cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności.

Piekarski na mękach, czyli o królobójcy w „kraju bez królobójców”

Marcin Słoma, 28.05.2020

Zygmunt III Waza w stroju koronacyjnym

Był 27 listopada 1620 roku. O godzinie dziewiątej rano z więzienia na Zamku Królewskim w Warszawie wyprowadzono skazańca i umieszczono go na specjalnej platformie katowskiego wozu. Co jakiś czas wóz zatrzymywał się w wyznaczonych miejscach, a kat rozżarzonymi szczypcami odrywał drobne fragmenty skóry złoczyńcy. Starał się przy tym by jego ofiara za szybko nie skonała. Wóz wtoczył się na placyk Piekiełko (albo rynek Nowego Miasta, przekazy nie są jasne) w Warszawie, gdzie czekał już zaciekawiony tłum. Skazańcowi włożono do prawej dłoni narzędzie zbrodni – czekan, po czym wepchnięto ją do ognia. Poparzoną kończynę odcięto. Następnie pozbawiono go drugiej ręki i zmaltretowanego przywiązano do czterech koni, ustawionych w czterech różnych kierunkach, tak by rozerwać ciało zbrodniarza na strzępy. Po wszystkim szczątki spalono i w zależności od przekazu wystrzelono armatą bądź wyrzucono do Wisły.

Taki był ostatni dzień życia Michała Piekarskiego – sandomierskiego szlachcica i niedoszłego polskiego królobójcy. Był to najprawdopodobniej jedyny herbowy w całej historii I Rzeczypospolitej, który został poddany torturom. Jak i czemu zamachowiec chciał zabić władcę? Dlaczego spotkała go za to tak okrutna kara?

Szalony szlachcic

Michał Piekarski

Michał Piekarski w młodym wieku uległ nieszczęśliwemu wypadkowi, skutkiem czego doznał urazu głowy. Stał się na przemian melancholijny i bardzo porywczy. Jego natura zaniepokoiła szwagrów szlachcica, którzy ubiegali się o specjalną kuratelę nad poszkodowanym. Do tego jednak niezbędna była zgoda króla – Zygmunta III. Władca ustanowił prawną opiekę nad Piekarskim, a to miało być przyczyną ogromnej nienawiści, jaką zaczął żywić szalony szlachcic do miłościwie panującego. Przyszły zamachowiec uważał, że kuratela jest dla niego hańbą. Intencje szwagrów też nie są do końca jasne. Pamiętnikarz Samuel Maskiewicz pisał:

Szwagrowie, uczyniwszy go szalonym, wyprawili kuratelę u króla, majętności mu zabrawszy.

Szlachcic zaczął obarczać monarchę winą za swoje nieszczęścia.

Zagraniczny wzór

W 1610 roku po Europie przetoczyła się sensacyjna pogłoska. Król francuski Henryk IV został zamordowany. Zamachu dokonał fanatyczny, katolicki katecheta – Francois Ravaillac. Miał on za złe pierwszemu Burbonowi, że doprowadził w kraju do pokoju religijnego. Informacja o zamachu dotarła również do Binkowic, gdzie żył niestabilny nerwowo Piekarski. Być może wtedy właśnie zapałał chęcią zemsty i zaczął myśleć o przeprowadzeniu zamachu na polskim królu. Oznaczałoby to jednak, że przygotowywałby się aż dziesięć lat. Niemniej jednak historia Ravaillaca mogła być dla niego diabelską „inspiracją”. Wiemy, że przed zamachem szlachcic kilkakrotnie publicznie groził władcy, pierwszy raz już w 1613 roku. Piekarski pościł przez sześć lat w intencji udanego zamachu, odbył nawet pielgrzymkę na Jasną Górę, by prosić siłę wyższą o wsparcie. Był wręcz przekonany o swoim boskim posłannictwie.

Zamach

Rok 1620 był dosyć burzliwy dla Rzeczypospolitej. Zaognił się konflikt z Turcją, którego kulminacją była klęska oddziałów polsko-litewskich pod Cecorą. Zmarł dowodzący siłami Korony – hetman Stanisław Żółkiewski. W kraju zapanowała panika, obawiano się rychło najazdu turecko-tatarskiego, a winą za porażkę obarczano Zygmunta III, który dał w działaniach wojennych wolną rękę zaawansowanemu już wiekiem dowódcy. W takiej atmosferze zbierała się szlachta na Sejm w Warszawie, który miał się rozpocząć 3 listopada. Do stolicy przyjechał również starosta Erazm Domaszewski, który zabrał ze sobą swojego podopiecznego – Michała Piekarskiego.

15 listopada w zimną, jesienną niedzielę król Zygmunt jak co tydzień szedł wraz z niewielką obstawą do kościoła Św. Jana na Mszę Świętą. Towarzyszył mu również królewicz Władysław - pozostawał jednak nieco w tyle za swym ojcem, gdyż chciał przeczytać ogłoszenie wywieszone przy kościele przez dominikanów. Władca zamierzał wejść do świątyni bocznymi drzwiami od ulicy Dziekanii. Gdy Zygmunt III był już przy samym wejściu nagle zza drzwi kościoła wyskoczył zamachowiec z czekanem w ręku. Padł pierwszy cios, który zsunął się po czapce króla i ranił go w obojczyk. Następne wymierzone w skroń uderzenie tylko niegroźnie zadrapało leżącego na ziemi monarchę. Trzeciego ciosu już nie było. Czekan zaplątał się w szaty biskupa Wężyka, który szedł razem z królem. Piekarski próbował wydobyć z pochwy swoją szablę, ale ta została mu wytrącona przez Łukasza Opalińskiego jego laską marszałkowską. Podniosły się za to inne szable, w tym królewicza Władysława, który ranił zamachowca w głowę. Piekarski został schwytany. Władca nie doznał większych obrażeń. Jan Kaliński zabrał go z miejsca całego zdarzenia do kościoła, a gdy sytuacja została opanowana Zygmunta III opatrzono na zamku.

Akwaforta przedstawiająca scenę zamachu na króla

Spisek i sąd

W stolicy wybuchła panika. Rozeszła się plotka o tym, że król padł ofiarą spisku. Sprawcami zabójstwa mieli być Turcy, a ich oddziały znajdować się już na przedpolu Warszawy (przypominam, że cały kraj żył wojną z Osmanami, a Sejm na który przyjechał Piekarski miał właśnie zająć się tą kwestią). Panikę udało się opanować dopiero w momencie, w którym Zygmunt III pokazał się w oknie Zamku Królewskiego. Rozesłano też wiadomość do wszystkich warszawskich kościołów o tym, że Waza przetrwał próbę zamachu i proszono o modlitwę za zdrowie władcy.

Po schwytaniu Piekarskiego próbowano ustalić przede wszystkim, czy sprawca działał sam, czy był zamieszany w szerszy spisek. Sandomierski szlachcic powtarzał na torturach, że próba zamachu była jego własną inicjatywą, zleconą mu przez anioła. Po trwających tydzień przesłuchaniach Marcin Laskowski - instygator koronny orzekł, że Piekarski jest zwykłym pomyleńcem i nie mógł działać na czyjeś zlecenie.

Wyrok w tej sprawie mógł być tylko jeden. Nie pomogło nawet wstawiennictwo samej ofiary zamachu - króla, który z litości wobec szaleńca chciał go ułaskawić. Nie uznano jakichkolwiek okoliczności łagodzących, nie znajdując żadnego wytłumaczenia dla zamachu na życie władcy. Piekarskiego skazano na śmierć, infamię, odebrano mu szlachectwo (co prawda po fakcie, ale miało to usprawiedliwić tortury, którym skazany został już poddany) oraz majątek (którego de facto nie posiadał). Sąd pozostawiał marszałkowi koronnemu inwencję twórczą przy wykonaniu samej kary. Ten nie był zbyt oryginalny, gdyż postanowiono, że zamachowca ukarze się w ten sam sposób, jak niegdyś wspomnianego przeze mnie wcześniej francuskiego prekursora – Francoisa Ravaillaca. Cała procedura, którą opisałem na początku z finałem polegającym na rozszarpaniu przez cztery konie, jest analogiczna wobec kary, jaka spotkała zabójcę Henryka IV. Piekarski przed kaźnią nie chciał przystąpić do spowiedzi, do samego końca uważając, że jedyne czego może żałować to faktu, że zamach się nie powiódł. Niektórzy nawet podawali, że szlachcic sam włożył swoją prawą rękę w płomienie chcąc „ukarać” ją za swoją nieskuteczność. Niedoszły królobójca miał zostać wymazany z pamięci (damnatio memoriae) aż po wsze czasy.

W innych narodach pany swe kozikami kolą...

Czy okrucieństwo kary na którą został skazany Piekarski za nieudaną próbę zabójstwa króla była adekwatna do czynu? Czy rzeczywiście szalonego, nieszczęśliwego człowieka należało tak okrutnie potraktować i czy naprawdę nie dało się znaleźć jakichkolwiek okoliczności łagodzących? Dlaczego szlachta tak bardzo chciała skazać Piekarskiego na potworną śmierć, skoro sama ofiara i głowa państwa w jednej osobie - Zygmunt III wybaczył swojemu oprawcy? Aby to lepiej zrozumieć musimy wyjaśnić motywację szlachty.

Przez stulecia w Polsce kształtowała się opinia, że jest to „kraj bez królobójców”. Nie jest to do końca prawdą, nieudane zamachy zdarzały się już w historii naszego kraju (np. na Zygmunta Starego), ale jedynym królem, który rzeczywiście poniósł śmierć w wyniku mordu był Przemysł II. Sprawcami byli jednak Brandenburczycy, więc de facto żaden król nie umarł z ręki polskiego poddanego. Dla szlachty był to powód do dumy. Hetman Stanisław Żółkiewski pisał:

W innych narodach pany swe kozikami kolą, a u nas z łaski Bożej nigdy nic takowego przeciw panu nie było zamyślone.

Próba zamachu wywołała więc ogromne oburzenie wśród herbowych. Oto jeden z nich podnosił rękę na władcę, pomazańca boskiego i uosobienie korony Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego. Godziło to w dobre imię całego stanu, jak i powagę majestatu królewskiego. Szlachta nie mogła tego incydentu puścić płazem. Można się nawet pokusić o opinię, że szlachta potraktowała wyrok jako formę osobistej zemsty na Piekarskim za nadszarpnięcie dobrego imienia i zburzenie mitu o „kraju bez królobójców.

Niemy świadek wydarzeń

W tym roku minie czterechsetna rocznica opisanych wydarzeń. Wydaje się, że o historii Piekarskiego mało kto pamięta. A jednak cała fabuła odcisnęła pewne piętno na kształcie Warszawy. W wyniku zamachu na swoje życie Zygmunt III kazał zbudować specjalny nadziemny łącznik pomiędzy Zamkiem Królewskim, a kościołem Św. Jana. Dzięki niemu król mógł w bezpieczny sposób przejść ze swojej rezydencji do świątyni bez wychodzenia na zewnątrz i narażania tym samym swojej osoby. Łącznik ten przetrwał II wojnę światową i stoi do dziś, a według miejskiej legendy duch szalonego Piekarskiego ciągle w nim straszy. Kładka, którą chadzał król znajduje się nad ulicą Dziekania w Warszawie.

Łącznik nad ul. Dziekania, który został zbudowany na życzenie króla po próbie zamachu (foto: Adrian Grycuk/Wikimedia Commons/CC BY-SA 3.0 pl)

Przypadek Michała Piekarskiego jest dzisiaj mało znanym epizodem z historii Rzeczpospolitej szlacheckiej, a szkoda. Opowieść o szalonym szlachcicu, który próbował zemścić się za swoje osobiste nieszczęścia, wydaje się bardzo ciekawa. Oprócz wątku nieudanej próby zabójstwa rodem z powieści kryminalnej, pozwala ona poznać pewien aspekt szlacheckiego światopoglądu. W efekcie próba zamachu na króla zmieniła też nieco oblicze miasta, może być więc ciekawym urozmaiceniem dla wszystkich pasjonatów historii stolicy. To opowieść niczym legenda, której zapomniane pokłosie jest obecne nawet dzisiaj i której fabuła kryje się w wąskich uliczkach warszawskiej Starówki.





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA