cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności (https://kurierhistoryczny.pl/polityka-prywatnosci,7).

Nie tylko Skripal. Jak sowieckie i rosyjskie służby specjalne mordowały swoich wrogów

Paweł Zawada, 27.03.2018

Funkcjonariusze NKWD, lata 30.

4 marca 2018 r. za pomocą trującego środka o nazwie nowiczok otruto byłego oficera GRU i zarazem agenta brytyjskiej MI5 Siergieja Skripala. Ofiarą ataku była również jego córka i szereg przypadkowych osób. O przeprowadzenie tego zamachu od razu posądzono Rosję. Nic dziwnego. Rosyjskie, a wcześniej sowieckie służby specjalne mają bardzo długą i bogatą tradycję rozprawiania się w podobny sposób ze swoimi wrogami.

Pozorowane samobójstwo

Już w 1921 r., w osobistym sekretariacie Włodzimierza Iljicza Lenina miało powstać pierwsze laboratorium sowieckich służb specjalnych. Za powołaniem takiej placówki mocno optował szef ówczesnej policji politycznej Czeka, Feliks Dzierżyński. Zdawał on sobie sprawę, że partia ma wielu wrogów i zdrajców, którzy zbiegli za granicę Rosji Sowieckiej i stanowią dla niej wielkie zagrożenie. Jednym z celów Czeka, a następnie NKWD była likwidacja tych ludzi.

Niedługo po przejęciu władzy przez Salina, w 1926 r. powołano Zarząd Operacji Specjalnych pod wodzą Jakowa Sieriebrianskiego, nazywany grupą Jaszy. Do zadań tej jednostki należało zabijanie lub porywanie za granicą osób, które mogłyby zagrażać Związkowi Sowieckiemu. Byli to przede wszystkim oficerowie białej armii, carscy urzędnicy oraz przedstawiciele rosyjskiej arystokracji, a także „odwróceni” agenci. Ich eliminacja odbywała się czasami poprzez „pozorowane samobójstwa”.

Paweł Sudopłatow, szef Zarządu Operacji Specjalnych

Po Sieriebrianskim, który w wyniku czystek trafił do łagru, dowództwo nad grupą Jaszy przejął w 1938 r. Paweł Sudopłatow, mający na swoim koncie m.in. zabójstwo przywódcy ukraińskich nacjonalistów Jewhena Konowalca. I to właśnie na zlecenie Sudopłatowa w 1941 r. doszło do zlikwidowania Waltera Kriwickiego – dawnego rezydenta NKWD w Holandii. Krwicki naraził się czerwonej władzy podwójnie. Po raz pierwszy podpadł, gdy odmówił „wystawienia” Ignacego Poreckiego-Reissa – byłego sowieckiego szpiega, który w lipcu 1937 r. porzucił służbę i schronił się w Szwajcarii, gdzie ujawnił szczegóły funkcjonowania stalinowskiego terroru. Kriwicki nie chciał brać udziału w jego uśmierceniu, gdyż Reiss był jego przyjacielem. Wiedział jednak, że taka postawa to w rzeczywistości wyrok śmierci również na niego.

Zatem gdy we wrześniu 1937 r. otrzymał wezwanie do Moskwy, to zamiast do ojczyzny udał się do Francji, gdzie poprosił o azyl. Agenci NKWD dopadli go jednak i tam, lecz nie udało im się go zabić. Z Francji Krwicki wraz z rodziną przedostał się do Stanów Zjednoczonych, gdzie już obficie wyjawiał tajemnice sowieckich służb. Problem polegał na tym, że przekazywał informacje nie tylko amerykańskiemu kontrwywiadowi, ale też szerokiej publice, co ułatwiało jego wykrycie. Kriwicki po prostu zaczął „gwiazdorzyć”. Bywał na salonach, wypowiadał się jako ekspert, pisał książki. Niestety, skończyło się to dla niego tragicznie.

10 lutego 1941 r. o godzinie 9.30 znaleziono go leżącego na podłodze w kałuży krwi w Hotelu Bellevue w Waszyngtonie. Na łóżku znajdował się list pożegnalny. Policja stwierdziła samobójstwo, lecz rodzina i znajomi zwracali uwagę, że pozostawiona przez zmarłego ostatnia wiadomość nie jest zgodna z tym co mówił publicznie i prywatnie (Kriwicki w pożegnalnym liście m.in. chwali sowieckie władze).

„Kamera” w akcji

Pozorowane samobójstwa były tylko jednym z całej palety wykorzystywanych przez sowieckie służby sposobów likwidacji zdrajców i wrogów ZSRR. Od lat 30. za sprawą Gienircha Jagody, który w młodości był aptekarzem, niezwykle prężnie rozwijał się dział toksykologii sowieckiej policji politycznej. W specjalnym, tajny laboratorium na Kremlu przygotowywano preparaty, które wprowadzone do organizmu miały wywoływać zgon, przypominający te z przyczyn naturalnych.

Już sama praca w kremlowskim laboratorium toksykologicznym była niezwykle niebezpieczna. Szczególnie obawiano się „Kamery” – laboratorium specjalizującego się w truciznach. Jak mawiał o tym miejscu pułkownik Lew Studnikow, zastępca Pawła Sudopłatowa:

Wystarczy, że przypadkowo czegoś dotkniesz i już masz swój pogrzeb.

Z pracy „Kamery” skorzystano m.in. przy zabójstwie najsłynniejszego z przywódców ukraińskich nacjonalistów, Stepana Bandery. Do wykonania tej misji wyznaczono agenta KGB ukraińskiego pochodzenia Bohdana Staszyńskiego. Akcję przeprowadzono 15 października 1959 r. w Monachium, w którym mieszkał Bandera. Sowiecki agent zaczaił się na ofiarę w pobliżu jej mieszkania. Narzędziem zbrodni okazała się zawinięta w gazetę rurka o długości 18 cm i średnicy 2,5 cm, w której znajdowała się ampułka z cyjanowodorem. Staszyński wystrzelił gaz przed twarzą ukraińskiego nacjonalisty, a ten po kilkunastu sekundach padł martwy.

Stepan Bandera na ukraińskim znaczku pocztowym

Na pierwszy rzut oka śmierć Bandery spowodowana była przyczynami naturalnym. Początkowo lekarz podejrzewał zawał – ot, imigrant wspinał się po schodach, zmęczył się, coś go zaczęło dusić – śmierć jak ich wiele. Przeprowadzono jednak sekcję zwłok i ku zdziwieniu wszystkich w ciele ofiary wykryto cyjanek. Sowietom udało się jednakże przerzucić wszelkie podejrzenia na ministra rządu RFN Theodora Oberländera, odpowiedzialnego za zbrodnie wojenne na obszarze Ukrainy, o których miał wiedzieć zamordowany. Ostatecznie śledztwo w sprawie zabicia Stepana Bandery umorzono w 1960 r. z powodu niewykrycia sprawców. Lecz już w następnym roku cała sprawa ponownie nabarał rozgłosu, gdy Staszyński zbiegł na Zachód i wyjawił kulisy tej i innych operacji czerwonej władzy.

Z produktów „Kamery” czasami korzystali też sojusznicy z Układu Warszawskiego. Jedną z ofiar tej praktyki był Gieorgij Markow – bułgarski pisarz, dysydent polityczny  i współpracownik Radia Wolna Europa, nazywany „osobistym wrogiem Todora Żiwkowa” – przywódcy Komunistycznej Partii Bułgarii.

I właśnie w urodziny tego bułgarskiego komunisty, 7 września 1978 r. Markowowi przydarzył się z pozoru błahy incydent. Na przystanku niedaleko mostu Waterloo w Londynie pisarz poczuł coś w rodzaju uszczypnięcia. Gdy się odwrócił zobaczył człowieka podnoszącego parasolkę i przepraszającego za przypadkowe potrącenie. Makarow oczywiście by to zlekceważył, gdyby nie narastający ból w nodze. Dysydent pojechał do siedziby BBC, gdzie wówczas pracował i opowiedział kolegom, co mu się przytrafiło. Jeszcze tego samego dnia dostał gorączki, a trzy dni później zmarł.

Opowieści kolegów zmarłego spowodowały, że nabrano podejrzeń, co do okoliczności śmierci Bułgara. Przeprowadzono sekcję zwłok i okazało się, że w łydce nieboszczyka znajduje się malutka, metalowa kulka, wypełniona zabójczą rycyną. Kukla pokryta była cukrem, co powodowało, że trucizna utrzymywała się w środku. Dopiero temperatura ludzkiego ciała rozpuszczała tę warstwę i następowało wypuszczenie toksyny do krwi. Przez to ofiara nie umierała od razu, lecz stopniowo i jej śmierć wydawała się naturalna. Najprawdopodobniej kulkę, wykonaną w laboratorium KGB, wystrzelono za pomocą sprężonego powietrza z czubka parasola owego przechodnia, którym okazał się oficer bułgarskiej SB Francesc Gullino.

Herbatka z toksynami

Popularną metodą likwidacji niewygodnych osób przez sowieckie i rosyjskie służby było też podawanie trucizny w napojach lub pożywieniu. W 1957 r. w ten sposób przeprowadzono zamach na Nikołaja Chochłowa. Trzy lata wcześniej, jako kapitan KGB został on wysłany do Frankfurtu celem zamordowania Gieorgija Okołowicza antykomunistycznego działacza i sowieckiego emigranta. Chochłow zadania nie wykonał i dobrowolnie oddał się w ręce CIA, które wyciągnęło z niego wszystkie interesujące ich informacje.

Nagle właśnie w 1957 r. Chochłow poważnie zachorował. Początkowo podejrzewano zatrucie pokarmowe, lecz pacjent zaczął puchnąć, na ciele pojawiły się obrzęki, z których sączyła się krew lub lepka wydzielina, a włosy wypadały po lekkim dotknięciu. Ciało po prostu się rozpadało. Byłego agenta cudem uratowali lekarze ze szpitala amerykańskiej armii w Frankfurcie. Po kilku miesiącach dochodzenia okazało się, że Rosjaninowi podano w czymś do jedzenia lub picia napromieniowany jądrowo, silnie toksyczny tal.

Aleksander Litwinienko po zatruciu radioaktywnym polonem (fot. Kadr z YouTube/filmydokumentalnelektorPL)

Bardzo podobnie wyglądał, tym razem udany, zamach na Aleksandra Litwinienkę z 2006 r. Dawkę toksycznego polonu-2010 poddano mu w herbacie, którą wypił ze swoim rzekomym przyjacielem i „druhem ze służb”, Aleksandrem Ługowojem i niezidentyfikowanym, niejakim Władimirem. Litwinienko był na celowniku Rosjan od 1998 r., kiedy to ujawnił, że otrzymał rozkaz zabicia opozycyjnego wobec prezydenta Rosji Władimira Putina polityka. Z perspektywy Kremla zamach na byłego agenta KGB powiódł się właściwie podwójnie, gdyż nie tylko zbito zdrajcę, lecz również skazano go aż na trzy tygodnie cierpienia.

Porażką zakończyła się z kolei próba zabójstwa, wówczas jeszcze kandydata na prezydenta Ukrainy, Wiktora Juszczenki. 5 września 2004 r. w posiadłości Włodymyra Saciuka, pierwszego zastępcy szefa Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, podano, prawdopodobnie w którejś z serwowanych potraw, dioksyny. Ta substancja spowodowała u ukraińskiego polityka m.in. trądzik chlorowy i objawy zbliżone do zapalenia trzustki. Juszczenko przeżył, lecz do dziś ma na twarzy blizny po działaniu śmiercionośnego środka.

Przy zabójstwa przy pomocy trucizny wprawdzie nie pozostawiano twardych dowodów wskazujących na odpowiedzialności za to rosyjskich służb, ale często drobnym gestem ujawniano (np. przez pochodzenie trującego środka), kim jest ta „karząca ręka sprawiedliwości”. Do czasu otrucia Siergieja Skripala ta taktyka okazywała się skuteczna i Rosję nie spotykały z tego tytułu żadne poważniejsze reperkusje. I trudno też się spodziewać, aby obecny kryzys dyplomatyczny spowodował, że Rosjanie odstąpią od sowieckich metod działania.





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA