cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności (https://kurierhistoryczny.pl/polityka-prywatnosci,7).

Nowe „Przedwiośnie”, czyli jak napisać napisaną książkę

Andrzej Jaworski, 06.09.2018

Strona tytułowa Przedwiośnia z 1928 roku

Tegoroczne Narodowe Czytanie odbywa się w cieniu pewnego skandalu. Na tę edycję wybrano „Przedwiośnie”. I wszystko byłoby w porządku, gdyby dzieła Żeromskiego nie postanowiono trochę przerobić.

Przedwiośnie” na nowo

Kancelaria Prezydenta RP, która jest organizatorem Narodowego Czytania postanowiła nieco ten tekst uwspółcześnić albo uatrakcyjnić. Zdaniem Pałacu „Przedwiośnie” się już się zestarzało i może zostać niezrozumiałe podczas czytania na głos. Trzeba zatem dokonać zmian, a konkretnie usunięcia tego i owego. Zadanie to powierzono Andrzejowi Doboszowi – felietoniście i krytykowi literackiemu, w latach 60. występującego w wielu epizodach filmowych, m.in. w kultowym Rejsie. Jak stwierdza sam autor adaptacji, zaczęło się od słowa „tudzież” i przymiotników, a potem to już poszło...

 

Efektem prac pana Dobosza jest właściwie całkiem nowe „Przedwiośnie”. Rzeczywiście nic nie zostało dodane, ale skreślono dużo, a nawet bardzo dużo. Powieść Żeromskiego w tej wersji straciła swój pierwotny podział na części: „Szklane domy”, „Nawłoć”, „Wiatr od wschodu”. Pojawiły się za to tytuły rozdziałów. Usunięcie części fragmentów spowodowało, że również główny bohater – Cezary Baryka wydaje się być inny niż w oryginale. Na łamach Tygodnika Powszechnego literaturoznawca Monika Ochędowska zwróciła uwagę, że zniknął np. fragment, w którym sugeruje się, że Baryka byłby gotów zrobić wszystko to, co każą mu starsi. W opisie bohater pozostaje „człowiekiem z gruntu uczciwym”, który „nie robiłby nic podłego”. Takie zmiany w naturalny sposób rzutują na charakterystykę całej postaci. Głosów oburzenia jest więcej. Wiele osób mówi o „profanacji”, „cenzurze” etc. Nieliczni wskazują, że Żeromski rzeczywiście mógł się zestarzeć. Jego styl może być nużący dla współczesnego pokolenia i niezrozumiały.

Ściągając sobie ze strony Kancelarii Prezydenta nową wersję „Przedwiośnia”, a następnie czytając pierwsze zdania od razu możemy stwierdzić, że jest lepiej. Tekst czyta się lekko. Nie ma dłużyzn. Całość jest przejrzysta i zrozumiała. Pod tym względem pan Dobosz wywiązał się z tego zadania. Ale czy to ciągle jest „Przedwiośnie”? I tak, i nie.

Wersje adaptowane

Pracę, którą wykonał pan Dobosz nie różni się od pracy zwykłego redaktora tekstu. Oni nie tylko wychwytują literówki, ale również dbają, by myśli autora przelane na papier jak najlepiej się czytało. Oczywiście, każda redakcja ma swoje granice. Niedopuszczalne jest np. aby redaktorzy pisali całą książkę na nowo. Mogą oni co najwyżej używając w większości tych samych słów zmieniać konstrukcję zdań czy właśnie usuwać zbędne ich zdaniem fragmenty. Rękopis „Przedwiośnia” zapewne też się różnił od tego, co zostało opublikowane nakładem wydawnictwa Jakub Mortkowicza. Osobiście sam doświadczyłem daleko idących zmian dokonanych przez redaktorów w moich tekstach. Różnica polegała jednak na tym, że zarówno ja, jak i pan Żeromski wiedzieliśmy o tym i mieliśmy możność temu się sprzeciwić. O wersji pana Dobosza z wiadomych względów autor „Przedwiośnia” nie może się wypowiedzieć i nie wiadomo, czy by mu się spodobała.

Stefan Żeromski przy pracy

Znane są sytuacje, gdy dokonane zmiany w oryginale powodują, że autor wycofuje swe nazwisko z projektu. Dotyczy to najczęściej scenariuszy filmowych. Pierwotną wersję scenariusza do filmu „Hubal” Bohdana Poręby napisał Jan Józef Szczepański. Po poprawkach dokonanych przez reżysera postanowił nie firmować tego obrazu.

Jeśli już przy filmach jesteśmy, to filmowcy bardzo często swobodnie podchodzą do adaptacji dzieł literackich. By nie szukać daleko ekranizacja „Przedwiośnia” Filipa Bajona również mocno różniła się od wersji Żeromskiego. Tutaj jednak sytuacja jest o tyle inna, że reżyser jest twórcą osobnego dzieła artystycznego, natomiast w przypadku prezydenckiego „Przedwiośnia” pisarz jest autorem czegoś, czego nie napisał.

Idąc tym tropem, to można stwierdzić, że takiej sytuacji literat może doświadczyć także już za życia. O sukcesie lub klęsce książki na zagranicznych rynkach decyduje nie tylko pisarz, ale i jego tłumacz. Przekłady książek nierzadko bardzo się różnią od oryginału. Tłumaczący literaturę francuską Tadeusz Boy-Żeleński znany był ze swojego swobodnego podejścia do przekładanych dzieł. Przykładowo, tytuł „Świętoszek” dla dramatu Moliera wymyśl nie kto inny jak sam Boy. W wersji francuskiej jest to „Tartuffe ou l'Imposteur”, co znaczy „Tartuffe albo oszust”, względnie „Tartuffe, czyli oszust”. Jedna ze słynniejszych fraz z Hamleta, spopularyzowana obecnie przez jeden z kanałów na Youtubie, czyli „niech ryczy z bólu ranny łoś, zwierz zdrów przebiega knieje” również została wymyślona przez polskiego tłumacza Józefa Paszkowskiego i jest swobodną wersją Why, let the stricken deer go weep, The hart ungalled play. Natomiast „Mistrza i Małgorzatę” w wersji najbardziej zbliżonej do oryginału mogliśmy poznać w polskim tłumaczeniu dopiero w ubiegłym roku.

Tadeusz Boy-Żeleński podpisuje książki dla swoich miłośników

W przypadku tłumaczeń zawsze pojawia się informacja, kto jest autorem przekładu. Po jakimś czasie ukazują się też nowe tłumaczenia, które mniej lub bardziej zbliżają się oryginału. W przypadku adaptacji pana Dobosza mamy do czynienia jakby z tłumaczeniem z polskiego na polski. Wydaje się to pozbawione sensu i przejawem traktowania ludzi jak idiotów. Zakładamy bowiem, że trudny językowo tekst nie jest w stanie do nich trafić.

Z drugiej strony adaptowanie klasyków w wielu krajach zaczyna wchodzić w krew. Sporo dzieł literackich, jak Robinson Crusoe czy Podróże Guliwera przechodzą przeróbkę najczęściej dostosowującą tamten język do współczesnego. O zgrozo, pojawiają się jednak również pomysły dalej idących zmian dokonanych w imię poprawności politycznej. Głośna była m.in. sprawa wykreślenia z książek Marka Twaina „Przygody Hucka Finna”, skąd wykreślono mające negatywne konotacje słowo nigger („czarnuch”). Podobnie w „Przygodach Tomka Swayera” zniknęło Injun, będące obraźliwym określeniem Indianina. Czy naprawdę chcemy iść tą drogą?

Komu przeszkadza „tudzież”?

Dzieło literackie jest pewnym odbiciem swoich czasów. Dużo nam mówi o literackich modach, języku, stylu. Uwspółcześniając dany tekst tracimy te walory. Zostaje nam okrojona treść. Mam nadzieję, że nikt nigdy nie wpadnie na pomysł, by poprawiać „Bogurodzicę" czy „Pamiętniki Paska". Też nie do końca rozumiem, dlaczego taka adaptacyjna kara spotkała akurat „Przedwiośnie”. W Narodowym Czytaniu były już dzieła starsze, a nikt jakoś nie sposobił się do interwencji w tekście. Swoją drogą także nie rozumiem, co złego jest słowie „tudzież", „aliści" czy „azaliż", które z lubością pan Dobosz wykreślał z oryginału. Ich występowanie w tekście bynajmniej nie wpływa negatywnie na jego zrozumienie, a przy dzisiejszej młodzieżowej modzie na oldschoolowe mógłby zrobić jeszcze karierę.

Mam nadzieję, na to, że nikt nie będzie cenzurował niepoprawnych politycznie scen z polskich powieści, które przecież też są obrazem pewnej epoki i myślenia ówczesnego. Ważne dzieła literackie mają to do siebie, że się nie starzeją. Zmieniać się może natomiast ich interpretacja.

Pozostaje pytanie, co zrobić z pracą pana Jerzego Dobosza? Puszczona w obiega taka wersja „Przedwiośnia” na pewno ucieszyłaby uczniów. Jest ona bowiem krótsza od oryginału, lepiej się czyta, a większość akcji pozostała niezmieniona. Konieczne jest jednak opatrzenie takich egzemplarzy informacją, że jest to tylko „adaptacja”. I właściwie tylko jako pomoc dla uczniów widziałby korzyść z pracy pana redaktora. Jak można to należy sięgać do oryginału. To stamtąd najłatwiej się dowiemy, co autor miał na myśli i jaką dziś naukę z jego dzieła możemy wyciągnąć.





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA