cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności (https://kurierhistoryczny.pl/polityka-prywatnosci,7).

Polish jokes, czyli dlaczego w USA śmieją się z Polaków

Jakub Wojas, 13.06.2019

Polsko-amerykańska flaga (foto: Elevatorrailfan/Wikimedia Commons/CC BY-SA 4.0)

W Stanach Zjednoczonych mieszka blisko 10 mln osób polskiego pochodzenia. Obok Anglosasów, Niemców, Latynosów, Afroamerykanów i Włochów jest to jedna z najliczniejszych grup etnicznych Amerykanów, czyli obywateli USA, którzy wskazują swoje korzenie w innym kraju. Znaczenie polskiej mniejszości jest jednak zdecydowanie niższe niż można byłoby się spodziewać biorąc pod uwagę wielkość tej społeczności. Co więcej, Polacy od dziesiątek lat są obiektem kpin i nie cieszą się najlepszą opinią.

Polscy barbarzyńcy

Pejoratywne epitety, takie jak „świnie”, „rasiści”, przyklejanie etykiety „niemowy”, czyli społeczności niemającej zdania w żadnej ważnej sprawie, a więc niewartej wysłuchania „matołów” i „buraków”, są dowodem braku szacunku, zrozumienia i uznania dla nich i drogi życiowej ich przodków.

Tak mówiła na początku lat 70. senator Barbara Ann Mikulski, która rozpoczęła w ten sposób walkę z dyskryminacją wobec polskiej mniejszości. Polaków wtedy kojarzono z brutalem, prymitywem w stylu Stanleya Kowalskiego z „Tramwaju zwanego pożądaniem”, wykonującego proste, nieskomplikowane prace fizyczne. Takie postrzeganie Polaków kształtowało się od początku wielkiej fali emigracji, która nastąpiła XIX wieku. Z ziem polskich za Ocean wyruszali najczęściej niepiśmienni chłopi, którzy jak głosiła, wbrew pozorom niepochlebna opinia, wystarczyło dać się jedynie porządnie najeść, by ciężko pracowali. W praktyce oznaczała to, że Polacy byli prostymi istotami, które nie miały żadnych aspiracji do życia na poziomie.

Polska rodzina pani Bissie pracująca na farmie w okolicy Baltimore, 1909 r.

Nie mieszczący się w dominującej w białej społeczności USA grupie WASP, czyli białych Anglosasów wyznających protestantyzm (White Anglo-Saxson Protestant) Polacy szybko wpadli w rolę kozła ofiarnego i przedmiotu powszechnych żartów. W wspomnianym wystąpieniu senator Mikulski padły również znamienne słowa:

Media kreują nasz wizerunek jako gangsterów lub co najwyżej tępaków w brudnych podkoszulkach, których znaczenie redukuje się do podrzędnych ról. W których mężczyźni z zakłopotaniem przyznają się, że są co najwyżej hydraulikiem czy operatorem motorówki w porcie (…) Nasze nazwiska, język, potrawy i obyczaje są obiektem kpin. Jesteśmy dyskryminowani przez banki, uczelnie wyższe i inne instytucje kontrolowane przez jankeskich patrycjuszy. Nie ma żadnych mechanizmów, które chronią nasze bezpieczeństwo, wynagrodzenia i stanowiska w biznesie, kulturze czy polityce.

Na dole drabiny

Skąd się wzięło to negatywne postrzeganie Polaków? Cóż, poza poszukiwaczami przygód, jak już zostało wspomniane, do Ameryki garnęli się chłopi. Wizerunku Polaka w Stanach Zjednoczonych nie kształtował zatem polski inteligent, lecz najczęściej niewykwalikowany pracownik fizyczny. Niewykwalifikowany, gdyż już za Oceanem polscy przybysze rzadko kiedy kupowali ziemie i zajmowali się gospodarstwem.  Powód był prozaiczny – brak znajomości języka, by przeczytać i zrozumieć umowę, a przede wszystkim brak odpowiedniej ilości pieniędzy znacząco utrudniał kupno nieruchomości. Kiedy już Polacy podejmowali pracę na roli, to w porównaniu z dominującymi w tym dziale gospodarki Niemcami czy Czechami budzili w najlepszym razie politowanie. Polscy chłopi byli wprawdzie wytrzymali, ale archaiczne podejście do uprawy i hodowli nie dawało im opinii najlepszych fachowców. Podobnie było w przemyśle, gdzie najwyższe stanowiska należały do Anglosasów, a awans rzadko dotyczyły Polaków.

Więcej na temat losów polskiej emigracji w Stanach Zjednoczonych
można znaleźć w ksiażce Po dolary i wolność

Nie oznaczało to jednak, że cała wyprawa nie była opłacalna. Polacy najczęściej osiadali w północno-wschodnich stanach: stanie Nowy Jork, Illinois, gdzie pracowano w rzeźniach i stalowniach oraz Pensylwanii, gdzie dominował przemysł ciężki i górnictwo. Niewykfalifikowani robotnicy zarabiali od 15 centów do nawet 3 dolarów za godzinę. Ci wykfalifikowani mogli liczyć na stawki rozpoczynające się od 4-6 dolarów za godzinę. Dariusz Terlecki w swojej książce „Po dolary i wolność” porównał to do zarobków robotnika rolnego w Kongresówce, którego dniówka sięgała 1 rubla rosyjskiego, czyli około pół dolara. Szybko też zwracały się koszty całej podróży do USA, które wynosiło ok. 10 dolarów. Zdecydowanie gorzej jednak Polacy wyglądali w porównaniu z innymi nacjami. Nasi rodacy zarabiali średnio rocznie 595 dolarów, tymczasem Czesi 773 dolarów, Norwegowie 1015 dolarów, a Szkoci aż 1142 dolarów. Dodać należy, że w odróżnieniu od relacji panujących w ojczyźnie na emigracji do pracy zarobkowej szły też kobiety. Pracowały jako służące lub robotnice w przemyśle cukrowym, tkackim, tytoniowym, spożywczym czy przetwórczym.

Ktoś może powiedzieć, ze tak mogło być jedynie w pierwszym pokoleniu emigrantów, gdyż potem kształtowała się już warstwa wykształconych obywateli. No właśnie, nie do końca tak było. Z czasem wprawdzie więcej było osób o wyższych kwalifikacjach, ale tych z wyższym wykształceniem, którzy robili wielkie kariery w polityce, kulturze czy administracji wciąż było mało, za mało. Powód znów prozaiczny – pieniądze. Wykształcenie chociażby jednego dziecka było kosztowne. Na stypendia w wielu przypadkach też nie było co liczyć, bo państwo promowało akurat inne społeczności.

Polskie wyspy

Brak pomocy ze strony władz powodował, że Polacy, podobnie jak inne dyskryminowane mniejszości, budowali własne enklawy w amerykańskich miastach. Centralnym punktem i zarazem pierwszym nowotworzonej polskiej dzielnicy był zawsze kościół wokół, którego organizowało się życie całej społeczności. Dalej powstawały sklepy, kawiarnie, ośrodki kultury – wszystko polskie i to do tego stopnia, że w 1893 roku profesor Emil Habdank Dunikowski z Uniwersytetu Lwowskiego odwiedzając Buffalo miał powiedzieć:

Ej, to nie Ameryka! To Tarnów, Stanisławów lub coś podobnego!

Gateway Theatre w Chicago - siedziba Fundacji Kopernika
w Jefferson Park. Wieża budynku wzorowana na wieży
Zamku Królewskiego w Warszawie
(foto: Orestek/Wikimedia Commons)

Niby to fajne i miłe, ale te polskie miasta i miasteczka były na tyle samowystarczalne, że niektórzy nie wypuszczali się poza ten polski świat. Stąd też brał się stereotyp o Polakach ze Stanów, którzy ledwo potrafili się komunikować w języku angielskim. Te skupiska polskie budowały też określony światopogląd, najlepiej chyba zawierający się w określeniu Polak-katolik. To Kościół i jego kapłani przewodzili tym społecznościom. Wyznanie jednak nie powodowało łączności z innymi katolickimi nacjami w Stanach. Polacy np. nie lubili się z Irlandczykami. Znane były wieloletnie spory dotyczące wymogu amerykańskiego prawa, by majątek parafii przepisywać na lokalnego biskupa, najczęściej właśnie Irlandczyka. Polscy emigranci, którzy za własne pieniądze budowali świątynie często nie chcieli się na to godzić. W Chicago aż przez 20 lat Polacy sprzeciwiali się przekazaniu kościoła Świętej Trójcy tamtejszemu biskupowi.   

Przez bardzo długi czas Polacy w USA korzystali z edukacji w szkołach parafialnych. Były to placówki utrzymywane ze składek rodziców, a przez to często w niewystarczający sposób dofinansowane. I co ciekawe polscy emigranci mając do wyboru bezpłatną edukację w szkołach państwowych woleli tą utrzymywaną z własnych pieniędzy w polskiej szkole. Niestety, absolwenci tych placówek rzadko kontynuowali edukację. Istniały co prawda również polskie szkoły średnie, ale niewielu było stać na takie wydatki, a to powodowało, że Polacy nie mogli przebić się na wyższe szczeble w społecznej hierarchii. Nawet księża polscy, którzy byli liderami lokalnych środowisk rzadko otrzymywali sakrę biskupią. Wśród wyższego duchowieństwa dominowali wspomniani Irlandczycy, którzy starali się utrzymać największe wpływy w amerykańskim Kościele.

I tak tylko nielicznym udało się przełamać stereotypy. Edmund Muskie – sekretarz stanu w administracji prezydenta Jimmiego Cartera – był synem polskich emigrantów. Aktor Charles Bronson, czyli Charles Dennis Buchinsky pochodził z rodziny Tatarów litewskich (związanych z kulturą polską). Najczęściej jednak sukces polskich emigrantów w USA uosabiamy z Zbigniewem Brzezińskim, Heleną Modrzejewską, Ignacym Paderewskim lub Arturem Rubinsteinem. Rzeczywiście, mogą oni stawiać w szranki o miano tych, którym najbardziej udało się za Oceanem. Problem w tym, że żadna z tych osób nie wywodziła się z fali emigrantów, która w XIX i XX wieku przybyła do Ameryki za chlebem.

Tymczasem pokolenia Amerykanów zaśmiewały się z średniej jakości dowcipów o Polakach, w których przedstawiciele naszej nacji są w najlepszym wypadku nieudacznikami. Umacnianie negatywnego stereotypu było długo też korzystne ze względów politycznych. Amerykańskiemu społeczeństwu należało jakoś wytłumaczyć, dlaczego niby zwycięskie państwo zostało oddane po wojnie Sowietom. Ujawnienie brudnej polityki nie było nikomu na rękę. Łatwiej było stworzyć wrażenie, że Polacy nie zasługiwali na pełną niepodległość, bo są głupi, prymitywni, sami sobie winni, a w dodatku to antysemici lub inni rasiści.

 

Przyszedł teraz czas na garść przykładów amerykańskiego poczucia humoru o naszych rodakach:

A: Jaka jest różnica między mądrym Polakiem a jednorożcem?

B: Żadna. Jedno i drugie nie istnieje naprawdę.

 

A:Co się stało z polską drużyną hokejową?

B: Utopiła się podczas wiosennego treningu.

 

A: Jak zatopić polski okręt?

B: Wystarczy go zwodować.

 

A: Jak brzmi polskie motto?

B: Każdy za siebie samego.

 

A: Czytasz po polsku? (Nie)

Mówisz po polsku? (Nie)

Rozumiesz polski? (Nie)

To jak to jest być głupszym od Polaka?

Na szczęście Polish jokes nie są już tak popularne jak kiedyś. Walka polskich środowisk i wymogi poprawności politycznej jednak trochę stępiły tę modę, co nie znaczy, że całkowicie wyeliminowały. W filmie „Blue Jasmine” Woodego Allena, który zresztą niemal w każdym swoim filmie wplata jakiś polski akcent, jedna z bohaterek mówi do swojego męża charakterystyczne słowa:

Nikt nie chce słuchać tych dowcipów o Polakach.

Miejmy nadzieję, że niedługo to zdanie będzie odnosić się do wszystkich Amerykanów.

Artykuł powstał m.in. w oparciu o książkę Dariusza Terleckiego Po dolary i wolność.





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA