cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności (https://kurierhistoryczny.pl/polityka-prywatnosci,7).

#polishdeathcamps, czyli dokąd poszła polska polityka historyczna w ostatni weekend

Marcin Dzierżanowski, 30.01.2018

Napis na bramie niemieckiego nazistowskiego obozu Auschwitz (Wikimedia Commons)

Można było się spodziewać, że przyjęta w piątek przez Sejm nowelizacja ustawy o IPN wzbudzi kontrowersje np. na Ukrainie (co zresztą się stało). Jeden z nowych przepisów przewiduje bowiem kary za zaprzeczanie zbrodniom ukraińskich nacjonalistów. Nikt jednak się nie spodziewał, niczym hiszpańskiej inkwizycji w skeczach Monty Pytona, tak gwałtownej reakcji ze strony… Izraela, na którego ustawodawstwie wzorowali się polscy legislatorzy.

Skala niezrozumienia

Zmiany przyjęte w zeszłym tygodniu przewidują, m.in. karanie grzywną bądź nawet 3 latami więzienia za używanie zwrotu „polskie obozy śmierci” czy przypisywanie wbrew faktom odpowiedzialności Państwu Polskiemu bądź Narodowi Polskiemu za zbrodnie nazistowskie. Co jak co, ale Izrael, który sam bezwzględnie ściga (kara do 5 lat więzienia) za negowanie Holokaustu lub jego pomniejszanie, czy rozmywanie odpowiedzialności sprawców powinien rozumieć kroki podjęte przez Polskę. Tym bardziej, że jeszcze kilka lat temu środowiska żydowskie włączyły się w walkę z kłamliwym określeniem „polskie obozy zagłady”. Tymczasem w ostatni weekend, z dnia na dzień wybuchł największy od wielu lat kryzys w relacjach z Izraelem właśnie na tle nowych zmian w ustawie o IPN.

Zaczęło się od wypowiedzi na Twitterze Jaira Lapida, lidera izraelskiej opozycyjnej partii Jesz Atid. Pan ten krytykując polską ustawę stwierdził, m.in. że polskie obozy zagłady istniały i nic tego nie zmieni. Głupią wypowiedź jednego posła można by było jeszcze puścić mimo uszu (w każdym parlamencie nie trudno przecież znaleźć idiotę), ale premier Izraela, Benjamin Netanjahu w odpowiedzi zamiast wyciszyć sytuację jeszcze bardziej ją zaognił, mówiąc że polska ustawa to negowanie Holokaustu. Jakby tego było mało, w czasie uroczystości 73. rocznicy wyzwolenia obozu Auschwitz ambasador Izraela w Polsce Anna Azari skrytykowała polską nowelizację i również uznała ją za przejaw zaprzeczania Shoah. Z kolei wśród izraelskich internautów zaczęto na przekór Polsce masowo używać pojęcia „Polish death camps” okraszając to stosownymi grafikami oskarżającymi Polaków o udział w zagładzie Żydów.

Jedna z kłamliwych grafik krążych po mediach społecznościowych w ostatni weekend. Jest to przeróbka plakatu
przypominającego o niemieckiej odpowiedzialności za zbrodnie dokonane w czasie II wojny światowej.

W przeciągu kilkunastu godzin rozpadły się wszystkie dotychczasowe polskie wysiłki walki z pojęciem „polskich obozów zagłady”. Okazało się, ile były one warte, przynajmniej w stosunku do Izraela. Wielu Izraelczyków wypowiadających się na ten temat było przekonanych, że obozy w okupowanej Polsce zostały wybudowane wprawdzie przez Niemców, ale zarządzane przez Polaków. Namnożyło się też wiele mniej lub bardziej prawdziwych relacji o tym, jak to Polacy bez Niemców zabili komuś dziadka lub babcię. Oczywiście, w tej fali hejtu pojawiły się też głosy rozsądniejsze. Prezydent Izraela, Instytut Yad Vashem czy poniedziałkowe wydanie gazety Haaretz próbowały lepiej naświetlić tę sytuację wskazując, że byli wprawdzie Polacy, którzy uczestniczyli w nazistowskich zbrodniach, ale byli też tacy, którzy ratowali Żydów.

Izrael obawia się przede wszystkimi, że przyjęte w piątek w Polsce poprawki uniemożliwią badanie zbrodni na Żydach dokonanych w trakcie II wojny światowej przez Polaków. Jest to bzdura, bowiem badania naukowe są wyłączone spod reżimu ustawy, podobnie jak działalność artystyczna. Co więcej, skuteczność tego prawa wobec obcokrajowców będzie bliska zeru. Wydanie Polsce obcego obywatela przez inny kraju za przestępstwo musiałoby wystąpić w przypadku, gdy w państwie wydający takie działanie również jest karane, a w innych krajach oczywiście nikt nie będzie ścigał za „polskie obozy”. Ostatnia nowelizacja to raczej działanie propagandowe niż realna forma walki z tym pojęciem.

Żydzi podchodzą też do całej sprawy w niezwykle krzywdzący sposób. Oczywistym jest, że była grupa Polaków, których określeniem mianem „gnid” może uchodzić za komplement i wielu mieszkańców Izraela ma w swojej rodzinie historie, które niestety wiążą się z doświadczeniami z takimi osobnikami. Jednak ustawa również nie zakazuje przypisywania zbrodni dokonywanych przez określone osoby. Problem by wystąpił dopiero w momencie, gdyby np. jakąś rzeź dokonaną przez Polaków chciano przypisać całemu narodowi, co jest niesprawiedliwe i nieuprawnione. Często zapomina się bowiem o tym, że z perspektywy polskiego państwa Polacy, którzy brali udział w Holokauście byli zwyczajnymi kryminalistami, których skazywano na wyroki śmierci. Polskie Państwo Podziemne i polski rząd w Londynie zrobili chyba też najwięcej, by pomóc mordowanym Żydom i unaocznić ich tragiczną sytuację światu. W dodatku robiono to na obszarze, gdzie za pomoc Żydowi groziła kara śmierci, nie tylko dla pomagającego, ale i całej jego rodziny.

Państwo nie zdało egzaminu

Dotychczas wielu używających pojęcia „polskie obozy śmierci” miało najczęściej na myśli miejsce ich lokalizacji niż to kto je tworzył i nimi zarządzał. Mimo tego polska dyplomacja starała się wychwytywać przypadki użycia tej formuły i prosić o sprostowania, które najczęściej następowały. Tym razem jednak wyszło z całej sprawy coś gorszego. Za #polishdeathcamps kryła się nieprawdziwa interpretacja tego, co miało miejsce na ziemiach polskich w trakcie II wojny światowej. I nawet nie mam tutaj pretensji do Izraela czy do Żydów, wśród których rodzinne doświadczenia mogą wypaczać całościowy obraz sytuacji. By nie szukać daleko, wielu Polaków uważa, że Ukraińcy en masse mordowali naszych rodaków w czasie wojny. Tymczasem w ten haniebny proceder było zaangażowanych raptem kilka procent ukraińskich mieszkańców Galicji.

Niemieckie obozy zagłady na obszarze okupowanej Polski (Wikimedia Commons)

Winę za obecny kryzys na linii Polska-Izrael ponosi państwo polskie. Czy zadbaliśmy bowiem o to, aby wytworzyć spójny przekaz na temat tego, co się działo u nas w czasie wojny? Niestety, nie. Przez ileś lat samobiczowaliśmy się za zbrodnie band zwyrodnialców, którzy na nieszczęście byli Polakami przy tym w ogóle nie mówiąc o Sprawiedliwych, Żegocie etc. Teraz wahadełko przechyliło się w drugą stronę i jakbyś chcieli zapomnieć, że nie wszyscy nasi rodacy w czasie wojny byli aniołami. Czy Polski naprawdę nie stać na budowę jednolitego przekazu dla świata o naszej historii, który nie będzie nieproporcjonalnie czarny i nie nadmiernie ugładzony? Wszyscy, którzy oburzają się na tworzenie tzw. polityki historycznej niech mają na uwadze realia. Każde państwo prowadzi jakąś politykę historyczną i jeżeli my tego zaniechamy, to inni będą opowiadać o naszej historii w nie zawsze rzetelny sposób. 

Przykładowo, kolejne pokolenia izraelskiej młodzieży przyjeżdżają do Polski i odwiedzają zazwyczaj jedynie miejsca kaźni swych przodków, zapamiętując nasz kraj jako jedyne wielkie cmentarzysko, na którym żyją antysemici. Czy polskie państwo nie mogło nawiązać jakiejś współpracy z Izraelem, aby przekazać też o naszych wysiłkach dla ratowania Żydów, których wielu czuło się przecież Polakami? Czy podobnych inicjatyw nie można podjąć w innych krajach? Samo wyłapywanie nieprawdziwych zwrotów, to zdecydowanie za mało.

Jak na razie #polishdeathcamps jest jednym z najpopularniejszych hasztagów na Twitterze. Po wybuchu kryzysu polskie władze nie potrafiły skutecznie zareagować na tę sytuację. Oczekiwałbym, że przy każdym podłym oskarżeniu pojawi się stosowne wyjaśnienie, odwołanie do polskiej roli w ratowaniu Żydów, faktów dotyczących zbrodni dokonywanych na Żydach. Żadna jednak polska agenda (gdzie była Polska Fundacja Narodowa?) nie zorganizowała takiej kontrkampanii.

W ostatni weekend jedynie można było liczyć na pospolite ruszenie polskich internautów, choć wśród niektórych przybrało to postać nie najszczęśliwszej retoryki w rodzaju „a Żydzi byli w NKWD”. Inni podążając za teorią lansowaną przez część środowisk żydowskich o „polskim współudziale w Holokauście” przywoływali „żydowski udział w Holokauście”. Jest to równie absurdalne, bowiem oparte na tych samych argumentach. Bo skoro o polskiej odpowiedzialności ma dowodzić istnienie polskiej kolaboracyjnej policji czy szmalcowników, to przecież żydowska policja współpracująca z Niemcami czy żydowscy szmalcownicy wydający współrodaków także istnieli.

Marnym w tym wszystkim pocieszeniem jest to, że działanie Izraela jest w tym wszystkim po prostu głupie i najpewniej wynikające z rozgrywek wewnętrznych. Jeszcze do niedawna myślałem, że polska dyplomacja osiągnęła dno, ale atak Tel Awiwu na jednego z nielicznych sojuszników w Europie, który akurat teraz jest niestałym członkiem Rady Bezpieczeństwa – udowadnia, że dno można jeszcze głębiej penetrować (szczególne słowa uznania dla kieruję do pani ambasador Izraela – nie wiedziałem, że dobór kadr na takie stanowisko może być aż tak zły). Dosyć szybko pojawiły się w Polsce głosy, że należy zweryfikować polskie stanowisko w stosunku do konfliktu izraelsko-palestyńskiego, nie mówiąc już o „żydowsko-niemieckich spiskach”.

Mam spore wątpliwości, czy poprawki przyjęte przez Sejm pomogą w walce z kłamliwymi oskarżeniami. Jak na razie przyniosła ona nam więcej szkody niż pożytku. Przez weekend wyszliśmy na kraj antysemitów, który nie chce się przyznać do swoich wstydliwych kart z historii i będzie ścigać tych, którzy zechcą to badać. Polskie państwo zrobiło natomiast niewiele, aby ten przekaz zatrzymać. Brawo! Jeszcze kilka takich weekendów i z naszego wizerunku nie będzie już co zbierać. A polska polityka historyczna, która powinna budować jednolity przekaz dla świata o naszej historii najwidoczniej w ostatni weekend poszła się... Po prostu poszła robić to, co nie powinna.





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA