cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności.

Polska bez powstań. Co by było gdyby nie wybuchło powstanie listopadowe

Kamil Byk, 29.11.2017

Foto: Noc listopadowa. Obraz Wojciecha Kossaka

Powstanie listopadowe było pierwszym od powstania kościuszkowskiego poważny buntem Polaków przeciw władzy zaborcy. Nie wybuchło ono jednak w momencie totalnego podporządkowania, lecz gdy Polska miała pewną autonomię. Potem było już tylko gorzej.

Noc z 29 na 30 listopada 1830 r. to był istny chaos. Podchorążowie pod przywództwem ppor. Piotra Wysockiego podjęli się opanowania stolicy. Spiskowcy ruszyli spod pomnika Jana III Sobieskiego w warszawskich Łazienkach na Belweder, gdzie urzędował wielki książę Konstanty. Powstańcom nie udało się jednak pochwycić Romanowa, bowiem zbiegł on w porę w przebraniu kobiecym. Pomimo tego powstańcy opanowali Arsenał i wzniecili rozruchy w mieście.

Ciągle jednak brakowało wodza. Wielu odmówiło uznając rebelię za szaleństwo. Pięciu generałów – Stanisław Trębicki, Maurycy Hauke, Stanisław Potocki, Ignacy Blumer, Tomasz Siemiątkowski – z tego powodu straciło życie. Generał Józef Chłopicki o wybuchu insurekcji dowiedział się podczas wizyty w teatrze. Uznał to za żart i kontynuował oglądanie przedstawienia. Generał Józef Nowicki nie miał nawet szansy na ten temat się wypowiedzieć, bowiem pomylono go z rosyjskim gubernatorem Warszawy gen. Michaiłem Lewickim i ostrzelano jego karetę gradem kul. 

Zdobycie warszawskiego Arsenału. Obraz Marcina Zaleskiego

W kolejnych miesiącach znaczną część wojskowych, w tym wodzów powstania, charakteryzowała postawa „chciałabym, a boję się”. Rozdzierała ich z jednej strony lojalność wobec sprawy narodowej, z drugiej wobec koronowanego króla Polski, Mikołaja I. Obawiano się, że klęska powstania będzie oznaczać koniec tego co jest, czyli Królestwa Polskiego. Dlatego od samego początku próbowano dogadać się z carem. Ten jednak nie chciał już żadnych układów. Jego zdaniem, rebelię po prostu trzeba było zdławić.

Gdy 25 stycznia 1831 r. książę Adam Jerzy Czartoryski składał podpis na akcie detronizacji Mikołaja I, rzekomo powiedział :„To koniec Polski”. Ten wybitny mąż stanu jak mało kto zdawał sobie sprawę, że car zlikwiduje jedyną Polskę, jaką wówczas miano. Nie było to państwo idealne. Powstałe na postawie postanowień Kongresu Wiedeńskiego z okrojonych ziem Księstwa Warszawskiego Królestwo Polskie połączono z Rosją unią personalną i podporządkowano jej polityce zagranicznej. Kongresówka posiadała jednak własną armię, sejm i bardzo liberalną, jak na owe czasy, konstytucję. Dzięki zręcznej polityce ministra skarbu księcia Franciszka Ksawerego Druckiego-Lubeckiego państwo to mogło się także poszczycić znakomitymi wynikami gospodarczymi. Co zatem poszło nie tak, że musiało wybuchnąć powstanie?

Z czasem Rosjanie zaczęli mocno uszczuplać swobody w Królestwie Polskim. Już w 1819 r. pojawiła się cenzura prewencyjna. Dwa lata później zniesiono wolność zgromadzeń. W wojsku sytuację pogarszało zachowanie stojącego na jego czele wielkiego księcia Konstantego, który lubił znęcać się nad podwładnymi. Nie było też szans na wcześniej obiecywane włączenie do Kongresówki pozostałych ziem Rzeczypospolitej pod zaborem rosyjskim. Kroplę, która przelała czarę goryczy okazał się plan wysłania armii Królestwa do tłumienia rewolucji w Belgii.

Wielki książę Konstanty dokonuje przeglądu polskiej kawalerii. Obraz Jana Rosena

Z drugiej jednak strony dostrzegano wprawdzie zaostrzającą się politykę władz carskich, ale jednocześnie doceniano, że w ogóle istniała ta szczątkowa polska państwowość. Społeczność Królestwa Polskiego z radością przyjęła ceremonię koronacji na króla Polski cara Mikołaja I, która odbyła się 24 maja 1829 r. w Warszawie. Z kolei wielki książę Konstanty po ślubie z Joanną Grudzińską w 1820 r. mocno złagodniał i nie był już tym sadystą co wcześniej. Nawet największy spisek antyrosyjski w Królestwie Polskim, zorganizowany przez Towarzystwo Patriotyczne, był sądzony przez polski sejm, który potraktował winowajców dość łagodnie.

W takich warunkach wielu dygnitarzy, jak książę Adam Jerzy Czartoryski czy książę Franciszek Ksawery Drucki-Lubecki, nie wyobrażali sobie żadnego powstania, gdyż to mógł by być koniec już wszelkich swobód. I tak się niestety stało po 1831 r. Królestwo Polskie de facto zlikwidowano. Zniesiono jego najważniejsze odrębności, upodabniając do innych części Cesarstwa Rosyjskiego, a Polacy znaleźli się pod niezwykle ostrym terrorem.

A przecież tak wcale nie musiało być. W tym samym czasie co Kongresówkę powołano Wielkie Księstwo Fińskie – z dużo mniejszymi swobodami od naszego Królestwa, lecz przetrwało ono aż do 1917 r. i dało początek niepodległej Finlandii. Tyle, że Finowie się nie buntowali.

I tu dochodzimy do kluczowego aspektu naszych rozważań. Założyć bowiem możemy dość prosto, że powstanie listopadowe nie wybuchło w 1830 r., ale mogło przecież wybuchnąć w późniejszym czasie, np. w trakcie Wiosny Ludów w 1848 r. czy wojny krymskiej w latach 1853-1856. Powstania, jak twierdzi wielu badaczy, to coś co, mimo że było dotkliwą ofiarą, to umacniało polskość. Była to swoista sztafeta pokoleń w walce o niepodległość. I pomimo klęsk, pamięć o powstańczych bohaterach dodawała otuchy następnym generacjom Polaków, że nie należy poprzestawać w dążeniach ku wskrzeszeniu ojczyzny.

Przyjmijmy jednak opcję, że Polacy, przynajmniej ci z Kongresówki, wyrzekają się tradycji insurekcyjnej. Zwycięża pragmatyzm, który cechował nieco później np. konserwatystów galicyjskich. Zaciskamy zęby i w imię zachowania tego, co jest nie występujemy zbrojnie przeciw Rosji…

Na początku listopada 1830 r. sprzysiężenie podchorążych zostaje rozbite. Przywódcy otrzymują duże wyroki, ale nie zostają zesłani na Syberię. Z kolei armia, zgodnie z przewidywaniami, wyrusza tłumić rewolucję w Belgii. W tej sprawie zresztą Mikołaj I nie miał innego wyjścia. Wojsko Królestwa Polskiego jako jedyne w Cesarstwie mogło tam zostać wysłane, gdyż stacjonowało najbliżej, a pozostałe jednostki trzeba by było ściągać z bardzo daleka.

Polacy na polach Flandrii i Walonii dają akty swego wojennego kunsztu. Szczególnie odznaczają się polscy ułani pod dowództwem Józefa Dwernickiego, którzy pod Brukselą w świetnej szarży rozbijają w pył szeregi belgijskich rebeliantów. Wydarzenie to porównywano później do słynnej szarży pod Somosierrą z 30 listopada 1808 r., gdzie Polacy tłumili z kolei powstanie hiszpańskie. W czasie kampanii belgijskiej wyróżnili się także generałowie Bem, Chłopicki oraz Prądzyński. Plan tego ostatniego został wykorzystany przy zdobyciu belgijskiej stolicy i walnie przyczynił się do ostatecznego zwycięstwa Świętego Przymierza.

Powrót oddziałów Wojska Polskiego z Wierzbna. Obraz Marcina Zaleskiego

Wojska polskie wracają z Belgii z rozwiniętymi sztandarami. Na piersiach żołnierzy błyszczą się krzyże Virtuti Militari, a Polska ma nowych bohaterów. Pozostałe lata przebiegają dosyć spokojnie, gdyż car zdobył pewne zaufanie do Polaków po ich postawie w 1831 r. Jego następca Aleksander II był już nawet skłonny do zlikwidowania narzuconych przez poprzedników ograniczeń. Królestwo Polskie ze znacznymi swobodami, a przede wszystkim z własną armią staje się polskim Piemontem, miejscem, gdzie ma szanse rozwijać się polskość i promieniować na inne regiony dawnej Rzeczypospolitej. To tu ściągają Polacy ze wszystkich zaborów do nauki na Uniwersytecie Warszawskim, pracy w polskiej administracji czy służby w rodzimym wojsku. Elity Królestwa Polskiego swoją lojalistyczną postawą skutecznie też torpedują projekty rusyfikacji ziem zabranych, starając się możliwie jak najbardziej upodobnić te obszary do Królestwa Polskiego. Warto pamiętać, że w świecie rzeczywistym przed powstaniem listopadowym istniały tam jeszcze szczątki administracji dawnej Rzeczypospolitej, a miejscowe korpusy wojskowe były polskojęzyczne.

Ale jest też druga strona medalu. Polacy czują się mocno związani z carem. Najsilniej jest to widoczne w czasie I wojny światowej. Armia Królestwa, w której w naszym scenariuszu służy wielu zbiegów z zaboru pruskiego i austriackiego, bije się z wściekłością przeciw państwom centralnym. W zamian car daje obietnicę zjednoczenia wszystkich ziem Rzeczypospolitej pod berłem Romanowów.

Trudno jednak się spodziewać, aby istnienie Królestwa Polskiego zmieniło wynik I wojny światowej czy nie doprowadziło do wybuchu rewolucji bolszewickiej. Niemniej upadek carskiej Rosji jest dla Polski niezwykle korzystny. Kongresówka od samego początku konfliktu była postrzegana jako członek Ententy, dlatego po jego zakończeniu może zostać beneficjentem układów zawieranych przed 1914 r. z jej królem Mikołajem II. Ziemie zaboru pruskiego i austriackiego bez problemu tym samym zostają nam przyznane, a na wschodzie dzięki zahamowaniu procesów rusyfikacyjnych, które w znacznej mierze były reakcją na polskie powstania, z łatwością administrację carską zastępuje polska. I tak w 1918 r. pełną niepodległość odzyskujemy w granicach zbliżonych do tych z 1772 r.

Zreasumujmy zatem: w powyższym scenariuszy za rezygnację z powstańczej ofiary, która rzekomo umacniała w kolejnych pokoleniach poczucie polskości, dostajemy zależne od Rosji państwo polskie, w którym jednak może się rozwijać owa polskość. Nie ma powstań, ale jest armia, która ma własne sukcesy, wprawdzie realizujące interesy cara, ale czy dziś ktoś zwraca uwagę, że pod Jeną, Wagram czy Somosierrą realizowaliśmy interesy Napoleona? Nie ma powstań, to nie ma na taką skalę rusyfikacji i łatwiej w dogodnym momencie odbudować państwowość nie tylko na obszarze Kongresówki, ale też na ziemiach zabranych.

Oczywiście, to wszystko doprowadziłoby do wielu zmian w mentalności Polaków. Pewnie do dziś, gdzieniegdzie w Polsce z rozrzewnieniem wspominano by cara, tak jak w dawnej Galicji wspomina się Franza Josefa. Ważniejsze jednak, że bylibyśmy narodem bardziej pragmatycznym, który kalkuluje, co się bardziej opłaca i nie szafuje lekko własną krwią, a to chyba nie byłoby takie złe?





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA