cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W programie służącym do obsługi internetu można zmienić ustawienia dotyczące cookies.Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia.

Polska interwencja w Danii

Andrzej Walicki, 24.10.2017

Obraz Józefa Brandta, "Czarniecki pod Koldyngą". Tytuł jest jednak mylący. Według ostatnich badań w rzeczywistości jest to oblężenie zamku Sønderborg.

Polskie wojska pod wodzą Stefana Czarnieckiego przybyły do Danii jako sojusznik w walce ze wspólnym najeźdźcą. W pamięci zwykłych mieszkańców Polacy nie zapisali się jednak najlepiej.

Wojna ze wspólnym wrogiem

Po olbrzymich sukcesach w wojnie z Rzeczpospolitą szwedzki król Karol Gustaw postanowił iść dalej. W lipcu 1658 r. Szwecja zerwała zawarty cztery miesięcy wcześniej pokój w Roskilde i zaatakowała Danię. W myśl zasady wróg mojego wroga jest moim przyjacielem, 18 lipca tego samego roku Rzeczpospolita zawarła z Duńczykami sojusz. Zaczęła powstawiać olbrzymia koalicja antyszwedzka, do której dołączyła również Austria, Brandenburgia oraz Holandia. Z polskiej strony na pomoc najechanemu duńskiemu sojusznikowi miała ruszyć ekspedycja pod wodzą Stefana Czarnieckiego.

Czarniecki był już wówczas znany jako mistrz wojny podjazdowej, wsławiony w licznych walkach z Szwedami i Węgrami z Siedmiogrodu. Wojewoda miał również na swoim koncie wypady w kierunku znajdującego się pod szwedzkim panowaniem Pomorza szczecińskiego. Do dziś zresztą wiele ulic, placów czy szkół w tamtym rejonie nosi imię słynnego wojewody. Jednak dla ówczesnych mieszkańców tych ziem nie były to najszczęśliwsze wizyty. Żołnierze Czarnieckiego prócz odwagi słynęli również grabieży i swawolnictwa. W 1657 r. jazda przyszłego hetmana dwa razy zapuszczała się w tamte okolice, plądrując przy okazji setki miejscowości.

Stefan Czarniecki na obrazie Leona Kaplińskiego

Od lipca do września 1658 r. w wojnie z Danią, Szwedzi dokonali desantu zajmując Zelandię, Fionę oraz rozpoczęli oblężenie Kopenhagi. Inwazja ta odciążyła Rzeczpospolitą, bowiem Karol Gustaw właśnie z tego frontu musiał przerzucić swoje wojska, by przejąć kontrolę nad Danią.

Polacy postanowili pomóc sojusznikowi i 9 września 1658 r. ruszyła z Wielkopolski kolejna wyprawa Czarnieckiego. Armia wojewody ruskiego liczyła 5 tys. żołnierzy, z czego większość stanowiła jazda (22 chorągwie pancerne, 5 lekkich, 4 husarskie). Czarnecki wprowadził w oddziałach żelazną dyscyplinę, która jednak nie utrzymała się, gdy doszło do pojawienia się pierwszych kłopotów aprowizacyjnych.

Lutry, Kalwiny – bezbożne syny

Wojska polskie rozpoczęły swoje boje w księstwie Szlezwik-Holsztyn. Część z tych ziem była poważnie spustoszona przez Szwedów i akurat były to obszary, które zajmowali polscy żołnierze. Sprzymierzone armie, austriacka i brandenburska miały więcej szczęścia i zajęły dotąd nieokupowane zachodnie wybrzeże Danii.

Gdy Polakom zaczął doskwierać głód siłą rzeczy przystąpiono do grabieży. Okoliczni mieszkańcy, którzy się sprzeciwiali tym praktykom płacili za to głową. Wsie, a niejednokrotnie całe miasta, palono. Dochodziło również do porwań i gwałtów kobiet.

Wojska Czarnieckiego nie miały większych skrupułów. Znaczna część żołnierzy nie widziała specjalnej różnicy między Duńczykami a Szwedami, którzy w Polsce zachowywali się nie lepiej. Prawdą jest również, że Karol Gustaw zaciągał do swoich wojsk liczne grono poddanych duńskiego króla Fryderyka III. Duże znaczenie miał też tu religia. Okres Potopu to czas wzrostu katolickiego fanatyzmu religijnego. Jak mówiono: „Lutry, Kalwiny – bezbożne syny”, czyli to co niekatolickie zasługuje na potępienie.

Zdarzały się jednak i inne postawy. Kampanię w Danii doskonale opisał w swoich pamiętnikach jej uczestnik, Jan Chryzostom Pasek. Ten weteran wielu wojen z zaciekawieniem obserwował obyczaje tamtejszej ludności, skrzętnie wszystko odnotowując. Znalazły się tam również fragmenty dotyczące religijności Duńczyków:

Kościoły tam bardzo piękne, które przedtem bywały katolickie, nabożeństwo też piękniejsze, niżeli u naszych polskich kalwinistów, bo są ołtarze, obrazy po kościołach. Bywaliśmy na kazaniach, gdyż umyślnie dla nas gotowali się po łacinie i zapraszali na swoje predykty — bo to tam tak zowią kazanie — i tak kazali circumspecte[oględnie], żeby najmniejszego słowa nie wymówić contra fidem[przeciw wierze], rzekłby kto, że to rzymski ksiądz każe; i tym gloriabantur[szczycili się], mówiąc to, że „my w to wierzemy, co i wy daremnie nas, nazywacie odszczepieńcami”. Ale po staremu ksiądz Piekarski łajał o to, cośmy tam bywali.

Powrót do domu z wyprawy duńskiej - ilustracja z Pamiętników J.Ch. Paska. Publikacja "Albumy Wileńskie" z lat 1845-1875.

Sam Czarniecki przyjął strategię, że ziemie okupowane przez Szwedów są już szwedzkie i można tam rewanżować się za krzywdy własnej ojczyzny, jednak na ziemiach wyzwolonych trzeba, w miarę możliwości, trzymać dyscyplinę. W listopadzie 1658 r. liczba grabieży zmalała. W tym czasie Polacy opanowali miasto Koldynga z jego zapasami żywnościowymi i szykowali się do zdobycia tamtejszego zamku. 

Wyzwalanie Danii

Zanim jednak do tego doszło wojska Czarnieckiego, 14 grudnia stoczyły bój na wyspie Als. Wydarzenia, jakie tu się rozegrały znalazły odzwierciedlenie w polskim hymnie. Czarniecki bowiem i jego żołnierze, by dostać się na wyspę musieli przepłynąć cieśninę Als o szerokości do 500 m, która oddzielała ten obszar od Jutlandii. W tym czasie trwała odwilż i niemożliwe było przejście po lodzie. Pokonano zatem ten dystans na dwa sposoby. Lekka jazda przebyła go wierzchem przechodząc przez mieliznę. Reszta jeźdźców przeprawiła się na barkach, do których uwiązane były konie.

Dlatego później, gdy Czarniecki „dla ojczyzny ratowania” ruszał z powrotem do Rzeczpospolitej, by wziąć udział w walkach z Rosją, musiał „wrócić się przez morze”.

Desant na Als pozwolił na szybkie opanowanie wyspy. Kilka tysięcy szwedzkich żołnierzy pod naporem polskiej jazdy i austriacko-brandenburskiej piechoty musiało się ewakuować na wyspę Fionę. Niedługo potem wojska Czarnieckiego rozpoczęły oblężenie koldyndzkiego zamku. Decyzja ta była dosyć karkołomna. Dowództwo sprzymierzonych oczekiwało od wojsk polskich jedynie blokowania warowni. Nikt nie oczekiwał, że polski wódz zdecyduje się go zdobywać. Wojewoda nie miał bowiem piechoty, armat ani sprzętu oblężniczego.

Stefan Czarniecki na wyspie Als. Obraz Juliusza Kossaka.

Pierwszy szturm wojska polskie przeprowadziły 23 grudnia pod osłoną mgły. Wykorzystano wówczas, znany z wojen na kresach Rzeczpospolitej sposób zdobywania twierdz z wykorzystaniem snopków słomy. Szturmujący nieśli przed sobą snopki, które następnie rzucali do fosy. Gdy kilka tysięcy snopków tam się znalazło, wówczas łatwiej było przeprawić, a następnie wdrapać na mury.

Atak skończył się jednak porażką. Następny szturm również. Dopiero za trzecim razem Polacy dostali się na wały, a później na dziedziniec zamkowy. Tam doszło do walki na szable ze Szwedami, którzy nie mieli już szans z żołnierzami Czarnieckiego. O zwycięstwie przesądził jednakże wybuch w prochowni, który zniszczył część warowni.

Jeńców z Klodyngi Polacy wymordowali. Za to spadły na nich zresztą gromy ze strony dowódców innych wojsk koalicji. Żołnierzy wojewody oskarżano również o podbieranie austriackiego prowiantu, o co Czarniecki o mało się nie pojedynkował z austriackim feldmarszałkiem Raimondo Montecuccolem.

Wojnę wznowiono na wiosnę. Przybrała ona już charakter walk partyzanckich, w których szczególnie mogli się wykazać żołnierze polscy. Szwedzi byli stopniowo spychani z terytorium Danii. Do połowy 1659 r. wyzwolono Jutlandię, a w listopadzie sprzymierzeni przy wsparciu floty holenderskiej dokonali desantu na Fionę.

Tam, 14 listopada 1659 r. rozegrana została największa bitwa tej kampanii, pod Nyborgiem. Uczestniczyło w niej ok. 1000 żołnierzy polskiej jazdy (husarii i pancernych) pod dowództwem pułkownika Kazimierza Piaseczyńskiego. Ich udział okazał się decydujący. Batalia była bowiem zażarta. Dopiero atak polskiej kawalerii rozbił oddziały szwedzkie. Niestety, śmierć poniósł wówczas szarżujący na przodzie pułkownik Piaseczyński.

Niedługo później wojska koalicji zdobyły twierdze Nyborg, gdzie kryły się jeszcze resztki szwedzkiej armii. Wielki plan Karola Gustawa opanowania wybrzeży Bałtyku zaczął się sypać. Ostatecznie na mocy zawartego 3 maja 1660 r. pokoju w Oliwie i w Kopenhadze 27 maja 1660 r., Szwecja musiał zrezygnować ze swoich aspiracji wobec Rzeczpospolitej oraz Danii.





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA