cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności (https://kurierhistoryczny.pl/polityka-prywatnosci,7).

Polsko-ukraiński pat

Jakub Wojas, 27.11.2017

Demonstracja Ukraińców w Przemyślu z wykorzystaniem czerwono-czarnej flagi Ukraińskiej Powstańczej Armii (foto: Wikimedia Commons)

Od niedawna mamy chyba najgorsze stosunki na linii Warszawa-Kijów w ciągu ostatniego ćwierćwiecza. Przypomina to wszystko spiralę, z której coraz trudniej znaleźć wyjście.

Pułapka z własnych zaniedbań

W ostatnim czasie Ukraina zabroniła prowadzenia na jej terytorium prac ekshumacyjnych przez polski IPN. W odpowiedzi władze polskie stworzyły listę ukraińskich urzędników, którzy nie będą wpuszczani na terytorium Polski. Wcześniej z kolei doszło do zniszczenia w Polsce nielegalnie postawionych pomników Ukraińskiej Powstańczej Armii, na których odbudowę strona polska się nie zgadza. Budzi to sprzeciw Ukraińców, którzy blokują stawianie pomników polskich ofiar na Ukrainie. Do tego nad Dnieprem już od pewnego czasu honoruje się osoby odpowiedzialne za rzezie na Wołyniu i w Galicji Wschodniej. Powoli obydwie strony zapętlają się we wzajemnych oskarżeniach i atakach.

Historia zawsze w stosunkach między Kijowem a Warszawą była tym trupem w szafie, który co jakiś czasy wyskakiwał, powodując same problemy. Nie była to jednak jedynie sprawa Wołynia. Być może teraz mało kto to dziś pamięta, ale jeszcze w latach 90. i na pocz. 2000. na czoło wysuwała się kwestia Cmentarza Orląt i wojny polsko-ukraińskiej 1918-1919. Przełomem w tej sprawie okazało się jednak polskie zaangażowanie w Pomarańczową Rewolucję z 2004 r. Po tym wydarzeniu kwestia załatwienia tej sprawy z nowymi władzami okazała się dużo prostsza i już rok później polscy turyści mogli odwiedzić odremontowaną i powtórnie otwartą nekropolię.

Polska już wówczas starała się uchodzić za „adwokata Ukrainy w Unii Europejskiej” i dążyła do ustanowienia strategicznego partnerstwa. To właśnie z tego powodu dosyć często przymykano oczy na wcześniejsze przewiny Ukraińców. Tym bardziej, że „kult UPA” nie miał nigdy charakteru ogólnopaństwowego i koncentrował się jedynie w niektórych obwodach na zachodzie kraju, a za czasów prezydentury Wiktora Janukowycza był nawet źle postrzegany.

Wszystko się zmieniło po Rewolucji Godności z 2014 r. Rewolucjoniści, głównie pochodzący właśnie z zachodniej Ukrainy, nad wyraz chętnie zaczęli posługiwać się symboliką banderowską. Po zamianach na szczytach władzy i wybuchu wojny z Rosją potrzeba było historycznych przykładów walki z przeciwnikiem ze wschodu i wtedy triumfalnie do panteonu weszli oni... banderowcy… cali na biało, a raczej czerwono-czarno.

Pomnik Romana Szuchewycza - jednego z głównych dowódców
Ukraińskiej Powstańczej Armii - w Krakwowcu przy granicy z Polską
(foto: Klymenkoy/CC BY-SA 4.0/Wikimedia Commons)

Tym razem nie tylko na tradycyjnie „banderowskiej” zachodniej Ukrainie zaczęto historycznym przywódcom nacjonalistów ukraińskich nadawać nazwy ulic czy stawiać pomniki. Coraz bardziej granica „kultu UPA” przesuwała się na wschód, starając się przekroczyć nawet, wydawało się nieosiągalną dla tej narracji, granicę Dniepru.

Wynoszenie na piedestał osób, które są odpowiedzialne za rzezie Polaków wywołało gwałtowną reakcję w Polsce. Pierwszy siarczysty policzek dla polskiej polityki wschodniej odwołującej się idei Jerzego Giedroycia i Juliusza Mieroszewskiego, którzy opowiadali się za wspieraniem ukraińskiej państwowości, było nadanie w 2010 r. tytułu bohatera Ukrainy Stepanowi Banderze. Działo się to w momencie, gdy prezydent Lech Kaczyński wyjątkowo dużo robił, by umocnić relacje polsko-ukraińskie. Szczęścia nie miał również jego następca, który podczas wizyty w Kijowie w 2015 r. był świadkiem przyjęcia ustaw dekomunizacyjnych, w których wskazano na heroiczność oddziałów UPA.

Po dojściu w Polsce do władzy PiSu stosunki na linii Kijów-Warszawa gwałtownie się ochłodził. Była to m.in. reakcja na wypowiedzi niektórych ukraińskich urzędników, którzy co najmniej próbowali relatywizować dokonane przez banderowców zbrodnie na Polakach. Nad Dnieprem z kolei alergicznie wręcz reagowano na wszelkie oskarżenia w stosunku do UPA o dokonanie ludobójstwa.

Obydwa kraje wpadły w pułapkę, być może zastawioną przez kogoś innego, lecz na pewno przygotowaną dzięki dużym zaniedbaniom po każdej ze strony. Przez długi czas temat ludobójstwa na Wołyniu i w Galicji Wschodniej był traktowany w Polsce po macoszemu. Dopiero ostatnie lata spowodowały, że informacje o tych tragicznych wydarzeniach przebiły się do powszechnej świadomości. Być może bez tego nie byłoby dzisiaj tak gwałtownych reakcji władz polskich, które obliczone są raczej na użytek wewnętrzny. Jednak z drugiej strony, gdyby nie patrzono na niektóre rzeczy w stosunkach polsko-ukraińskich przez palce, to dziś na Ukrainie nie byłoby takiego zdziwienia, że Polaków coś nagle oburza w kwestii gloryfikacji UPA.

Arogancja nie popłaca

Nie da się ukryć, że są między Polkami i Ukraińcami rachunki krzywd. Z naszej perspektywy na czoło wysuwają się krwawe rzezie z okresu II wojny światowej. Dla Ukraińców z kolei liczy się szersza perspektywa wielowiekowego ciemiężenia przez „polskich okupantów”. W rezultacie od pewnego czasu prowadzimy nie dialog, lecz wygłaszamy monologi, wzajemnie się nie rozumiejąc.

Obecny polski rząd postanowił pójść na ostro. 5 listopada br. minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski odwiedził Lwów. Spotkał się jedynie z przedstawicielami ukraińskiej opozycji, złożył kwiaty w miejscach upamiętniających Polaków i przy okazji skrytykował władze Ukrainy, zapowiadając ustanowienie specjalnej listy urzędników ukraińskich, którzy nie będą wpuszczani do Polski. 

A teraz proponuję taki eksperyment. Proszę sobie wyobrazić, że te wszystkie rzeczy robi szef dyplomacji Niemiec we Wrocławiu, tj. odwiedza miejsca związane z niemiecką przeszłością, spotyka się z polską opozycją, krytykuje rząd w Warszawie, zapowiada specjalne listy Polaków, którzy nie zostaną wpuszczeni do Niemiec. W ten prosty sposób możemy poczuć to co czuli Ukraińcy po wizycie Waszyczkowskiego. Aroganckie podejście do Ukrainy jest w tym momencie chyba najgorszą z możliwych rzeczy jaką można zrobić. Niestety, jest to symptomatyczne w polskich relacjach ze Wschodem. Obecny polskich minister spraw zagranicznych idzie przecież w ślady swego, notabene nielubianego, poprzednika Radosława Sikorskiego, który swego czasu akurat w stosunku do Litwy zapowiadał, że jego noga tam nie postanie, dopóki władze litewskie nie zmienią swego postępowania w kilku kwestiach.

Donald Tusk i Petro Poroszenko w Brukseli, czerwiec 2015 (foto: Nothingmean/CC BY-SA 4.0 /Wikimedia Commons)

Życie się jednak dziwnie plecie. Obecnie Polska ma znacznie lepsze stosunki z Litwą (pomogła spokojna rozmowa, a nie odgrażanie się) niż za czasów Donalda Tuska, który przecież swoją pierwszą zagraniczną wizytę odbył do Wilna. Z kolei dziś nad Dnieprem z rozrzewnieniem wspomina się rządy w Polsce obecnego przewodniczącego Rady Europejskiej, choć swego czasu dzisiejsi pracownicy nielubianego przez Kijów resortu ministra Waszczykowskiego (np. Przemysław Żurawski vel Grajewski) otwarcie atakowali Sikorskiego i Tuska o rzekomą antyukraińskość.  

Uspokójmy sytuację

Listy zakazu wstępu, obrażanie się czy wzajemne oskarżenia to droga donikąd. W ostatnim czasie notowania Polski nad Dnieprem wyraźnie spadły, a byliśmy (miejmy nadzieję, że nadal tak będzie) najbardziej lubianą nacją wśród Ukraińców. Co niektórzy nacjonaliści (na szczęście są to grupy marginalne), którzy regularnie nawołują do odwojowania nie tylko Donbasu i Krymu, ale też Kubania, coraz głośnie mówią od „odwiecznych” ziemiach ukraińskich na terytorium polskim. Działania w stylu Waszczykowskiego są tylko pożywką dla takich osób.

Z drugiej strony, nie liczmy na to, że Ukraina zarzuci gloryfikowanie żołnierzy UPA. Nie jest pewne, czy obejmie to całe państwo, gdyż na wschodzie kraju postrzeganie tej formacji jest podobne do polskiego, ale nacjonaliści ukraińscy pozostaną w panteonie bohaterów. Dla Ukraińców to przede wszystkim ludzie, którzy heroicznie walczyli z sowiecką okupacją. Natomiast rzezie Polaków i walka z polskim podziemiem, to dla nich głównie niepotrzebny i smutny epizod. Nawet środowiska współczesnych ukraińskich nacjonalistów oddawały niejednokrotnie hołd pomordowanym na Wołyniu.

Włodymyr Wjatrowicz - prezes ukraińskiego IPN (foto: Wikimedia Commons)

Ukraińcy zżymają się jednak na słowo ludobójstwo w stosunku do tych wydarzeń, lecz nawet tak nielubiany w Polsce szef ukraińskiego IPN Włodymyr Wjatrowicz zgadza się, że należałoby wskazać winnych poszczególnych zbrodni na Polakach i w ten sposób wydzielić z UPA „czarne owce”. Inną ciekawą inicjatywą, częściej wysuwaną raczej ze strony ukraińskiej, jest powołanie międzynarodowej komisji historyków (z wyłączeniem historyków polskich i ukraińskich), którzy mieliby rozstrzygnąć kwestię przebiegu wydarzeń na Wołyniu i w Galicji Wschodniej w czasie II wojny światowej.

Najwięcej do zrobienia ma jednak Polska. Nikt nam nie zabrania zajmowania się kwestią mordowania Polaków przez ukraińskich nacjonalistów i czczenia ofiar tych wydarzeń, lecz nie ma najmniejszego powodu, aby wysuwać te kwestie do rangi najważniejszej sprawy w stosunkach polsko-ukraińskich. Nie tak dawno minister Waszczykowski ogłaszał „reset” w stosunkach z Białorusią, na której do dziś są ulice wodzów rewolucji, którzy mieli na rękach krew setek tysięcy naszych rodaków. Podobnie jest przecież w Rosji. Jednak jedynie dla Ukraińców przyszykowano specjalną listę z zakazem wstępu dla określonych urzędników i postawiono kwestie historii jako zakładnika wzajemnych relacji.

Ponadto, o ile Polska przez lata w ogóle nie mówiła o trudnych momentach we wspólnych dziejach, to nagle teraz uderza w te tony na okrągło. Tymczasem nie zrobiliśmy nic, aby wypromować te jasne epizody – sojusz Petlura-Piłsudski, unia hadziacka czy wkład ruskich rodów w budowę wspólnej Rzeczpospolitej. Robimy naprawdę wiele, aby zniszczyć nasz soft power nad Dnieprem.

Ważne jest też pokazanie, że my potrafimy bez kompleksów rozliczyć się ze swoją trudną przeszłością. Obecnie zachowujemy się tak jakby istniał tylko Wołyń i nic poza tym. Ukraińcy z kolei zdają sobie sprawę, że przed i po coś się działo. Odpowiedzialne państwo powinno wskazywać dokonane zło zarówno przez innych, ale też przez siebie. Nie oznacza to symetrii w skali ofiar, ale zamiatanie pod dywan czy relatywizowania zbrodni Polaków czyni nas niewiarygodnymi.

Do tego, pomimo że to Ukraina jest wyraźnie słabszym państwem, to wie że Polska nie jest jej już aż tak bardzo potrzebna jak kiedyś. Określenie „adwokata Ukrainy w Unii Europejskiej” w stosunku do Warszawy straciło na aktualności nie tylko z powodu pogorszenia wzajemnych relacji, ale też z powodu utarczek Polski z UE. Bo co to za adwokat, któremu grozi postępowanie dyscyplinarne?

To co powinna teraz zrobić polska dyplomacja to przede wszystkim uspokoić sytuację. Sprowadzić tę dyskusję kilka szczebli niżej, zaproponować kompromisowe rozwiązania (np. komisja międzynarodowa historyków), wspierać promocję pozytywnych epizodów we wspólnych dziejach i wspólne działania tam, gdzie jest to możliwe (np. upamiętnienie ofiar sowieckiego reżimu). Zwróćmy uwagę, że właśnie dzięki takiej polityce udało się osiągnąć najwięcej w dziedzinie upamiętnienia trudnej przeszłości w stosunkach z Ukraińcami. Za prezydenta Kwaśniewskiego otwarto Cmentarz Orląt, obok którego znalazł się pomnik Ukraińskich Strzelców Siczowych. W 2011 r. z udziałem prezydentów Polski i Ukrainy otwarto z kolei cmentarz sowieckich ofiar w Bykowni. Dziś niestety w ferworze politycznej walki i wzajmnych oskarżeń podważa się legalność jego istnienia. Dlatego kluczowe jest wyprowadzenie historii ze sfery najważniejszych kwestii w relacjach polsko-ukraińskich.

Tylko dlaczego mam to dziwne przeczucie, że nasi rządzący postąpią wprost przeciwnie?





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA