cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności (https://kurierhistoryczny.pl/polityka-prywatnosci,7).

Okazjonalna wojna ukraińsko-rosyjska

Jakub Wojas, 02.12.2018

Zielone ludziki - żołnierze rosyjscy podczas inwazji na Krym, marzec 2014 r. (fot. Jakub Wojas)

Ostatni incydent w Cieśninie Kerczeńskiej, kiedy to Rosjanie zaatakowali, a następnie zajęli trzy okręty ukraińskie nie powinien stanowić dla nikogo zaskoczenia. Pomiędzy obydwoma tymi państwami toczy się wojna, a na wojnach takie rzeczy są chlebem powszednim. Problem jedynie w tym, że nie wszyscy rozpatrują ten dziwny stanu stosunków ukraińsko-rosyjskich w tych kategoriach.

Wojna jest passé

To że Federacja Rosyjska najeżdżając na Ukrainę złamała prawo nie ulega wątpliwości. Karta Narodów Zjednoczonych, która obowiązuje również Rosję, wprowadziła zakaz stosowania siły w stosunkach międzynarodowych. Wchodząc zbrojnie na Krym, a następnie na Donbas (także przez kontrolowane przez siebie oddziały) Moskwa pokazała, że ma to w głębokim poważaniu. Ukraina w końcu zebrała się, aby skorzystać z prawa do samoobrony i w ten sposób mamy do czynienia z klasycznym konfliktem zbrojnym między dwoma państwami.

„Konflikt zbrojny” jest dziś pojęciem, które zastępuje, przynajmniej w prawie międzynarodowym, pojęcie wojny. „Wojna” wyszła z użycia, gdy została ona de facto zakazana. Przez to państwa je prowadzące zaczęły używać nazw zastępczych typu „akcja policyjna”, „interwencja stabilizacyjna”, „interwencja humanitarna” itd. Jednak obok przepisów dających prawo do użycia siły w stosunku do innego państwa (samoobrona przeciw napaści zbrojnej lub operacja za zgodą Rady Bezpieczeństwa ONZ) są również normy, które zobowiązują strony konfliktu do zachowania pewnych zasad jego prowadzenia, niezależnie od tego czy wojna wywołana została w sposób legalny, czy nie.

Kontrola ukraińskiego żołnierza przez zielone ludziki pod bazą w Bakczysaraju, marzec 2014 r. (fot. Jakub Wojas)

I tu dochodzimy do sedna problemu. Rosja złamała prawo interweniując zbrojnie. To że eskaluje konflikt, to inna sprawa. Ale prowadząc już tę wojnę ma pełne prawo do zajmowania okrętów, blokowania portów, brania żołnierzy nieprzyjaciela do niewoli. Hipotetycznie zakładając, że przegra, to taka nowa Norymberga będzie mogła sądzić rosyjskich dygnitarzy właściwie jedynie za bezprawną agresję, rozpoczęcie wojny bez wypowiedzenia i ewentualne zbrodnie (np. torturowanie jeńców) dokonane przez podległe Rosjanom jednostki.

Jak jest, a jak powinno być?

Tylko wszystko wskazuje na to, że strony traktują tę wojnę jako wojnę okazjonalną. Rosja przyznała się do najazdu na Krym (po kilku tygodniach wypierania się tego faktu). Konsekwentnie jednak zaprzecza swojej obecności na Donbasie, a także sprawowanej kontroli nad oddziałami tzw. separatystów. Przeciwnego zdania jest Kijów, ale jednocześnie odmawia pojmanym rebeliantom statusu jeńców wojennych, co jakby potwierdzało rosyjską narrację, że jest to wojna domowa/konflikt wewnętrzny (żołnierze nieprzyjaciela są tu traktowani jak kryminaliści). Tymczasem teraz podniosły się na Ukrainie głosy, że schwytani w Cieśninie Kerczeńskiej marynarze powinni mieć status jeńców, chociaż równocześnie Kijów nie zdobył się na to wobec rosyjskich żołnierzy złapanych na Donbasie, którym również wytaczano procesy. Nie bez znaczenia, przynajmniej symbolicznego, jest fakt, że Ukraina i Rosja utrzymują nadal stosunki dyplomatyczne oraz gospodarcze.

Zbombardowana podczas walk ukraińsko-rosyjskich ulica w Szyrokino pod Mariupolem, czerwiec 2016 r. (fot. Jakub Wojas)

Reguły prowadzenia wojny łamano praktycznie zawsze, ale równocześnie stale istniał pewien kanon następujących w takich okolicznościach zachowań. Rozpoczęcie działań zbrojnych powinno poprzedzać oficjalne wypowiedzenie. W praktyce często nie respektowano tego przepisu, by nie stracić efektu zaskoczenia. Dobitnie jest jednak widoczna różnica między początkiem I wojny światowej i II wojny światowej. W 1914 r. przez kilka dni monarchowie wymieniali się notami, a w 1939 r. Hitler i Stalin atakowali znienacka. Co ciekawe, był to też efekt przedwojennych tendencji do delegalizacji wojny. III Rzesza i ZSRR, by nie wyjść na agresorów wymyśliły sobie, że przychodzą do Polski w obronie mniejszości narodowych, którym rzekomo działa się tu krzywda.

Gdy już zaistnieje stan wojny, to automatycznie przestają obowiązywać dotychczasowe umowy międzynarodowe między jego stronami. Ich miejsce zajmuje prawo wojenne, które ustala obowiązujące na ten czas zasady relacji między obydwoma państwami. Tymczasem przy ostatnim incydencie Ukraina powołuje się na prawo nieszkodliwego przepływu, także okrętów, po wodach morza terytorialnego państwa obcego. Rzeczywiście coś takiego istnieje, ale w warunkach wojny trudno oczekiwać, że państwo ją prowadzące pozwoli sobie, aby nieprzyjacielski okręt wpływał bez przeszkód na jego wody. To jakby w czasie II wojny światowej Niemcy mieli pretensje do Wielkiej Brytanii, że ich U-boty są atakowane przy przepływaniu przez Cieśninę Gibraltarską.

Nazwać rzeczy po imieniu?

Zagmatwanie jest tutaj dosyć duże, bowiem Rosja nie uznaje, że jest w stanie konfliktu zbrojnego z Ukrainą, ale zachowuje się tak jakby była. Natomiast Ukraina twierdzi, że Rosja na nią napadła, ale oczekuje od niej zachowania jak w stosunkach pokojowych. Nic dziwnego, że nad Dnieprem często podnoszone są głosy, by Rosji oficjalnie wypowiedzieć wojnę, co mogłoby rozjaśnić całą sytuację. Władze w Kijowie obawiają się jednak, że może to przynieść więcej szkody niż pożytku, gdyż dałoby to Moskwie argument do jeszcze większej eskalacji działań zbrojnych.

Patrol ukraińskich żołnierzy w Szyrokino, czerwiec 2016 r. (fot. Jakub Wojas)

Niejednokrotnie w stosunku do tego typu konfliktów jak ten na Ukrainie pada określenie „wojna hybrydowa”. Wbrew pozorom nie jest to zjawisko nowe. Tak naprawdę elementy, które składają na to pojęcie były już obserwowane w minionych wiekach. Zdobycie przez Rosjan Krymu jest bliźniaczo podobne do pierwszego etapu napoleońskiej inwazji na półwysep iberyjski. Wojna na Donbasie to pod wieloma względami wypisz-wymaluj dobrze nam znane powstania śląskie. Ta ostatnia analogia wydaje się o tyle trafniejsza, że w latach 1918-1921 między Polską a Niemcami trwał stan niewypowiedzianej i nieuznawanej wojny. Powody tego były praktycznie te same co teraz. Warszawa i Berlin obawiały się konfrontacji wprost. Polska nie była w stanie się zmierzyć z tak potężnym przeciwnikiem, walcząc jednocześnie na wschodzie. Niemcy z kolei nie chciały narażać się Entencie, choć zależało im na zachowaniu wschodnich prowincji.

Dlatego też w tym czasie mamy do czynienia z powstaniami wielkopolskim i śląskimi, przeprowadzonymi przy cichym wsparciu polskich władz. Mamy tu nawet identyczne triki, jakie wykorzystuje Rosja na Donbasie, gdzie również urlopowani wojskowi zasilają powstańcze jednostki. Podobnie także jak u ówczesnych Niemców oddziały paramilitarne są zakamuflowaną regularną armią. Ponadto wtedy również na całej polsko-niemieckiej linii granicznej dochodziło do szeregu prowokacji zbrojnych. Wówczas jednak oficjalne przyznanie, że mamy do czynienia z wojną nie było nikomu na rękę, ale czy dziś tak jest?

Formalne wypowiedzenie wojny można by było rzeczywiście sobie darować, ale Ukraina w stosunku do toczących się na jej terytorium walk powinna prowadzić bardziej konsekwentną politykę. Skoro jest wojna to z najeźdźcą się nie handluje, pojmani mają status jeńców, a wejście na morze terytorialne przeciwnika będzie wiązać się z reakcją. Zrozumiałe, że chodzić mogło o przypomnienie światu, że Rosja zachowuje się na tym obszarze agresywnie, ale selektywne podejście do tego konfliktu może być na dłuższą metę niebezpieczne.

Krym, Donbas, Morze Azowskie to obszary, gdzie toczy się jeden konflikt zbrojny. W przeciwnym razie Moskwa będzie starała się oddzielać te kwestie i negocjować z Zachodem korzystne dla siebie rozstrzygnięcia, jak faktyczne zaakceptowanie aneksji Krymu czy uprzywilejowanego statusu na Morzu Azowskim. Względnie może drobnymi gestami, np. uwolnieniem pojmanych ostatnio marynarzy, uchodzić za gołębia pokoju. A tu chodzi przecież o to, żeby Rosja wycofała swoje wojska, a nie zmieniła tylko taktykę. 





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA