cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności (https://kurierhistoryczny.pl/polityka-prywatnosci,7).

Nasz Zbawiciel – recenzja filmu „Piłsudski”

Jakub Wojas, 14.09.2019

Borys Szyc w filmie "Piłsudski" stworzył jedną z lepszych kreacji w swoim dorobku, choć wielu wątpiło, że mu się to uda (foto: Jarosław Sosiński/materiały prasowe/Next Film)

Film „Piłsudski” w reżyserii Michała Rosy promuje hasło: „To nie miało prawa się stać”. Przed premierą niektórzy z przekąsem przerabiali je na: „Borys Szyc jako Piłsudski – to nie miało prawa się stać”. A jednak! Stało się. I bardzo dobrze!

Borys Szyc jako Józef Piłsudski jest najjaśniejszym punktem tego filmu. Już po pierwszych scenach zapominamy, że mamy do czynienia z aktorem, który swego czasu wyskakiwał z niemal co drugiej, w dodatku nie zawsze najwyższych lotów, produkcji filmowej czy telewizyjnej. Na te niecałe dwie godziny będzie to dla nas przyszły Marszałek. Nie ten jednak znany z podręcznika. Fabuła filmu toczy się między rokiem 1901 a 1918 i skupia się na momentach, kiedy „Ziuk” wdrapywał się na szczyt, a raczej dążył w sekciarskich grupach lewackich terrorystów do odzyskania niepodległości.

Początkowo akcja filmu przebiega bardzo sprawnie. Poznajemy Piłsudskiego jako lewicowego, charyzmatycznego działacza, który konspiruje przeciw carowi i zarazem jest uczestnikiem partyjnych przepychanek. Znakomicie wypadają sceny „paramilitarne”: protestu na Placu Grzybowskim, zamachów przeprowadzanych przez Organizację Bojową PPS czy napadu na pociąg pod Bezdanami. To napięcie nie udaje się niestety utrzymać przez cały film. Nie pomaga zwłaszcza to, że składa się on z epizodów, które są podzielone animacjami objaśniającymi pewne wydarzenia. Wydaje się, że te segmenty zostały wybrane i sklejone w sposób dość przypadkowy. Narracja tym samym czasami bywa zaburzona, a poszczególne części jakby wyrwane z kontekstu i kończące się bez puenty. Nie brak też scen niewnoszących wiele do fabuły i dłużyzn.

Tam jednak gdzie fabuła nie domaga, film ratuje Borys Szyc, w czym wspierają go równie dobrzy bohaterowie drugiego planu: Tomasz Schuchardt (Aleksander Prystor), Jan Marczewski (Walery Sławek) czy Józef Pawłowski (Aleksander Sulkiewicz). Niedoróbki scenariuszowe rekompensuje także świetna muzyka (Stefan Wesołowski) czy zdjęcia (Piotr Śliskowski). Nie zawiodły też kostium i charakteryzacja.

 

One man show, jakie wykonuje przed widzami Borys Szyc pokazuje Piłsudskiego jako fanatyka, który nie zawsze zachowuje się po dżentelmeńsku, posługuje się szantażem, nie potrafi ułożyć sobie życia osobistego, posyła ludzi na śmierć i każe im przy tym wykonywać zadania, które nie zawsze pozwolą im zachować moralny spokój. Ponadto osoby, które obserwują jego działania zewnątrz, z bezpiecznych pozycji pod skrzydłami zaborców nie rozumieją, po co mu to. On sam miewa chwile zwątpienia, ale za każdym razem wstaje i idzie dalej do celu.

Przez to, mimo oblepiających go szarości, jest postacią jednoznacznie pozytywną i chyba jeszcze bardziej pomnikową. Piłsudski jawi się bowiem jako ten, który na czele garstki kumpli, bez wsparcia przeważającej większości rodaków i w dodatku z problemami osobistymi i zdrowotnymi na głowie dopiął swego i nam tą niepodległość odzyskał. Zatem Polacy jako ci niewierni Tomasze, którzy dla własnej wygody lub świętego spokoju nie wierzyli, że jest to możliwe powinni być temu niedoskonałemu uparciuchowi wdzięczni na wieki wieków. Na końcu zresztą widzimy niejako symbolicznie, gdy wszyscy uznają wielkość Wodza i oddają mu hołd.

Wymowna, dla wielu pewnie również współcześnie, jest także scena, gdy żołnierz „kadrówki”, inteligent przychodzi do chłopskiej chaty i ogłasza jej mieszkańcom „nastanie Polski”, a oni zamiast owej wdzięczności i radości pytają „czy na długo?”, widząc w tym bardziej kłopot niż coś dobrego. Jest to scena przywodząca na myśl ewangeliczne historie o odrzuceniu nauczania Chrystusa i zarazem pokazująca, że w hierarchii wartości Polska dla niektórych ustępuje miejsca innym, przyziemnym sprawom. To w filmie zresztą chwilę potem tłumaczy sam Piłsudski mówiąc, że wszyscy Polacy chcą niepodległości, ale liczą, że będzie to kosztować dwa grosze i dwie krople krwi. Cóż, mieli do tego prawo, bo zastosowane przeskoki czasowe sugerują nam, że tę chrystusową ofiarę za niepodległość zapłacili wyłącznie inteligenci pod wodzą „Ziuka”. To główne przesłanie, jakie wynosi się z kina po obejrzeniu tego dzieła powoduje, że z czystym sumieniem darować go sobie mogą wszelkiej maści pogrobowcy Narodowej Demokracji. Kolejny monument na cześć świeckiego świętego II i III RP został postawiony.

Nasza ocena: 7,5/10

Zobacz także:

Dlaczego w Polsce ciągle popularny jest kult Józefa Piłsudskiego





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA