cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W programie służącym do obsługi internetu można zmienić ustawienia dotyczące cookies.Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia.

Na pasku Londynu, z nominacji Paryża - tragiczny los polskich władz na uchodźstwie w trakcie II wojny światowej

Łukasz Gajda, 07.12.2017

Prezydent Władysław Raczkiewicz (w środku) i premier Władysław Sikorski (po prawej), Londyn 1943 r.

W nocy z 17 na 18 września 1939 r. rząd, prezydent i Naczelny Wódz przekroczyli w Zaleszczykach granicę polsko-rumuńską. Niedługo potem, wbrew wcześniejszym ustaleniom, zostali internowani. Było to na rękę nie tylko Niemcom, ale też Francji i Wielkiej Brytanii, które miały własnych kandydatów na najwyższe stanowiska w polskim państwie.

Czas ucieczki

O świcie 17 września 1939 r. do przebywającego w okolicach Kut przy granicy polsko-rumuńskiej Naczelnego Wodza Edwarda Rydza-Śmigłego zaczęły spływać niepokojące wiadomości. Armia Czerwona przekroczyła na całej linii wschodnią granicę Polski. Sowieckie radio zaczęło nadawać komunikat o tym, że wojska ZSRR przybywają chronić ludność ukraińską i białoruską przed Niemcami. Nie było jeszcze do końca jasne, co zamierzają Sowieci i czy są w zmowie z Niemcami. Rydz-Śmigły wydał wtedy swój feralny rozkaz – „Z bolszewikami nie walczyć, chyba w razie natarcia z ich strony lub próby rozbrojenia oddziałów”.

Sowieci byli jednak niepokojąco blisko. Czołówki pancerne Armii Czerwonej znajdowały się w odległości 20 km od miejsca przebywania polskich władz. Postanowiono zatem ewakuować się do sojuszniczej Rumunii, a stamtąd do Francji, gdzie miały odradzać się Polskie Siły Zbrojne. Około północy terytorium Polski opuścili m.in. prezydent Ignacy Mościcki, premier Sławoj Składkowski, minister spraw zagranicznych Józef Beck, Naczelny Wódz Edward Rydz-Śmigły, a także mnóstwo urzędników, sędziów i oficerów.

Zaleszczycka szosa po ewakuacji polskich władz, wrzesień 1939 r.

Celem ewakuacji było zachowanie ciągłości państwa polskiego. Obawiano się, że trafienie do niewoli wyższych dygnitarzy może doprowadzić do podpisania aktu kapitulacji i osłabienia przez to pozycji Polski na arenie międzynarodowej. Kalkulacje te okazały się błędne.

W Rumunii polskie władze zostały internowane. W takiej sytuacji 24 września prezydent Mościcki zgodnie z Konstytucją Kwietniową wyznaczył swojego następcę, którym został dotychczasowy ambasador Polski we Włoszech gen. Bolesław Wieniawa Długoszowski. Nie zdawano sobie jednak sprawy z faktu, że niezależność polskich władz jest już mocno ograniczona i to bynajmniej nie przez Niemców czy Sowietów.

Polski rząd z francuskiego polecenia

Powszechnie uważa się, że internowanie polskich dygnitarzy w Rumunii było winą nacisków niemieckich na rząd w Bukareszcie. Lecz Rumunia wtedy jeszcze nie opowiedziała się za III Rzeszą. Miała z kolei ścisły sojusz z Francją i to Paryż właśnie zabiegał o pozostawienie na terytorium rumuńskim przedstawicieli sanacyjnych władz. Tajemnicą poliszynela było to, że mimo oficjalnego sojuszu władze francuskie nie darzyły sympatią swoich polskich „przyjaciół”. W kuluarach zwykło się mówić, że Józef Beck jest człowiekiem „o aparycji gwałciciela”. Ponadto we Francji działała już od kilku lat opozycja antysanacyjna skupiona wokół stronnictwa Frontu Morges. Jedną z jej czołowych postaci był gen. Władysław Sikorski. To jemu 28 września 1939 r. po wyraźnych naciskach ze strony Paryża ambasadorowie polscy z Francji, Włoch i Wielkiej Brytanii, czyli Juliusz Łukasiewicz, Bolesław Wieniawa- Długoszowski, Edward Raczyński powierzyli misję formowania polskiej armii.

Winston Churchill (w środku) z Charlesem de Gaullem (po jego lewej) i Władysławem Sikorskim (po jego prawej), 1940 r.

Bolesław Wieniawa Długoszowski nie był już wówczas prezydentem. Była to również zasługa francuskiego sojusznika. Ambasador Francji w Rumunii Adrien Thierry wyraził opinię swego rządu w tej sprawie aż nazbyt dobitnie:

Nie mając zaufania do wyznaczonej osoby, nie widzi, ku żywemu swemu żalowi, możliwości uznania jakiegokolwiek rządu powołanego przez generała Wieniawę.

W dawnym adiutancie marszałka Piłsudskiego Francuzów irytowało jego dawne bogate życie towarzyskie, niechętny stosunek do Francji, a przede wszystkim to, że była to silna osobowość, którą trudno sterować. Dlatego Wieniawę postanowiono zastąpić Władysławem Raczkiewiczem, byłym marszałkiem Senatu, który nie miał już złych cech poprzednika. Wprost przeciwnie, zawsze był skłonny do daleko idących kompromisów. Piłsudski uważał go za człowieka „bez kręgosłupa” – dobrego w pracy, ale w czasach spokoju politycznego. Nie wytrzymywał działania pod presją, a w dodatku w momencie nominacji był już ciężko chory na białaczkę.

Po myśli Francji Władysław Raczkiewicz powierzył Sikorskiemu misję tworzenia nowego rządu. 30 listopada 1939 r. prezydent złożył zobowiązanie, że ze swoich prerogatyw będzie korzystał jedynie w porozumieniu z premierem i ministrami. Umowa paryska, bo tak ją nazwano, w praktyce niweczyła cel Konstytucji Kwietniowej, która właśnie z Prezydenta RP czyniła osobę skupiającą swoich rękach najwięcej władzy. Teraz na najważniejszą osobę wyrósł gen. Sikorski, który był jednocześnie premierem, Naczelny Wodzem, ministrem spraw wojskowy i ministrem sprawiedliwości.

Polak zrobił swoje, Polak może odjeść

Cóż z tego, skoro władza gen. Sikorskiego była cały czas na pasku najpierw Paryża, a potem Londynu. Niestety, na wskutek mniej lub bardziej realnych nacisków i gróźb Naczelny Wódz popełnił sporo katastrofalnych dla Polskich błędów. Armia polska we Francji nie miała, niestety, swojej Dunkierki. Ze 100 tys. żołnierzy polskich uczestniczących w kampanii francuskiej do Wielkiej Brytanii dotarła jedynie 1/5. Była to zasługa Naczelnego Wodza, który „nie chciał opuszczać sojusznika” i do końca wysyłał polskie jednostki do walki – mimo że była to walka beznadziejna i mimo że sami Francuzi tej walki już nie chcieli.

Gen. Sikorski wśród polskich żołnierzy we Francji, 1940 r.

W Wielkiej Brytanii winą za przetracenie polskiego wojska słusznie obciążono gen. Sikorskiego. Decyzją prezydenta stracił on stanowisko premiera na rzecz Augusta Zaleskiego. To spotkało się ze zdecydowaną reakcją Brytyjczyków. Bliski współpracownik Naczelnego Wodza, płk Tadeusz Klimecki z pomocą brytyjskich kolegów i polskich oficerów, którzy co ciekawe w służbach brytyjskich posiadali wyższe stopnie, opanował gmach ambasady polskiej i siłą zmusił Zaleskiego do podpisania własnej dymisji. Był to ewidentny zamach stanu. Wykonany w dodatku z polecenia obcego państwa. Sikorski bowiem z namaszczeniem z Downing Street wrócił do swoich funkcji i to właśnie gwarantowało mu nietykalność. Raczkiewicz był wobec tego bezsilny.

Kolejny kryzys nadszedł w następnym roku. Jeszcze w pierwszej połowie 1941 r. pod stosunkowo niewielką presją Londynu rząd polski na wychodźstwie podjął tajne rozmowy z Sowietami. Spowodowało to sprzeciw części polskich polityków, m.in. Augusta Zaleskiego i Kazimierza Sosnkowskiego. Premiera to jednak nie zraziło, choć wielu bulwersował fakt, że negocjacje prowadzone są wręcz pod kontrolą Brytyjczyków. Doszło nawet do tego, że minister spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii korygował treść przemówień gen. Sikorskego. W takiej atmosferze, pośpiesznie zawartego paktu Sikorski-Majski odmówił podpisania prezydent Raczkiewicz. Były to jednak tylko gesty, który niewiele mógł zmienić.

Po śmierci Sikorskiego premierem został Stanisław Mikołajczyk, a Naczelnym Wodzem Kazimierz Sosnkowski. Tego ostatniego nienawidzili zarówno Sowieci, jak i Brytyjczycy. Była to kolejna próba zaistnienia piłsudczyków we władzach na wychodźstwie, lecz nie trwała ona długo. Po czasie znów okazało się, kto w polskim Londynie tak naprawdę dyktuje warunki.

Naczelny Wódz ze swoim stanowiskiem pożegnał się, gdy 1 września 1944 r. w trakcie powstania warszawskiego wypomniał wiarołomstwo sojuszników. Brytyjczycy wpadli we wściekłość. Prezydent Raczkiewicz pod wpływem ich nacisków, ze łzami w oczach, obwiniając siebie za tak uległą postawę mimo wszystko wręczył generałowi dymisję. Sosnkowskiego zastąpił przebywający w powstańczej Warszawie, gen. Tadeusz Bór-Komorowski, który kilka dni później trafił do niemieckiej niewoli. Jego obowiązki przejął następnie gen. Władysław Anders.

W listopadzie 1944 r. ze swojej funkcji zrezygnował Mikołajczyk. Przywódca ludowców szykował się już do powrotu do kraju i pójścia na jakiś rodzaj układu z komunistami. Na stanowisku premiera zastąpił go Tomasz Arciszewski. Był to już jednak czas, gdy Polska mogła poczuć się najmocniej „oszukana” i „zdradzona” przez sojuszników. Wiał wiatr zmian niekorzystnych dla legalnych polskich władz. Choć Polacy byli sterowalni to trzeba było dogadać się z Sowietami.

Po Jałcie, podziale Europy ze Stalinem i powstaniu „koalicyjnego” rządu w Warszawie w czerwcu 1945 r. Brytyjczycy i Amerykanie wycofali swoje uznanie dla rządu RP na uchodźstwie na rzecz Rządu Jedności Narodowej w Warszawie. Polacy wypełnili swoją misję. Dzięki rządowi polskiemu w Paryżu, a potem w Londynie zorganizowano liczną polską armię, która wspierała swoich sojuszników, a w niektórych momentach (np. bitwa o Anglię) odgrywała nawet rolę kluczową w zwycięstwie. Wyraźnie dzięki temu zaznaczono, że Polska od pierwszego dnia wojny walczyła z Niemcami i nie skapitulowała, biła się do końca. Dla naszych sojuszników Polacy zrobili swoje. Poza drobnymi napięciami, które można było wygasić byli ulegli i wykonywali politykę zgodną z nimi. Zrobili swoje, a potem… mogli odejść.

Chyba nie taki scenariusz zakładali polscy dygnitarze opuszczając w nocy z 17 na 18 września terytorium Rzeczpospolitej.





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA