cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności.

Obłęd '20, czyli czy bitwa warszawska była szaleństwem?

Michał Zoń, 13.08.2020

Żołnierze polscy 1920 roku

W okolicach 1 sierpnia zawsze toczy się dyskusja na temat słuszności decyzji o wybuchu powstania warszawskiego. Wśród argumentów apologetów zrywu z 1944 roku pojawia się niekiedy twierdzenie, że gdyby w 1920 roku bitwa warszawska została przegrana, to zapewne tzw. dzisiejsi realiści odsądzaliby Józefa Piłsudskiego od czci i wiary, tak jak to teraz czynią z Tadeuszem Borem-Komorowski czy Leopoldem Okulickim. Czy rzeczywiście decyzja o stawieniu oporu Armii Czerwonej w 1920 roku była tak samo ryzykowana jak wszczęcie powstania w Warszawie 24 lata później?

Z pozoru można przyznać słuszność temu rozumowaniu. Bez wątpienia strona bolszewicka była faworytem batalii warszawskiej. Gdyby bitwa ta została przegrana, to można byłoby wskazywać na liczne słabości odrodzonego państwa polskiego, które przyczynić się mogły do klęski i stawiać uprzednio w wątpliwość sens tej walki. Państwo było biedne, armia niedozbrojona, a wisienką na torcie wszystkich zarzutów byłaby tzw. awanturnicza polityka Piłsudskiego. To ostatnie podnoszono zresztą już w 1920 roku, kiedy niewielu się spodziewało wielkiego zwycięstwa. Endeccy publicyści, na czele ze Stanisławem Strońskim oskarżali Marszałka o niepotrzebne awantury na Wschodzie. Pytano po co pchaliśmy się do Kijowa, wspieraliśmy Ukrainę, prowokowaliśmy Rosję. Sądzoną, że gdyby nie to, to bolszewików pod Warszawą by nie było. 

Plakat z okresu wojny polsko-bolszewickiej

Taka narracja panowała w prawicowej prasie przynajmniej do momentu zwycięskiej bitwy. I zgodnie z tym, co sądzą „brązownicy”, to tacy realiści jak np. Piotr Zychowicz, który swego czasu napisał książkę „Obłęd '44”, krytykującą decyzję o wszczęciu powstaniu warszawskiego zapewne dziś pisaliby o „Obłędzie '20” i potępialiby głupotę i krótkowzroczności Marszałka, bo przecież nie trzeba było prowokować Rosji, tylko najpierw odbudować i wzmocnić tę Polskę na obszarze, na którym udało się w miarę bezproblemowo odzyskać niepodległości, a dopiero potem myśleć o jakimkolwiek wyzwalaniu obszarów na wschodzie.

To jest jednak błędne przeświadczenie. Powstanie warszawskie i bitwa warszawska znacząco się od siebie różnią. W czasie warszawskiego zrywu w 1944 roku na bój z regularną armią poszła bardzo słabo uzbrojona i wyszkolona partyzantka miejska. W dodatku, spora jej część składała się z młodzików w wieku przedpoborowym. Jedynie co czwarty powstaniec posiadał broń i w dodatku nie każda ta broń nadawała się do skutecznej walki. Brakowało także amunicji. Szanse na samodzielne zwycięstwo były zatem marne i równie niewielkie na odsiecz. Sowietom to się nie opłacało, a alianci zachodni nie mieli możliwości, by skutecznie pomóc bez zgody Stalina. Poszli nasi w bój bez broni, cytując słowa pieśni z powstania styczniowego, i liczyli na cud, który się nie wydarzył.

Cudu nie było także w 1920 roku, ale nie dlatego, że bitwę warszawską przegraliśmy, ale dlatego, że było to pewne zwycięstwo uczynione o własnych siłach. Przede wszystkim pod Warszawą biły się po obydwu stronach regularni żołnierze. Liczebność sił polskich i bolszewickich była porównywalna (ok. 120 tys.). Broni i amunicji Polacy może nie mieli w nadmiarze, ale każdy żołnierz jakiś karabin posiadał, a zapas nabojów zagwarantowały dostawy od braci Węgrów. W dodatku, polskie dowództwo dysponowało rozszyfrowanymi przez polskich kryptologów depeszami bolszewickimi. Do tego można jeszcze dodać zmęczenie przeciwnika długim marszem. Nieostrzelani ochotnicy w sierpniu 1920 roku oczywiście także byli, ale stanowili jedynie 10 proc. stanu armii.

Józef Piłsudski ze sztabem w trakcie wojny polsko-bolszewickiej

Już to zestawienie obala tezę, że przegrana bitwa warszawska zostałaby zrugana przez dzisiejszych realistów. Nie, zasady politycznego realizmu, biorąc pod uwagę powyższe uwarunkowania, nakazywałyby właśnie stoczyć tę bitwę i nawet jeśli zostałaby ona przegrana, to nikt nie powinien mieć pretensji, że Polacy zdecydowali się wtedy walczyć. Tym bardziej, że zawsze w takich momentach trzeba wziąć pod uwagę, jaka jest alternatywa. W 1944 roku, gdyby powstanie nie wybuchło albo zostałoby ono zakończone po kilkunastu dniach, to bieg wypadków przebiegałby dosyć podobnie jak po przegranym zrywie. Polska by przetrwała, ale w sowieckiej strefie wpływów. W lipcu powołano Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego, który kreował się na rząd nowej Polski, choć nie republiki sowieckiej. Jednak niewątpliwym profitem byłoby to, że Warszawa najprawdopodobniej by ocalała, spora część inteligencji warszawskiej przeżyłaby wojnę, podobnie jak wielu innych mieszkańców stolicy.

W 1920 roku było inaczej. Sowieci stworzyli Tymczasowy Polski Komitet Rewolucyjny, który miał być władzą Polskiej Republiki Sowieckiej. Premier Władysław Grabski, który udał się na konferencję Ententy do Spa nie przywiózł Rzeczypospolitej żadnych gwarancji zachowania suwerenności. Przy udziale państwa Zachodu, ale bez udziału Rosji Sowieckiej ustalono tam, a właściwe narzucono Polsce wycofanie wojsk za linię Bugu i Sanu, która otrzymała tam słynną nazwę linii Curzona. Moskwa te warunki i tak odrzuciła, czując zbliżające się zwycięstwo. Cóż zatem mieliśmy do stracenia? Lepiej już żeby ci żołnierze zginęli z bronią w ręku, a nie strzałem w tył głowy czy po wymyślnych torturach sowieckiej swołoczy. Bolszewicy w swoim pochodzie nie znali żadnego pardonu, mordowali i jeńców, i cywili. Liczyć na ich łaskę byłoby wielką naiwnością. Należało zatem się bić i to choćby ta walka byłaby z góry skazana na przegraną, a tak przecież nie było.

W 1920 roku walcząc niczym nie ryzykowaliśmy, a mogliśmy wygrać wszystko. W 1944 ryzykowaliśmy wiele, a wygrana była bardzo niepewna i mglista. Na odwieczne pytanie, które przewija się w polskiej historii: bić czy nie bić? Realista powinien odpowiedzieć: bić się, ale z głową.





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA