczyzno moja..” to nie miał na myśli jednego z polskich regionów, jak co niektórzy dzisiaj sądzą. On był Litwinem, on czuł się Litwinem, ale też Polakiem. Między tym nie ma sprzeczności.

Herb Rzeczpospolitej, którym posługiwano się w trakcie
powstania styczniowego. Widoczny polski Orzeł, litewska
Pogoń i patron Rusi Kijowskiej św. Michał Archanioł.

Jeszcze przed 1863 r. można było być Rusinem czy Litwinem i jednocześnie Polakiem. Jednakże „Polakiem” nie w sensie etnicznym, lecz właśnie obywatelskim, politycznym. Najczęściej przyrównuje się to do pojęcia Brytyjczyka – obywatela Wielkiej Brytanii, który może być także Anglikiem, Szkotem, Walijczykiem czy Irlandczykiem. Niestety, Rzeczpospolita nie wykształciła własnego „Rzeczpospolitanina”. Wielu badaczy właśnie w tym widzi łatwość późniejszej wolty Litwy i Ukrainy, ale również Polski od idei Rzeczpospolitej.

Po powstaniu styczniowym rozpoczął się dla mieszkańców dawnej Rzeczpospolitej dekonstrukcyjny proces zamykania się w swoich etnicznych grupach. Dla Polaków był on być może najboleśniejszy. Gdy w 1918 r. wybuchła niepodległość okazało się, że Polacy myślą już o innej Polsce niż ta z marzeń ich ojców i dziadów. Stanisław Cat-Mackiewicz porównał to do sytuacji męża, który porzuca swoją żonę dla innej i każe ją traktować jak swoją prawowitą małżonkę.

Szkodliwy mit polskich Kresów

Nie tak dawno po różnych serwisach społecznościowych krążyła mapa przedstawiająca, jakie ziemie wchodziły w skład Polski i jak długi był to okres. Niektórych zaskoczyło, że Polacy władali Wilnem i ziemią wileńską, oraz obszarami dzisiejszej Białorusi jedynie 18 lat. Tak, przed II RP „polskie” Wilno nigdy tak naprawdę nie było polskie. Cały czas, nie licząc obcych okupacji, było litewskie. Co więcej, w pragnieniach jego zdobywców z 1919 i 1920 r. litewskie miało pozostać.

To wypaczona wersja polskości promowana przez narodowców spowodowała, że mieszkańcy Wileńszczyzny w 1922 r. chcieli prostej inkorporacji swej ziemi do obcego państwa, jakim była Polska. Należy jednak dodać, że nie stałoby się tak, gdyby ówczesna Litwa uznała, że istnieje też inna, nienacjonalistyczna wersja litewskości, przepojona kulturą polską, lecz niewyrzekająca się swojej narodowej odrębności.

Ten mur niezrozumienia wybudowany przez nacjonalizm polski, litewski oraz ukraiński spowodował oddalenie dotychczas bratnich narodów. To jest praprzyczyna naszych nieszczęść XX w.: wojen polsko-litewskich i polsko-ukraińskich, mordów w Ponarach, na Wołyniu i w Galicji Wschodniej. Polski nacjonalizm stoi też za porzuceniem na początku niepodległości dążeń do odzyskania granicy z 1772 r. Etniczna Polska miała asymilować tyle ile się dało, a nie federalizować się. Skutkiem tego było pozostawienie na łasce bolszewików przez polskich negocjatorów w Rydze, po niby zwycięstwie wojnie w 1920 r., ziem dawnej Rzeczpospolitej i własnych rodaków na nich. W 1937 r. większość z tych ludzi została wymordowana z rozkazu Stalina.

Dziś niejako kontynuując to dzieło spłaszczamy dziedzictwo tych obszarów do oszukańczego pojęcia „Kresów”. Oszukańczego, gdyż najczęściej rozumie się pod nim wschodnie tereny II RP, które w czasach Rzeczpospolitej Obojga Narodów były przecież centrum państwa. Widzimy tam tylko zabrane nam wyrokiem Jałty ziemie nie zauważając, że władztwo nad tymi obszarami przedwojennej, nieunijnej Polski było raczej smutnym epizodem - zaprzeczeniem naszych dokonań na wschodzie, czasem antyrzeczpospolitańskiej polityki narodowej asymilacji.

W konsekwencji to nie Polacy żyjący na owych „Kresach” powinni być, jak chcą niektórzy, jedynymi szafarzami dziedzictwa dawnej Rzeczpospolitej. Litwa, Białoruś czy Ukraina są tymi państwami, które mają pełne prawo do poczuwania dumy ze zwycięstw husarii pod Kircholmem, Kłuszynem, Chocimiem czy Wiedniem, z zajęcia Moskwy w 1610 r. i podporządkowania księstw naddunajskich dekadę wcześniej. Czy chcemy tego bowiem, czy nie Litwini i Rusini, na bazie których ukształtował się naród ukraiński, obok Polaków i innych narodowości Europy Wschodniej byli współtwórcami potęgi I Rzeczpospolitej. Z Polską w spuściźnie tego państwa powinniśmy przede wszystkim kojarzyć to, co związane z Polakami z Korony, a nie jak do tej pory z „Polakami” z terytorium całej wielkiej Rzeczypospolitej.

Taka rewizja postrzegania naszych dziejów wbrew pozorom może przynieść spore korzyści. Nagle mogłoby się okazać, że z naszymi sąsiadami ze wschodu więcej nas łączy niż dzieli, że jesteśmy częścią wielkiego dziedzictwa, które może zbliżyć nas także dziś. To wymaga jednak odrzucenia ciasnego nacjonalistycznego myślenia przez każdą ze stron.





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA