cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności.

Roman Graczyk: Jeżeli pieniądz jest Michnikowi do czegoś potrzebny, to tylko by mieć większy wpływ na ludzi. To jest coś, co go pociąga

Roman Graczyk, 26.03.2021

Adam Michnik podczas debaty "Okrągły Stół - 30 lat później" w redakcji Gazety Wyborczej, 9 kwietnia 2019 r. (foto: Adrian Grycuk/CC BY-SA 3.0 PL/Wikimedia Commons)

„Grupa Michnika i jego generacja powinna mieć poczucie gigantycznego sukcesu. Oni wykorzystali koniunkturę, która się pojawiła. Dosiedli tego konia historii i galopowali, a Michnik był na czele tego pędu, który najbardziej przyczynił się do przewrócenia totalitarnej władzy” – mówi w wywiadzie dla naszej redakcji Roman Graczyk, autor książki „Demiurg. Biografia Adama Michnika”.

Jakub Wojas: Czy Pana zdaniem za 50-100 lat Adam Michnik będzie miał własne ulice i pomniki?

Roman Graczyk: Myślę, że tak.

Pytam o to, bo spotkałem się z takim porównaniem, że Adam Michnik jest jak generał Józef Zajączek. Życie obydwu można podzielić na dwie części. Michnik do 1989 roku był dzielnym opozycjonistą, antykomunistycznym bohaterem, który walczy z totalitarnym reżimem i jest inspiracją dla wielu. Natomiast po 1989 roku jego życiorys wzbudza już o wiele więcej kontrowersji. Podobnie generał Zajączek w czasach powstania kościuszkowskiego czy wojen napoleońskich był dzielnym i zasłużonym żołnierzem, a po 1815 roku stał się nadgorliwym wykonawcą poleceń Petersburga, co spotkało się z wielką krytyką ze strony rodaków. Dziś pojedyncze ulice generała Zajączka zdaje się, że gdzieś są, ale nie jest to już tej rangi bohater, na jakiego zapowiadał się w pierwszym okresie życia.

Nie ja będę nadawał imiona ulic i stawiał te pomniki, ale jak się zważy się dorobek życia Adama Michnika, to sądzę, że dobra pamięć mu się należy. Ale taka dobra pamięć zawsze kryje jakąś gorszą. Nie ma na świecie ludzi, którzy stoją na pomnikach, o których nie da się powiedzieć czegoś kontrowersyjnego. Stąd pomnikowość nie oznacza nieskazitelności. Stoją pomniki Piłsudskiego, i bardzo dobrze,  ale przecież można temu wielkiemu Polakowi  zarzucić wiele zła, zwłaszcza po 1926 roku. Jakbym był Adamem Michnikiem, to byłbym pewny tych przyszłych pomników, ale musi pewnie najpierw wymrzeć to tak podzielone pokolenie i pewnie jeszcze następne, by o tych czasach mówić już bez emocji.

Adam Michnik po raz pierwszy mocno zaznacza się w polskich dziejach w czasie wydarzeń marcowych 1968 roku. Od tego momentu rozpoczyna swoją walkę z systemem i dla wielu jawi się niemalże jako ucieleśnienie mickiewiczowskiego Konrada – romantycznego bohatera walczącego o ojczyznę. Jednak jeżeli spojrzymy na środowisko, z jakiego się wywodził, to ono nie za bardzo pasuje do tego obrazka. Jego ojciec, Ozjasz Szechter pochodził z niezasymilowanej rodziny żydowskiej, spolonizował się dosyć późno i to paradoksalnie poprzez swoje zaangażowanie w komunizm. Zresztą większość jego najbliższych była w mniejszym lub większym stopniu zaangażowana w ten system. Matka, Helena Michnik pisała komunistyczne podręczniki do historii. Brat przyrodni, Stefan Michnik był stalinowskim sędzią. To może rodzić pytanie, dlaczego właśnie w takim, komunistyczny domu, a nie w prawicowym, „bogoojczyźnianym” pojawił się człowiek, który miał odwagę przeciwstawić się totalitarnemu reżimowi? Gdzie były w tym czasie środowiska typowo antykomunistyczne?

Więcej na temat życia i dokonań Adama Michnika można znaleźć
w książce Demiurg

To skomplikowane pytanie, ale na początku trzeba sobie jasno powiedzieć, że nie odpowiadamy ani za decyzje życiowe rodziców, ani rodzeństwa. Tutaj zresztą ujawnia się buntowniczy rys charakteru Adama Michnika. Taka „normalna” kariera, jaka mu była przypisana, zważywszy na to z jakiego domu pochodził, to jakiś redaktor prasy partyjnej, aparatczyk partyjny. Stało się inaczej. Adam Michnik był oczytany i ciekawy świata. W wieku 15-16 lat już dostrzegał, co się wokół niego dzieje. Jako bardzo młody człowiek widział, że hasła partyjne nie odpowiadają rzeczywistości i stąd wyrastał ten bunt. Oczywiście, zerwanie z  ideami własnego środowiska rodzinnego nie nastąpiło z dnia na dzień, musiało dojrzeć. Dlaczego w innych kręgach nie rodziły się wtedy takie postawy? Środowiska patriotyczne, poakowskie, były w tym czasie rozbite i zastraszone. Samo wspominanie, że ktoś pochodził z takiego domu było niemile widziane w przestrzeni publicznej, komplikowało karierę.  Natomiast  grupa Adama Michnika, to byli nierzadko młodzieńcy żydowskiego pochodzenia chowu KPPowskiego. Często przeszli przez „czerwone harcerstwo” Jacka Kuronia, botem przez Klub Poszukiwaczy Sprzeczności. Oni byli – genetycznie – z tego systemu, i wykształcili w sobie przekonanie, że jednak więcej im wolno, buntują się przeciw „swoim” w sensie personalnym. Traktowali krytykę marksizmu i komunizmu  jako coś naturalnego, bo uznawali te idee za własne. To nie był dla nich system z gruntu obrzydliwy jak dla ludzi ze środowisk poakowskich. Krytykowali ten ustrój bez strachu, bo po prostu uważali, że krytykują swój ustrój. Jan Lityński powiedział mi, że oni uważali się za prawdziwych komunistów, a Gomułka to był dla nich „zdrajca komunizmu”. To jest ten konglomerat motywów, który sprawił, że ten bunt narodził się paradoksalnie w takich rodzinach, pod bokiem władzy.

W 1968 roku, kiedy ta grupa komandosów „dostaje po głowie”, wydaje się, że to jest dla nich wydarzenie pokoleniowe. W dalszej części swojej książki porównuje Pan obecną postawę Jana Tomasz Grossa, wtedy jednego z komandosów, z Adamem Michnikiem. I o ile Michnik pozostał Polakiem żydowskiego pochodzenia, to Gross po tych wydarzeniach stał się polskim (później polsko-amerykańskim) Żydem. Ale ’68 także ukształtował Michnika na kolejne lata. Stąd mógł pochodzić jego strach przed polskim nacjonalizmem. Ponadto to jego bohaterstwo staje się od tego momentu sposobem na życie. On nie dąży do „małej stabilizacji”, lecz nieustanie kontestuje ten system. W ten sposób będąc 20,30-latkiem buduje sobie potężny kapitał, który w Polsce szczególnie procentuje i u niego, jak się później okaże też zaprocentuje i to bardzo mocno – kapitał bohatera.

Po marcu ’68, kiedy Adam Michnik odsiedział swoje i wyszedł na wolność, to wydaje się, że był po prostu skazany na status buntownika. Naturalnie mógł wybrać inaczej. Wielu jego przyjaciół wyjechało. Ale on wybrał, jak to się wtedy mówiło, postawę „zawodowego rewolucjonisty”. Trudno wskazać ten moment, kiedy Adam przechodzi z postawy buntu w imię wartości do postawy buntu z uwagi na jakąś kalkulację polityczną. W gruncie rzeczy te obydwie postawy nie muszą być ze sobą sprzeczne. Niemniej w pierwszym odruchu był u niego przede wszystkim imperatyw moralny, co następnie przeszło płynnie w politykę. Są takie trzy progi. Pierwszy to powstanie KORu. Ich metody działania powodują, że władza nie może ich tak po prostu pozamykać i oni stają się w tym momencie drobnym, ale jednak czynnikiem politycznym. Potem od 31 sierpnia 1980 roku, od powstania „Solidarności” to już jest wielka polityka. Jednak to cały czas nie wyklucza jego nastawień moralnych. Trzeci próg to 1989 rok, od kiedy on już uprawia politykę w sensie ścisłym, jako konkurencję o władzę. A jednak także wtedy używa retorycznej broni z arsenału Havlowskiej „siły bezsilnych”. To jest broń moralizatora.

Co się tyczy zranienia antysemickiego z ’68, to było na pewno bardzo bolesne. Wielu z jego przyjaciół nie było przed Marcem świadomych swego pochodzenia, albo też uważali, że to jest drobna osobliwość bez konsekwencji Dopiero wypadki marcowe spowodowały, że uświadomili sobie swoje korzenie, bo im powiedziano, że to ich obciąża. U niektórych było to jedynie uświadomienie, u innych stopniowy powrót do żydowskości, jak np. u Grossa. Trudno się dziwić, że taka rana antysemicka pojawiła się u Michnika. W czasie karnawału „Solidarności” był noszony na rękach, ale nawet wśród patriotycznej większości ujawniły się postawy „prawdziwych Polaków”, jak ironicznie o nich mówiono. „Prawdziwi Polacy” też uważali, że  żydowskie pochodzenie jest czymś z natury podejrzanym. Nie było to zjawisko masowe, ale to musiała być dla Michnika straszna i niekomfortowa sytuacja. To przerodziło się w jakąś obsesję obawy przed wzrostem nacjonalizmu w Polsce i możliwego dojścia do władzy formacji populistyczno-szowinistycznej. Wydaję mi się, że tutaj trochę się pomylił.

 

A kiedy Adam Michnik wyleczył się z marksizmu?

Sądzę, że po pierwszym wyjściu z więzienia w 1969 roku. Komandosi nie mówili już wtedy o sobie „komuniści” .Wcześniej, w trakcie procesu Michnik miał wprawdzie jeszcze takie zrywy, kiedy deklarował swój marksizm, ale to były bardziej chwyty retoryczne niż samoświadomość. Trudno jednak w życiorysie człowieka znaleźć takie cięcie, jak Kmicic w „Potopie”, który po chwili staje się Babiniczem. To jest zawsze proces. Adam Michnik jeszcze we wczesnych latach 70. wykazywał w swojej publicystyce punktowe sympatie do marksizmu, ale w sierpniu ’80, sądzę, że już nie było po tym śladu.

Krytycy zarzucają Michnikowi, że nie walczył o demokrację, ale o „socjalizm z ludzką twarzą”. Czy w okresie karnawału „Solidarności” taka była rzeczywiście wizja wymarzonej Polski Adama Michnika?

Nie widzę w publicystce Adama Michnika z okresu karnawału „Solidarności” wizji Polski innej niż demokracja parlamentarna. Natomiast była wtedy kwestia, jak do tego celu dojść i było oczywiste, że to się nie może dokonać jednym skokiem, choćby z tej racji, że Sowiety z pewnością by to tego nie dopuściły. Więc Michnik proponował metodę stopniowych kroków, np. parlament dwuizbowy, w którym jedna izba miałaby mandat demokratyczny. Tej taktyki politycznego działania nie należy mylić z obroną PRL-u.

W 1983 roku  w czasie jednej z wielu swoich odsiadek w więzieniu Adam Michnik pisze do generała Kiszczaka niezwykle ostry list, który stał się wręcz kultowy w środowisku opozycji. Jednak już w 1989 roku ten sam Michnik pije wódkę i brata się z Kiszczakiem i Jaruzelskim w Magdalence. Skąd się wzięła taka nagła chęć do fraternizowania się z niedawnym wrogiem? Trwała przecież jeszcze komuna, dochodziło do zabójstw księży, działo SB i cenzura. W Adamie Michnika doszło do jakieś przemiany czy to taki styl działania?

Nie zgodziłbym się z Pana opisem ówczesnej sytuacji. Prawda, że zabito trzech księży, prawdopodobnie przez SB lub z inspiracji SB, ale to nie był ten czas, gdy masowo zabija się opozycjonistów, w tym księży. Atmosfera w kraju była już inna. Nie można powiedzieć, że szalała SB. Owszem, prowadzono jeszcze sprawy operacyjne, ale nic z tego już nie wynikało. Cenzura prawie już nie działała. Pamiętam to z własnego doświadczenia pracy w „Tygodniku Powszechnym” w tym czasie. To był schyłkowy czas systemu komunistycznego.

Co do Michnika, to podzieliłbym jego postawę  na dwie warstwy: jedna – behawioralna, którą trudno obronić, bo po co się tak miziać z tymi generałami, nawet jeżeli się robi z nimi deal? Broniłbym jednak tego dealu. Zima i wiosna 1989 roku to czas, gdy Układ Warszawski ma się dobrze, czołgi stoją na Łabie, w sąsiednich krajach dobrze trzymają się komunistyczne reżimy, a Polska się chwieje. I jak teraz przeprowadzić manewr, by dojść do demokracji i czy można to zrobić bez udziału ludzi władzy? Adam uważał, że nie da się tego zrobić bez nich. Dziś jesteśmy mądrzejsi. Wiemy, że po roku sytuacja dookoła pewnie by naszych komunistów zmiotła, ale wtedy tego nie wiedziano. Generałowie mieli wszystkie instrumenty, by trzymać tę władzę. Używali ich łagodnie, ale nadal je mieli. Z tej perspektywy podejście Michnika wydaje mi się uprawnione i słuszne. To, że udało się bez rozlewu krwi, pokojowo dojść do demokracji było sukcesem. Udział w tym komunistów był ceną, którą warto było zapłacić. Ja tego bronię i bronię też tych słynnych kadrów często powtarzanych w telewizji publicznej, na których Adam Michnik wznosi toast, mówiąc do Kiszczaka: -Ja piję, Panie Generale, za taki rząd, w którym Lech będzie premierem, a Pan ministrem spraw wewnętrznych-. Jeśli to jest dowód hańby Michnika, to proszę bardzo… Ja uważam to rozumowanie za bezsensowne. Było tak: Dochodzi do porozumienia z komunistami. W wyborach Solidarność może zgarnąć 1/3 miejsc w Sejmie. Będzie zatem opozycją, w dodatku trzymaną w ryzach instytucjonalnych. Jest to krok ku demokracji. Taki zarys nowego ładu. Potem w wyniku przebiegu kampanii wyborczej społeczeństwo przewraca ten kontrakt, a zmiany w ZSRR pozwalają przyśpieszyć i latem 1989 roku powstaje rząd Mazowieckiego, który jest czymś takim, co proponuje w tym swoim toaście Michnik. On pół roku wcześniej proponował coś, co wtedy wszystkim wydawało politycznie  niemożliwe.  Nic się nie da temu zarzucić. Poza formą, która była dziwnym defektem psychicznym Michnika, objawiającym się obściskiwaniem się z generałami. Układ z nimi był czymś dopuszczalnym, ale obściskiwanie się z nimi, już nie. Z tego prawdopodobnie wyrósł pomysł, żeby generałów nie rozliczać za zbrodnie. I to też było przesadą. Ale sam toast w Magdalence jako pomysł polityczny był bez zarzutu .

 

Krytycy Michnika jednak twierdzą, że cały wyrażony przez niego w słynnym artykule „Wasz prezydent, nasz premier” koncept działa tak naprawdę na korzyść starego systemu. Komunistom mogło po prostu zależeć na przerzuceniu odpowiedzialności za stan państwa na „Solidarność”, by potem gdy ta się skompromituje przejąć władzę z powrotem. Zresztą Michnik typował na premiera Bronisława Geremka, który miał „wyjąć” z PZPR młodych działaczy pod wodzą Aleksandra Kwaśniewskiego. Tak powstały postkomunistyczny układ mógł być bardzo trwały i wcale nie musiał oznaczać szybkiego zerwania ze starym systemem.  

Bronię pomysłu „wasz prezydent, nasz premier”. Powiedziałbym, że była smutną historyczną koniecznością to, że generał Jaruzelski zostaje głową państwa. Okoliczności  historyczne zmuszały po prostu do takiego wariantu. Uważano, że nie da się przeprowadzić zmian, jeżeli nie będzie się mieć za sobą generałów z wojskiem, bezpieką i milicją. Jeżeli chce się ich opór zneutralizować, to trzeba mieć ich za sobą. Za rządu Mazowieckiego uchwalono ze 100 ustaw. Wtedy każda ustawa była fundamentalną zmianą: zniesienie cenzury, powstanie samorządu terytorialnego, nacjonalizacja majątku partii, powstanie nowego systemu partii politycznych, pakiet ustaw Balcerowicza z grudnia 1989. To podstawy nowego ustroju. Jeśli Jaruzelski byłby gwarantem poprzedniego systemu tak, jako to dziś twierdzą krytycy Michnika i jego artykułu „Wasz prezydent, nasz premier”, to by to wszystko wetował, a on zawetował bodaj tylko jedną ustawę, tę o zniesieniu święta 22 lipca, które rok później i tak zniesiono. Mówienie o nim jako faktycznym hamulcowym, który efektywnie obronił komunistyczny ustrój w Polsce to są banialuki. Może by tak działał, gdyby ościenne partie komunistyczne utrzymały się dłużej władzy, ale tak się nie stało, jesienią 1989 one padały jedna za drugą i likwidacja ustroju komunistycznego dokonała sią na oczach Jaruzelskiego jako prezydenta. Można powiedzieć, że nomenklatura, banki, służby specjalne znalazły się pod większym wpływem ludzi starego reżimu, niż by to było w normalnych warunkach, w szczególności zewnętrznych . Tylko to była cena za demokratyzację. Zatem  mówić, że Jaruzelski jako prezydent zakonserwował komunizm w Polsce i nie zbudowaliśmy  demokracji to nonsens. Trzeba zachować miarę. To że się nienawidziło Jaruzela jako szefa WRON-u, to jest jedno, ale w bilansie życia tego człowieka, akurat prezydentura  zostanie mu zapisana na plus. Pewnie, że nie robił tego za darmo, ale w polityce nic nie ma za darmo. Czy była wtedy była lepsza opcja? Sądzę, że nie. Trzeba było stworzyć geopolityczne gwarancje, żeby udało się te zmiany przeprowadzić bez ryzyka obcej interwencji z ZSRR, NRD czy innego demoludu. Za to, że to się udało, można Michnikowi postawić pomnik, a nie oskarżać go. Krytyka należy mu się za coś innego, ale niektórzy jak nie lubią Michnika za jedno, to atakują go już potem za wszystko inne.

„Wasz prezydent, nasz premier” to jeden z przykładów tych tekstów, za pomocą których Adam Michnik wpływał na rzeczywistość. Tak też było w przypadku eseju „Kościół, lewica, dialog”, potem „Kłopotu”, a potem przedłużeniem tej części jego działalności stała się Gazeta Wyborcza, na której czele stanął. Wyborcza od czasu powstania do wybuchu afery Rywina była najważniejszym periodykiem w Polsce, który kształtował poglądy milionów Polaków. Jak co niektórzy z przekąsem powtarzali: „Nie wiedziałem, co mam o tym myśleć, dopóki nie przeczytałem o tym w Wyborczej”. Jak to się stało, że Gazeta Wyborcza stała się takim hegemonem?

To da się dość łatwo wyjaśnić. Była to w połowie 1989 roku jedyna gazeta nowego chowu. W całej machnie propagandowej PRL nagle pojawił się pierwszy niezależny, opozycyjny dziennik. Na tamte standardy to był niesamowity haust wolności. To rodziło przekonanie, że Wyborcza pisze prawdę, a tamci kłamią. Wyborcza ciekawie, a tamci sztampowo. Gazeta zyskała dzięki temu kapitał, bo miała po prostu monopol. A była zrodzona z „Solidarności”, jawnej i podziemnej, z czego płynął ogromny kapitał społecznego zaufania. Potem gdy powstawały nowe media, niezwiązane już z system, to z miejsca były słabsze, także finansowo, zatem nie miały szans w konkurencji z Wyborczą.

To wielkie zaufanie Polaków brało się też z szacunku do osoby redaktora naczelnego – Adama Michnika – bojownika o wolność. Bogaty życiorys opozycjonisty jej szefa dodawał Gazecie wiarygodności . W ten sposób w kilka lat z 8-stronnicowej gazety Wyborcza rozrasta się i staje się potęga, która jest najważniejszym medium, ale też nadaje ton konkurencji. Wytworzyło się coś takiego, że nie pisano o tym, o czym nie pisała Gazeta. I na odwrót, skoro pisze o tym Gazeta, to jest to godne opisania. Ten monopol przełamał się w czasie afery Rywina. Gazeta wprawdzie przetrwała, ale nie ma już tej pozycji co w latach 90. czy na początku 2000.

Gazeta Wyborcza dała Adamowi Michnikowi faktyczny rząd dusz nad Polakami. Spotkałem się z taką opinia, że był to efekt tego, że Michnik niejako wszystkich tych, którzy byli w jakiś sposób uwikłani w ten peerelowski system rozgrzeszał. Jako wielki bohater nie piętnował tych, którzy zachowali się niebohatersko. Wręcz przeciwnie. Z całą bezwzględnością tępił zwolenników lustracji czy pokomunistycznych rozliczeń. To spowodowało, że wielu identyfikowało się z liną Gazety Wyborczej, bo otoczona nimbem walki o wolność łagodnie odnosiła się nawet do tych, którzy bardzo późno zerwali z systemem. Przez to w sposób bardzo tani i bezpieczny dla siebie można było poczuć się „po właściwej stronie historii”.

Zgadzam się z tą tezą. Przez długi czas trwania PRLu była jedynie garstka odważnych. Michnik dawał alibi milionom dla tych ludzi, którzy przeżyli Polskę Ludową zwyczajnie. Nie mówię o okresie „Solidarności”, bo wtedy zaangażowały się miliony, ale wcześniej ludzie chcieli żyć i robili różne rzeczy, o których nie chcieliby później wspominać. Byli w Związku Młodzieży Socjalistycznej, w fasadowych związkach zawodowych, pisali w cenzurowanych gazetach czy należeli do partii. Adam kupił sobie w ten sposób ludzi: „nie będę wam wypominał braku zaangażowania, braku odwagi, marnego zaangażowania po stronie garstki odważnych, ale za to bądźcie wdzięczni”. Ta postawa ogólnej amnestii przywiodła do Wyborczej bardzo wielu ludzi, który peerelowskie życiorysy były zwyczajne, niebohaterskie.

Załamaniem dla Gazety Wyborczej była afera Rywina. Na wizerunku Adama Michnika pojawiła się poważna rysa. Michnik niejednokrotnie pokazywał, że niespecjalnie zależy mu na dobrach materialnych, a tu tajne negocjacje na temat kształtu ustawy medialnej, duża oferta korupcyjna i zażyłe związki z ludźmi ówczesnego, postkomunistycznego establishmentu. Czy Adam Michnik wtedy przypadkiem się nie zagalopował? Nie stracił rozeznania w tym bliskich relacjach z władzą?

Z pewnością się zagalopował. Adam nie jest biznesmenem i sądzę że to nie on nadawał ton w tych zabiegach o zbliżenie do ludzi władzy, ale on z pewnością to autoryzował. To prawda, że jemu nie zależy na pieniądzach. Jako jedyny zrezygnował z potężnej puli akcji Agory, jaka mogłaby mu przypaść. W czasie debiutu giełdowego spółki ci najwięksi udziałowcy dysponowali akcjami o wartość około 80 milionów złotych. Jeżeli pieniądz jest mu do czegoś potrzebny, to tylko by mieć większy wpływ na ludzi. To jest coś, co go pociąga. Wtedy w 2002 roku, przed wybuchem afery Rywina, Agora chciała mieć telewizję Polsat. To była, jak sądzę, i dla Michnika kusząca perspektywa i dlatego autoryzował zabiegi by jej przejęcie jakoś z władzą załatwić. Ale władza ludzi Agory  przechytrzyła, bo nie wprost, ustami premiera, ale Lwa Rywina powiedziała, że „dobrze, załatwimy to wam, tylko dajcie 17,5 mln dolarów”. I tu panowie się pokłócili, co spowodowało ujawnienie afery. Ujawniła ją Gazeta Wyborcza, ale wtedy wyszły też na jaw jej bliskie kontakty z ludźmi władzy. Na wizerunku Gazety położył się poważny cień.

 

W swojej książce dekonstruuje Pan poglądy Adama Michnika i miejscami znacząco się one różnią od tego, co dziś można przeczytać w Gazecie Wyborczej. Michnik ma wiele szacunku do Kościoła katolickiego, jego dorobku i wpływu na dzieje Polski i Europy. Za granicą nieustannie broni Polski i Polaków przed zarzutami o antysemityzm czy współudział w Holokauście. Niegdyś Adam Michnik blokował teksty, które nie do końca pasowały do jego wizji świata i Polski. A dziś wygląda na to, że poglądy Michnika w wielu sprawach są reprezentowane w Wyborczej w zdecydowanej mniejszości, jeśli w ogóle. Jaki zatem wpływ ma dzisiaj Adam Michnik na gazetę, której jest przecież ciągle redaktorem naczelnym?

Po aferze Rywina Adam Michnik zaczął usuwać się w cień. W 2005 roku zachorował, a potem nie był już w pełni sił i nie wrócił do kierowania Gazetą. Dzisiaj jest takim honorowym redaktorem naczelnym. Ma pozycję kogoś z prawem weta i inicjatywy, tylko że z tego mało korzysta. Albo już mu się nie chce, albo uważa, że jego czas minął i trzeba dać miejsce młodym. Pozwala na ukazywanie się tekstów, które nie są wyrazem jego myślenia. W stosunku do Kościoła i chrześcijan – Gazeta jest obecnie przeciwna jego myśleniu. Nastąpiła  zmiana generacyjna. Problemy tego pokolenia są już inne. Michnik należy do starszej generacji. To, co obecnie obserwujemy, głównie młodzieżowe wzburzenie po decyzji tzw. Trybunału Konstytucyjnego przybiera formy, które jego pokolenie niekoniecznie akceptuje. Choć wydaje mi się, że Adam Michnik bardzo nie lubi arcybiskupa Jędraszewskiego, to chyba nie krzyczał „Jędraszewski wypierdalać!”.  W kwestiach ekonomiczno-socjalnych Gazeta Wyborcza jest teraz dużo bardziej antyglobalistyczna i antykapitalistyczna niż Michnik, który pozostał obrońcą Balcerowicza. On trwa w tym kanonie i na to nie ma rady. Można mu zarzucić, że skoro jest naczelnym, to powinien albo wziąć za to odpowiedzialność, albo podać się do dymisji. 

To co się stało z Gazetą Wyborczą wpływa chyba też na dorobek Adama Michnika. Periodyk, który tworzył nie jest już do końca bliski jego poglądom. Całe życie walczył z nacjonalizmem, a tu nacjonalizm w jakimś stopniu się odrodził. Obecna sytuacja w Polsce także na pewno mu się nie podoba, a po rządach PiSu ktokolwiek by nie rządził, to raczej także nie będzie „myślał Michnikiem”. Michnik miał ten rząd dusz nad Polakami. Dostał, szukając już analogii do „Wesela” Wyspiańskiego”, kaduceusz polski, ale chyba go już bezpowrotnie stracił. Czy Adam Michnik jest zatem dziś człowiekiem przegranym?

W mojej opinii, jest to jednak człowiek wielkiego sukcesu. Każde nowe pokolenie myśli inaczej. Z tej perspektywy, to nie tylko Michnik, ale i Kaczyński to ludzie przegrani.  Ale grupa Michnika i jego generacja powinna mieć poczucie gigantycznego sukcesu. Oni wykorzystali koniunkturę, która się pojawiła. Dosiedli tego konia historii i galopowali, a Michnik był na czele tego pędu, który najbardziej przyczynił się do przewrócenia totalitarnej władzy. Popełniał, jak każdy,  błędy. Trzeba było – choć nie w 1989 roku - dekomunizować, nie uwłaszczać nomenklatury, i to obciąża jego konto. Ale nie jest tak, że nie powstała w Polsce demokracja. Patrząc na ten dorobek od 1989 to Polska osiągnęła gigantyczny sukces.

Teraz mamy rząd, który jest zaprzeczeniem ideałów Michnika. Można jednak zasadnie pytać, o jego udział w wytworzeniu się grupy Polaków, którzy stracili zaufanie do tej jego recepty na Polskę. O to, czy zwycięstwo Kaczyńskiego w 2015 roku nie było umożliwione przez arogancję obozu, który sam siebie zwał oświeconym.

Ale nie powiedziałbym, że on jest człowiekiem przegranym. W sumie bilans jego życia jest zdecydowanie dodatni.

Zobacz także:

Kim był i kim jest Adam Michnik





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA