cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności (https://kurierhistoryczny.pl/polityka-prywatnosci,7).

Polak, który przejechał Afrykę na rowerze. Opowieść o Kazimierzu Nowaku

Maciej Brzeziński, 10.09.2018

Kazimierz Nowak przemierzający Afrykę

Jak nazwać człowieka, który zdecydował się samotnie przebyć cały kontynent afrykański z północy na południe, i z powrotem, a na dodatek rowerem? Miłośnikiem przygody, niestrudzonym podróżnikiem, bohaterem czy szaleńcem? Na to pytanie niech każdy sam sobie odpowie. Faktem jest, że dokonał tego Polak - Wielkopolanin, choć kresowiak rodem. Co jednak ciekawe, motyw jego podróży, poza oczywiście chęcią poznania Czarnego Lądu, był czysto materialny. Człowiek ten po prostu przez wiele lat nie mógł znaleźć pracy, a miał na utrzymaniu żonę i dwójkę dzieci. Wyruszając w podróż liczył, że będzie mógł pisać reportaże, które następnie będą drukowały gazety w Polsce, a honoraria wysyłać żonie. Jako pierwszy człowiek na świecie, przebył na rowerze całą Afrykę, od Trypolisu na północy, do Przylądka Igielnego na południu, łącznie ponad 40 tys. kilometrów! Jego wyczyn był tak nieprawdopodobny, że wielu ludzi nie mogło w to uwierzyć.

Kazimierz Nowak, bo o nim mowa, jest dziś uważany za jednego z największych polskich podróżników, a wśród Wielkopolan-obieżyświatów, można go postawić w jednym szeregu z Krzysztofem Arciszewskim, Pawłem Edmundem Strzeleckim, Władysławem Zamoyskim, Leszkiem Mroczkiewiczem i Tadeuszem Perkitnym. Najsmutniejsze jednak jest to, że szybko o nim zapomniano. Dopiero od kilkunastu lat przywraca się pamięć o tym niezwykłym człowieku.

Rowerowy reporter

Kazimierz Nowak urodził się 11 stycznia 1897 roku w Stryju na dawnych polskich kresach południowo-wschodnich. Do szkoły chodził we Lwowie, ale nie wiadomo jak dokładnie potoczyła się jego edukacja. Po wybuchu I wojny światowej, zaciągnął się do armii austro-węgierskiej. Walczył początkowo z Rosjanami, a później na froncie włoskim. Szybko jednak zrezygnował ze służby. Po wojnie osiedlił się w Poznaniu, wynajmując mieszkanie na Wildzie, przy ulicy Wierzbięcice i objął posadę księgowego w Poznańskim Banku Ubezpieczeń - Towarzystwo Akcyjne. W 1922 roku poślubił w kościele Bożego Ciała Marię Gorcik. W tym samym roku, urodziła się córka Elżbieta. W rok później jednak Nowak stracił pracę i przez wiele lat nie mógł znaleźć stałego zajęcia. Sytuacja była tym trudniejsza, że w 1925 roku przyszło na świat drugie dziecko państwa Nowaków – syn Romuald. Rodzina przeniosła się do Wagowa niedaleko Pobiedzisk, gdzie Stefan Gorcik, brat Marii, nauczyciel w tamtejszej szkole, oddał im do dyspozycji jedną z izb w budynku szkolnym.

Kazimierz Nowak

W marcu 1925 roku Nowak, ciągle pozostający bez pracy, zdecydował się zarobić na chleb jako reporter. Wsiadł więc na rower, zabrał aparat fotograficzny i w dwa lata przemierzył Węgry, Austrię, Włochy, Belgię, Holandię, Rumunię, Grecję, Turcję i Trypolitanię (ob. część Libii). W międzyczasie żona i dzieci przeniosły się do Boruszyna w powiecie obornickim. Zainteresowanie reportażami z podróży było jednak niewielkie, więc Nowak musiał znaleźć inny sposób na zarobienie pieniędzy. W 1928 roku postanowił zarobić jako fotograf. Ponownie wsiadł na rower i wyruszył w Polskę ze sprzętem fotograficznym. Jednak i ta próba zakończyła się niepowodzeniem. Wtedy być może zrodził się pomysł podróży do Afryki i napisania reportaży, które następnie opublikowałyby polskie gazety.

Po latach Nowak wspominał:

Przeczytałem wszystko, co tylko było dostępne (o Afryce) […] Cały mój kapitał składał się z kilkunastu złotych, pióra, aparatu fotograficznego, roweru i sporej ilości silnej woli. Zdawałem sobie sprawę, że przedsięwzięcie jest nie tyle śmiałe, co szalone, chęć poznania Afryki była jednak zbyt wielka, bym mógł się jej oprzeć.

Afryka, dzięki dziewiętnastowiecznym podróżnikom, była już na ogół poznana i prawie cała pozostawała pod zwierzchnością kolonialną Wielkiej Brytanii, Francji, Hiszpanii, Portugalii, Belgii i Włoch. Mimo to, kontynent ten dalej fascynował ludzi na całym świecie. Nowak mógł więc liczyć na zainteresowanie prasy swoimi reportażami. Wyruszył 4 listopada 1931 roku z Poznania na południe. Pieniędzy wystarczało zaledwie na bilet do Rzymu. W dalszą drogę do Neapolu, wyruszył nasz podróżnik rowerem, zarabiając na jedzenie i bilet na statek do Afryki fotografowaniem. 26 listopada Nowak był już w Trypolisie, stolicy dzisiejszej Libii, która była wówczas włoską kolonią.

W Trypolisie zaczął pisać reportaże dla „Kuriera Poznańskiego”, „Orędownika Wielkopolskiego”, „Ilustracji Polskiej” i „Na Szerokim Świecie”. Pisał także listy do żony. Nowak wsiadł na rower i ruszył przez Saharę na południe Afryki. Jego rower wzbudzał zainteresowanie, a nawet strach wśród saharyjskich tubylców oraz niechęć za strony brytyjskich kolonistów, którzy uważali, że taki pojazd nie przystoi białemu człowiekowi. Tymczasem polskie gazety zaczęły drukować jego reportaże, a kolejne tytuły, m. in.: „Naokoło Świata”, „Przewodnik Katolicki” i „Kurier Warszawski” nawiązały z nim współpracę.

Afrykańska przygoda

Po trudnych dniach marszu czy jazdy rowerem nadchodziły noce czarowne, afrykańskie, gdy kąpiąc się w srebrze światła gwiazd i księżyca, wypocząć mogłem, sił zaczerpnąć do walki z jutrem. I ma się wtedy wrażenie władcy, wszystko bowiem, co wokół się roztacza, to własność, to jakby królestwo niepodzielne, własne.

Tak opisywał w jednym ze swoich reportaży, noce spędzone pod niebem Afryki. Nowak interesował się życiem tubylców. Miał niezwykłą łatwość w nawiązywaniu kontaktów z ludźmi. Chętnie obserwował życie codzienne rdzennych mieszkańców Afryki i uczestniczył w ich obrzędach. Miał także talent do języków. Biegle mówił po włosku, z Mutarą III, królem Rwandy mówił pod francusku. Potrafił dogadać się z Beduinami po arabsku, a z przedstawicielami brytyjskich władz kolonialnych rozmawiał w języku Szekspira. Próbował także nauczyć się choć kilku słów w językach tubylców, a kiedy to było niemożliwe, posługiwał się językiem uniwersalnym, czyli za pomocą gestów.

Kazimierz Nowak naprawia rower podczas afrykańskiej wyprawy

Nowak wolał przebywać wśród tubylców, niż kolonistów. Nie akceptował systemu kolonialnego, krytykował postępowanie europejskich mocarstw kolonialnych wobec rdzennej ludności. Cieszył się, że Polska nie ma kolonii. Martwił go postęp cywilizacji. Uważał, że rozprzestrzenianie się tego, co dziś nazywamy globalizacją, prowadzi do zaniku różnorodności kultur i zwyczajów. Unikał większych ośrodków miejskich, jeśli do nich wjeżdżał, to tylko po to, aby wysłać kolejne reportaże i listy do rodziny.

Wolał spać pod gołym niebem. Pokochałem te noce rozbrzmiewające tajemniczym rozhoworem sawanny, tę samotnię, o której marzyłem niegdyś, przesiadując za biurkiem. Gdy byłem chłopcem, z wrażenia nie mogłem usnąć po lekcji geografii, marzenie gnało mą wyobraźnię w te właśnie strony. Pośród pustkowia bezbrzeżnej sawanny kładę się spać w namiocie z uczuciem takiego bezpieczeństwa, jakbym spoczywał w wygodnym łożu chronionym murami twierdzy. Wreszcie, 30 kwietnia 1934 roku, Nowak dotarł do Przylądka Igielnego, najdalej na południe wysuniętego punktu Afryki.

Rzekami Czarnego Lądu

Podróżnik spędził na Przylądku Igielnym trzy dni, a potem musiał podjąć decyzję, jak wracać. Na powrót statkiem nie miał pieniędzy. Gazety wprawdzie drukowały jego reportaże, ale pieniądze trafiały w całości do żony. Postanowił wracać rowerem, jednakże pod koniec czerwca, wehikuł ten odmówił mu ostatecznie posłuszeństwa. Musiał więc iść pieszo, co biorąc pod uwagę, że ładunek, który ze sobą miał, ważył ponad 60 kg, nie było łatwą sprawą. Aż tu nagle, pojawił się samochód, którego kierowca zwrócił się do niego po polsku:

Dzień dobry Panie Kazimierzu! Czekałem na Pana!

Okazało się, że był to Mieczysław Wiśniewski, pochodzący z wielkopolskiego Miłosławia, który osiedlił się wraz z żoną w 1902 roku w Afryce Południowo-Zachodniej i założył tam farmę. Państwo Wiśniewscy prenumerowali „Przewodnik Katolicki”, w którym przeczytali reportaże Nowaka. Podróżnik spędził na farmie Wiśniewskich miesiąc. Otrzymał od nich dwa konie na dalszą podróż, które nazwał Ryś i Kowboj. Wpierw jednak musiał nauczyć się na nich jeździć. Przemierzył konno 3 tys. kilometrów, docierając do posiadłości hrabiego Zamoyskiego. Tam rozstał się z końmi i przesiadł znowu na rower, wypożyczony od Zamoyskich. Dotarł na nim do rzeki Kasai.

Rzeką Kasai planował przepłynąć dalej, do rzeki Kongo. Zbudował więc dłubankę, którą nazwał „Poznań I”, ta jednak szybko zatonęła. Zbudował więc drugą, bardziej solidną łódź, którą na cześć żony nazwał „Maryś”.

Kazimierz Nowak na łódce Maryś

Przebył nią rzeki Kasai i Kongo. Rejs trwał ponad 2 miesiące. We wrześniu 1934 roku dobił do portu Leopoldville, a stamtąd znowu przesiadł się na rower i wyruszył przez Francuską Afrykę Równikową. W oazie Bir Ueli, gdzie zaczynała się Sahara, kupił wielbłąda Ueli. Przebył nim pustynię w 5 miesięcy, a następnie z ciężkim sercem, gdyż zżył się z tym zwierzęciem,  sprzedał go w oazie Uargla. Ostatnie 900 km do Algieru przemierzył rowerem. 24 listopada 1936 roku, po pięciu latach i czterech tygodniach, znowu zobaczył Morze Śródziemne. Statkiem dotarł do Marsylii. Bilety kolejowe i opłaty wizowe, opłaciła mu poznańska fabryka opon Stomil.  23 grudnia 1936 roku sławny już w Polsce Kazimierz Nowak dotarł do Poznania.

Po powrocie do kraju, podróżnik wygłosił szereg odczytów w Poznaniu, Krakowie i Warszawie. Niestrudzony podróżnik zaczął planować następną podróż, tym razem do Azji Południowo-Wschodniej, jednak niespodziewanie zmarł 13 października 1937 roku na zapalenie płuc, po niespełna dziesięciu miesiącach od powrotu z Afryki. Jego pogrzeb był wielkim wydarzeniem. Podróżnik został pochowany na cmentarzu Górczyńskim.

Przed i po II wojnie światowej, nie udało się wydać drukiem reportaży Nowaka. Dopiero w 1962 roku córka podróżnika, Elżbieta Nowak-Goliszewska, wydała album ze zdjęciami ojca pod tytułem  „Przez Czarny Ląd”. Wielki podróżnik stopniowo popadał w zapomnienie. Dopiero w 2000 roku wydano drukiem jego afrykański reportaże, zebrane w całość i zatytułowane: „Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd”. Stopniowo zaczęto przypominać Polakom dokonania Nowaka. 25 listopada 2006 roku, odsłonięto w holu Dworca Głównego w Poznaniu tablicę poświęconą Nowakowi. Odsłonięcia dokonał sam wielki podróżnik i reporter, Ryszard Kapuściński. Powiedział przy tej okazji: To wielki dzień dla Poznania, bo świętujemy dziś pamięć o wielkim Polaku.

Wyczyn Kazimierza Nowaka zasługuje na to, by jego nazwisko znalazło się w słownikach i encyklopediach na całym świecie, by było wymieniane obok takich nazwisk, jak Stanley i Livingstone. Nic dodać, nic ująć. Pamiętajmy więc o Kazimierzu Nowaku.

Artykuł ukazał się wcześniej na blogu Poznańskie Historie





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA