cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności.

Piątek, 19.08.2022

Reforma rolna z 1944 – więcej szkody niż pożytku

Jakub Wojas, 05.01.2022

Praca na polu, przedwojenne zdjęcie

Do dziś można się spotkać z opinią, że reforma rolna z 1944 roku, choć pozbawiła wielu właścicieli ziemskich budowanych przez pokolenia majątków, to przyniosła pozostałym mieszkańcom wsi dużo dobrego. W rzeczywistości krzywdziła ona zarówno ziemian, jak i chłopów.

Nadchodzą Sowieci...

Na początek warto obalić pewien mit. W Polsce reforma rolna rozpoczęła się nie w 1944, ale w 1925 roku. Różnica była taka, że ta wcześniejsza odbywała się w dużo bardziej cywilizowanych warunkach. Obejmowała majątki przeważnie powyżej 180 hektarów. Ich właściciele otrzymywali rekompensaty w wysokości cen rynkowych. Chłopi z kolei wykupywali ziemie, korzystając z preferencyjnych kredytów państwowych. W porównaniu z tym reforma z 1944 roku jawi się jako zwykła grabież.

Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego wydał dekret o reformie rolnej 6 września 1944 roku. Jego realizację poprzedziło wkroczenie Armii Czerwonej, co wiązało się najczęściej z grabieżą i gwałtami. Nierzadko dochodziło też do „sądów nad dziedzicami”, w czasie których pracownicy folwarków w obecności czerwonoarmistów mieli wyrokować o życiu lub śmierci swoich niedawnych chlebodawców. W znakomitej większości przypadków fornale stawali w obronie ziemiańskich rodzin. Trzeba także przyznać, że niejednokrotnie przejście Armii Czerwonej miało dużo dramatyczniejszy charakter dla chłopów (a głównie chłopek), niż mieszkańców dworu, gdzie często na kwaterach zatrzymywał się sztab i oficerowie, którzy starali się powstrzymywać swoich żołnierzy.

Rządca Edward Tomaszewski na tle dworu w Moniakach, 1939 r.

Grabież i niszczenie

W każdym razie jakkolwiek by nie przebiegało wkroczenie sowieckich żołnierzy, to był to początek końca ziemiańskiego świata. Po odejściu czerwonoarmistów nastał czas chaosu i niepewności. Ziemianie często próbowali czekać w swoich włościach na dalszy rozwój wypadków, ale atmosfera gęstniała z dnia na dzień. Zapowiedzi reformy rolnej działały na wyobraźnie przynajmniej niektórych chłopów. W zebranych prze Annę Wylegałę w książce „Był dwór, nie ma dworu” relacjach świadków tych wydarzeń przewija się wątek powszechnych grabieży, a niekiedy i bezmyślnego niszczenia. Jak wspominał pierwszy powojenny starosta opatowski Jan Kaczor:

Można było w tym czasie przy rozumnym i przemyślanym postępowaniu, a także odpowiedniej propagandzie wśród ludności, która odnosi się do wszystkiego, co pańskie, ze zrozumiałą niechęcią, a nawet nienawiścią, zachować dworki-pałacyki w stanie nienaruszonym, z całym wyposażeniem ich wnętrz i urządzić w nich piękne świetlice, szkoły, biblioteki. Ale już w pierwszych dniach po wyzwoleniu nagromadzona wiekami niechęć do dworu znalazła upust. Niszczono, co się tylko dało. Nikt nie nauczył ludności wiejskiej patrzeć na to jako mienie społeczne , które należy strzec i ochraniać dla własnego dobra.

Więcej na temat reformy rolnej i jej skutkach można przeczytać
w książce Był dwór, nie dworu

Skala zniszczeń i szabru była na tyle duża, że już w listopadzie 1944 roku starostowie otrzymali ogólniki, by zapewnić ochronę przedmiotom z majątków, które mają wysoką wartość artystyczną. Tym były najbardziej zainteresowane okoliczne muzea, ale odbiły się one od ściany niechęci lokalnych władz i ludności. Apele o zwrot zagrabionych zabytkowych rzeczy spotykały się w najlepszym razie z obojętnością.

Z tymi obrazkami kontrastują jednak też inne postawy, czasem tych samych ludzi. Rugowaniu ziemian z ich domów często towarzyszyły aresztowania. Pracownicy folwarków i ich potomkowie do dziś ze współczuciem wspominają jak potraktowano dotychczasowych mieszkańców dworów. Ponadto okoliczni gospodarze nierzadko dawali schronienie wyrzuconym rodzinom. 

Jednak zebrane przez panią Wylegałę relacje budują bardzo dziwny z naszej perspektywy obraz. Co do zasady wszyscy zgodnie dobrze mówią o ziemianach, którzy krzywdy nikomu nie czynili, a i nie raz pomagali. Do tego, nie brak świadectw o udzielanej pomocy właścicielom ziemskim czy okazywanemu współczuciu. Z drugiej strony, mocno kontrastuje to z tym wszechobecnym szabrem i niszczeniem, które miało być efektem nagromadzonej przez lata niechęci. Ta pozorna sprzeczność da się jednak wytłumaczyć. Odruchy współczucia wobec jawnej niesprawiedliwości były naturalne, ale możliwość łatwego wzbogacenia się na porzucanym pańskim majątku potrzebowała jakiegoś moralnego uzasadnienia. Stąd nawet najmniejsza krzywda, chociażby za to, że dziedzic był bogaty miała stanowić usprawiedliwienie dla dokonywanych czynów. Jednoczenie akt niszczenia był odreagowaniem dotychczasowej niedoli, za którą, przy pomocy propagandy, obciążano dawnych właścicieli ziemskich.

Lecz to jak przebiegała reforma rolna zależało głównie od tego, kto w terenie odpowiadał za jej wykonanie. Przysyłani komisarze byli różni. Niektórzy robili to, co im kazano, ale przynajmniej starali się być przyzwoici, np. zapewniając wyrzucanym z domu rodzinom odpowiedni czas na zorganizowanie przeprowadzki. Jednakże już same warunki reformy były bandyckie.

Złodziejska reforma

Reforma była w istocie wywłaszczeniem właścicieli majątków powyżej 50 ha, a w województwach poznańskim, pomorskim i śląskim tych powyżej 100 ha. Wbrew wszelkim dotychczasowym zasadom, nie przewidywano żadnego wynagrodzenia za odbierane dobra, a jedynie drobne uposażenie na starość, z którego i tak potem zrezygnowano. Była to zatem zwykła kradzież dokonywana przez państwo na majątku swoich obywateli. Co więcej, ci którzy otrzymywali dzieloną ziemię musieli za to zapłacić. Przed wojną te pieniądze mogły iść do dawnego właściciela. Tu do kieszeni państwa. Opłata była równa rocznemu plonowi z nabytej powierzchni, którą można było spłacić w 10-20 lat, co i tak stanowiło dla wielu rodzin obciążenie przekraczające ich możliwości.

Do tego wszystkiego dochodziły rozliczne patologie. Władze przejmowały bowiem nie tylko grunty, ale i budynki mieszkalne, i to nie tylko dwór, ale i czworaki, a to powodowało, że fornale może i otrzymywali ziemie, ale tracili dom. Postawienie domu wiązało się z kolei z następnymi kosztami, na które dawnych pracowników folwarcznych po prostu nie było stać. Ponadto ludzie odpowiadający za realizację reformy byli często podatni na korupcję. W efekcie, większe nadziały ziemi i to tej lepszej otrzymywali bogatsi gospodarze. Biedni chłopi i fornale grunty mniejsze i gorsze. To było też powodem licznych sporów we wsiach. W każdym razie władza pilnowała, by nikt nie skumulował w swoich rękach więcej niż 15 ha. Ci, którzy mieli więcej stali się kolejnym, po ziemianach, wrogiem propagandy. Tak zwany kułak został się nowym synonimem krwiopijcy.

Wręczanie aktu nadania ziemi podczas parcelacji w dobrach hrabiego Potockiego w Łańcucie, grudzień 1944 r.

Przyjrzyjmy się teraz efektom, bo jak wiadomo „po owocach ich poznacie”. Niektórzy lewicowi publicyści przekonują, że reforma rolna stanowiła akt sprawiedliwości. Być może brutalny, ale likwidujący palący od wielu lat problem „głodu ziemi” na wsiach. W liczbach rzeczywiście to wygląda imponująco. Do 1949 roku rozparcelowano 6,1 mln hektarów między 1,1 mln rodzin. Ale należy zwrócić uwagę na szczegóły. Powstałe w ten sposób, w większości kilkuhektarowe gospodarstwa były zbyt małe, by zapewnić godziwą egzystencję. Było to celowe działanie, bowiem władza liczyła, że dzięki temu zmusi chłopów do szykowanej kolektywizacji. Niemniej bezpośrednią konsekwencją bandyckiej reformy był gwałtowny spadek produkcji żywności, gdyż powstałe gospodarstwa nie były w stanie zapewnić odpowiedniego poziomu pracy i nie stosowały nowoczesnych technik uprawy. Zaowocowało to m.in. namnożeniem się stonki ziemniaczanej, według komunistów zrzucanej przez „amerykańskich imperialistów”. Jak nietrudno się domyślić, poziom życia ludności wiejskiej się znacząco obniżył i co może jest pozytywnym skutkiem, nie przysporzył władzy stronników.

I na koniec, być może najważniejsze. Bandycka reforma doprowadziła do praktycznie całkowitej likwidacji klasy ziemiańskiej. Dwory stanowiące centrum polskości, tradycji, pełne wielu wartościowych pamiątek, same stanowiące nierzadko perełki architektoniczne zostały zniszczone i ograbione, a ich mieszkańcy, którzy często stanowili lokalną elitę wyrzuceni z domu, pozbawieni środków do życia i utracili łączność z ich rodzinnymi stronami. Tego można było uniknąć. Przedwojenna reforma rolna pokazywała, że było możliwe rozładowanie „głodu ziemi” w cywilizowanych sposób, nie krzywdząc nikogo. Ale tego nie chcieli komuniści. Ziemiaństwo miało zniknąć. I to się niestety udało.

Artykuł inspirowany książką Anny Wylęgały Był dwór, nie ma dworu





Udostępnij ten artykuł

,

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA