cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności.

Polska drugą Koreą, czyli Orlen chce być czebolem

Krystian Skąpski, 11.03.2021

Dzielnica Gangnam w Seulu (foto: Joop/CC BY 2.0/Wikimedia Commons)

PKN Orlen w ostatnich miesiącach zakupiły grupę Polska Press z 20 tytułami prasowymi i portalami, które odwiedza ponad 17 mln użytkowników miesięcznie. Do tego polski koncern paliwowy rozwija swoją działalność w usługach kurierskich czy branży gastronomicznej i coraz ambitnej nakreśla cele również w innych gałęziach gospodarki. Wszystko wskazuje na to, że ktoś tu się stara naśladować koreański model gospodarki. Tylko czy nad Wisłą to ma sens?

Koreański pomysł na gospodarkę

Kilka lat temu pierwsze miejsca na listach przebojów na całym świecie okupował utwór „Gangnam Style” wokalisty ukrywającego się pod pseudonimem PSY. Jak to zwykle bywa ludzi porwała przede wszystkim skoczna melodia i zapewne niewielu wgłębiało się w treść tej piosenki. A tymczasem zarówno tekst, jak i teledysk do tego utworu był satyrą na życie mieszkańców dzielnicy Gangnam-gu – miejsca życia dobrze sytuowanej, wyższej kadry menadżerskiej czeboli. Czebole to dziś podstawa koreańskiej gospodarki, a zrobienie w nich kariery jest marzeniem milionów Koreańczyków. Mówi się, że cały system edukacji jest nastawiony na przygotowanie idealnego pracownika tego koncernu. Nieprzypadkowo czebole odgrywają centralną rolę w Korei Południowej. To one wyprowadziły tej kraj z kryzysu i doprowadziły go do gospodarczego cudu.

By zrozumieć ten fenomen musimy cofnąć się do roku 1961. Korea Południowa jest wtedy jednym z najbiedniejszych państw kontynentu. W wyniku przewrotu wojskowego władze przejmuje Park Chung Hee. Jego rządy rozpoczynają się od fali aresztowań, która objęła ponad 100 czołowych koreańskich przedsiębiorców. Powodem były oskarżenia o korupcję, ale w rzeczywistości była to demonstracja siły, która miała ustanowić nowe warunki relacji między państwem a biznesem. Park Chung Hee proponuje wybranym biznesmenom warunki budowy nowego ładu gospodarczego. Przedsiębiorstwa mają stworzyć wielkie konglomeraty, które przeprowadziłyby industrializacje państwa. Kapitał na ten cel ma pochodzić ze znacjonalizowanych banków, a wybrane firmy zaś otrzymają jak najlepsze warunki do rozwoju. Powierzone im sektory państwo koncesjonowało, skutecznie tym samym ograniczając dostęp konkurencji, a jednocześnie zapewniło zamówienia rządowe.

Seul w latach 60. - przed erą czeboli (foto:  Homer Williams/Flickr Creative Commons)

W ten sposób w latach 60. w szybkim czasie doszło do powstania wielkich koncernów, które z czasem rozszerzały swoją działalność w innych branżach. I tak jeden z czołowych koreańskich czeboli, słynny Samsung prócz wytwarzania urządzeń elektronicznych posiada w swoim pakiecie przedsiębiorstwa budowlane, medialne, rozrywkowe, motoryzacyjne czy chemiczne. W rezultacie ogromna część gospodarki jest zdominowana przez kilkanaście związków finansowych, grupujących powiązane ze sobą firmy. Do dziś czebole wytwarzają blisko 50 proc. koreańskiego PKB. Finansują również 70 proc. budżetów na badania i rozwój. Dzięki takim właśnie potentatom Korea Południowa z państwa najbiedniejszego stała się azjatyckim tygrysem i jedną z czołowych potęg gospodarczych świata.

Jest jednak też ciemna strona takiego modelu. Przy takiej monopolizacji nie może być mowy o wolnym rynku. Stworzenie własnego biznesu konkurującego na rynku z czebolem graniczy z cudem. Czebol zawsze będzie na uprzywilejowanej pozycji. Władze to dostrzegają i próbują albo obiecują, że próbują wpuścić więcej zagranicznego kapitału czy ograniczyć dominująca pozycję rodzimych koncernów, ale to wcale nie jest proste. O ile na początku to państwo miało kontrolę nad czebolami, bo miało w rękach sektor bankowy, a tym samym kurek do strumienia pieniędzy, to z czasem ta zależność się odwróciła. Czebole mając własne media i pieniądze trzymają wielu polityków w garści. Stąd co jakiś czas koreańską sceną polityczną wstrząsają afery korupcyjne z przedstawicielami czeboli w roli głównej. Jedną z najgłośniejszych z nich była ta z prezydent Park Geun-hye, córką rządzącego w latach 1961-1979 wspomnianego już generała Parka Chung Hee. W 2017 roku pani prezydent została usunięta ze stanowiska przez parlament, a niedługo potem została skazana na 24 lata więzienia za przyjęcie korzyści majątkowych od największych koreańskich czeboli. Stawką było przyznanie tym koncernom korzystnych kontraktów rządowych.

Narodowe czempiony

Mimo wszystko jednak dwucyfrowy wzrost gospodarczy, jakiego przez dziesięciolecia doświadczyła Korea Południowa musi budzić zazdrość. Polscy politycy wielokrotnie pozytywnie wypowiadali się na temat koreańskiego cudu gospodarczego. Za rządów PO-PSL powstał projekt narodowych czempionów – kilku wielkich przedsiębiorstw, które miały być kołami zamachowymi gospodarki i jednocześnie będących podstawą ekspansji gospodarczej na innych rynkach. Polska specyfika polega na tym, że owe czempiony to w zdecydowanej większości spółki Skarbu Państwa. Ta nazwa jest nieco myląca, bowiem w PKN Orlen czy KGHM Polska Miedź Skarb Państwa nie ma większości udziałów, ale uprzywilejowaną pozycję, która sprowadza się chociażby do obsady stanowisk prezesowskich.

Za rządów PiSu model gospodarczy narodowych czempionów, a zwłaszcza PKN Orlen wyraźnie skierowano w kierunku koreańskim. Najważniejsza polska spółka paliwowa kupiła grupę medialną, sieć kiosków, rozbudowuje ofertę gastronomiczną oraz usługi kurierskie. I jak wszystko na to wskazuje, to jeszcze nie koniec.

Dzisiejszy Seul nocą (foto: travel oriented/CC BY-SA 2.0/Wikimedia Commons)

Dostrzegalna jest jednak wyraźna różnica między koreańskim czebolem a jej polską, na razie jeszcze rodzącą się, wersją. Czebol jest koncernem prywatnym, choć na początkowym etapie był zależny od otrzymywanego od państwa kapitału i tworzonych warunków rozwoju. Orlen jest zarządzany przez państwowych nominatów. Wbrew obiegowej opinii wcale nie musi to przesądzać o tym, że taki podmiot radzi sobie gorzej na rynku od firm prywatnych. Porównując konkurencyjne przedsiębiorstwa prywatne i państwowe, to trudno między nimi dostrzec wyraźne różnice pod względem wyników finansowych, modelu zarządzania czy realizowanej strategii. Niemniej na gorsze postrzeganie spółek Skarbu Państwa wpływa ich mniejsza transparentność oraz niestabilność kadry kierowniczej (zależnej od zmian rządowych). Analizując dane z polskiego WIG wyraźnie widać, że PKO BP i PZU ze stabilnym kierownictwem są lepiej notowane niż chociażby spółki energetyczne, gdzie częste są menadżerskie roszady, a ceny prądu zależne od decyzji polityczny.

Spółki państwowe to oczywiście nie jest wyłącznie wyróżniki polskiego rynku, ale to właśnie tu jest najwięcej w Europie tych, których wartość przekracza 350 milionów euro (16) i przy tym stanowią one 74 proc. wagi całego WIG20. Polskie spółki w porównaniu np. z państwowymi podmiotami z Niemiec i Włoch charakteryzują się niską wyceną. Tylko, że w Polsce zarząd zmienia się średnio co dwa lata, natomiast w Niemczech co siedem. Liczy się zatem nie tylko struktura właścicielska, co sposób zarządzania.

Czebole po polsku

PiS raczej nie dąży do powielenia modelu koreańskiego 1:1. Będzie to pewna jej odmiana. Zresztą same czebole są odmianą japońskich keirestów, które powstały w miejscu przedwojennych zaibastu. Jedną z głównych różnic między nim jest większa zależność koreańskich czeboli od państwa, głównie od kredytów i gwarancji. Polska wydaje się, że idzie krok dalej. To spółka Skarbu Państwa buduje wielki wielobranżowy koncern. Paradoksalnie niedługo może przyjść na to najlepszy czas. Po pandemii wiele prywatnych podmiotów upadnie i taki paliwowy moloch jak Orlen może za stosunkowo niewielkie pieniądze dokonać ekspansji w innych gałęziach gospodarki.

Projekt ten ma oczywiście liczne mankamenty. Po pierwsze, nie wiadomo, czy po zmianie władzy będzie kontynuowany. To przekłada się na stały problem spółek z państwowym kapitałem, czyli częste zmiany kadry zarządzającej. Do tego ujawnić się mogą patologie połączenia biznesu i polityki. Przejęcie przez Orlen grupy Polska Press, która jest właścicielem kilkudziesięciu tytułów prasowych i portali daje każdej władzy potężne narzędzie wpływu. W dodatku, tak jak w Korei konkurowanie z takim czebolem jest trudne, co w naturalny sposób ogranicza możliwości prywatnego biznesu.

Zobacz także:

 

Ale mimo wszystko, polski czebol sam w sobie nie jest złym pomysłem. Grunt to uniezależnić sposób ich zarządzania od decyzji politycznych. Do tego wystarczyłaby ustawa, która jasno określałaby sposób wyboru niezależnego zarządu i zadania, jakie są oczekiwane ze względu na interesy państwa. Drugim wymogiem jest zadbanie, by czebole nie zdominowały rynku. W Korei Południowej czebole właściwie budowały gospodarkę, dlatego tak trudno teraz ograniczyć ich pozycję. Inaczej jest w Polsce, gdzie gospodarkę tworzą głównie przedsiębiorstwa z sektora małych i średnich. Brak natomiast rodzimych dużych podmiotów i to po 30 latach od transformacji. Wpływ na to ma odwrotność sytuacji z Korei. U nas to inwestycje zagraniczne budowały gospodarkę rynkową i to one miały w latach 90. najwięcej kapitału. Tylko nielicznym prywatnym przedsiębiorcom udało się osiągnąć pozycję, z której mogliby konkurować z wielkimi molochami z Zachodu. Trudno się dziwić, biorąc pod uwagę z jakiego miejsca polskie firmy startowały. Pozostało jednak kilka spółek Skarbu Państwa, które mają potencjał nie tylko zrównoważyć pozycję podmiotów zagranicznych w Polsce, ale też działać poza granicami, co właśnie dzięki powiązaniu z państwem może dopomóc w realizacji celów w polityce zagranicznej (np. budowa sieci w związków gospodarczych w Europie Środkowej i Wschodniej, oczywiście kierując się też przy tym rachunkiem makroekonomicznym).

Jeżeli zatem prywatnemu sektorowi z różnych powodów trudno przebić się do ekstraklasy, to dlaczego nie wykorzystać potencjału podmiotów, które mamy pod ręką? Większy udział narodowych czempionów w różnych branżach kosztem inwestorów zagranicznych, którzy w czasach kryzysów często wracają z pieniędzmi do krajów pochodzenia, może zapewnić, że polska gospodarka będzie silniejsza i odporniejsza na wstrząsy. Trzeba jednak pamiętać o proporcjach, by nie przesadzić z tą wewnętrzną ekspansją i nie zmonopolizować rynku. W nadmiarze to bowiem wszystko może zaszkodzić.





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA