cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności (https://kurierhistoryczny.pl/polityka-prywatnosci,7).

„My seryjni mordercy", czyli rzecz o filmie „Podły, okrutny, zły" [recenzja]

Paweł Filipiak, 19.05.2019

Ted Bundy (Zac Efron) na sali sądowej w kadrze z filmu "Podły, okrutny, zły"

Ameryka końca lat 60-tych. Ruch hipisowski jest w pełnym rozkwicie. W radiu słychać Janis Joplin, Jimiego Hendrixsa i The Doors. W klubie studenckim w Seattle Liz Kendall (Lily Collins) poznaje przystojnego studenta prawa imieniem Ted (Zac Efron), który zdaje się akceptować fakt, że jest ona samotną matką, ma beznadziejną pracę i raczej kiepskie perspektywy na przyszłość. Tymczasem w mediach coraz głośniej mówi się o serii zaginięć młodych atrakcyjnych kobiet.

Tak mniej więcej zaczyna się fabuła filmu o najbardziej znanym seryjnym mordercy Ameryki, Tedzie Bundym. Sylwetki seryjnych morderców są bardzo wdzięcznym tematem na film. Czyny, których dokonują z jednej strony wzbudzają w nas odrazę, napawają lękiem i obrzydzeniem - z drugiej jednak dziwnie fascynują. Przyciągają uwagę i pozwalają z bezpiecznej odległości oglądać zło w czystej postaci. 

Już na samym początku muszę zaznaczyć, że „Podły, okrutny, zły” najatrakcyjniejszy w odbiorze będzie dla widzów, którzy kompletnie nie kojarzą postaci Teda Bundy'ego i popełnionych przez niego zbrodni. Od jego śmierci na krześle elektrycznym pod koniec lat 80-tych minęło już tyle lat, że dla sporej części społeczeństwa nazwisko Bundy kojarzyć się będzie raczej ze słynnym sprzedawcą butów imieniem Al, a nie seryjnym mordercą, którego zbrodnie i proces z zapartym tchem  śledziły całe Stany Zjednoczone. Widzowie, którzy trafią na sale kinową z czystego przypadku wyjdą więc z seansu w zdecydowanie lepszych humorach od tych, którzy oczekiwali mocnej, krwawej historii o życiu i śmierci największego zwyrodnialca Ameryki. 

Kolejnym problemem tego filmu to stworzona i udostępniona przez Netfix zaledwie kilka miesięcy temu świetna seria dokumentalna „Taśmy Teda Bundy'ego”. Seria w rewelacyjny sposób ukazuje wszelkie aspekty zbrodni „najpopularniejszego seryjnego mordercy Ameryki”. Rzecz, która dodatkowo nie daje spokoju to fakt, że „Podły, okrutny, zły” oraz film Netflix’a mają tego samego reżysera, Joe Berlingera. Ktoś może odnieść wrażanie, że reżyser stara się nam sprzedać tę samą historię dwa razy. Już teraz mogę powiedzieć, że jeżeli jesteś Drogi Czytelniku zainteresowany postacią Teda Bundy'ego to zdecydowanie lepszym wyborem będzie film dokumentalny. Niemniej jednak „Podły, okrutny, zły” nie jest filmem tragicznym. Owszem, zmaga się z kilkoma poważnymi problemami, lecz jako całość prezentuje dość solidny poziom. Ale po kolei.  

 

Prawie wszystkie wydarzenia w pierwszej części filmu obserwujemy z perspektywy dziewczyny Teda, Liz. Ted jej oczami wydaje się wyrozumiałym i ciepłym człowiekiem, który nie mógłby kogokolwiek skrzywdzić. Taki sposób prowadzenia fabuły sprawia, że w momencie aresztowania Bundy'ego możemy rzeczywiście mu współczuć, mieć wrażenie, że jest wrabiany przez policję i trzymać jego stronę podczas pierwszych procesów sądowych. Jest to tym łatwiejsze, że prawie przez cały film reżyser nie pokazuje ani jednej zbrodni popełnianej przez Teda. Po części jest to zgodne z tym jak postać Bundy'ego postrzegana była przez amerykańskie media. Wiele osób śledzących jego proces w latach 70-tych i 80-tych trzymało jego stronę i nie wierzyło w stawiane mu zarzuty.

Przyjęcie takiej, a nie innej perspektywy ma jednak kilka istotnych wad. Przede wszystkim nie czuć ciężaru i powagi sprawy o jaką toczy się gra. Walka o zatrzymanie seryjnego mordercy, który w brutalny sposób zamordował kilkadziesiąt młodych kobiet nie niesie ze sobą żadnego ciężaru emocjonalnego. Skupienie się na relacji między Tedem a Liz i nie epatowanie przemocą miało w założeniu trzymać widza w niepewności do samego końca filmu. Zamiast tego jednak powoduje brak jakiegokolwiek napięcia i prowadzi do fabularnych dłużyzn. Gra w kotka i myszkę z widzem jest pomysłem już zupełnie nietrafionym w chwili, kiedy mamy jakąkolwiek wiedzę na temat postaci Bundy'ego i wiemy kto stoi za tymi wszystkim popełnianymi morderstwami. Film reklamowany jest jako thriller, kryminał i film biograficzny. Dzieło Joe Bilingera na pewno nie należy jednak do pierwszych dwóch filmowych kategorii. Film nie wywołuje dreszczy. Zagadek kryminalnych brak. Nie można go również traktować jako film biograficzny, gdyż poznajemy tylko niewielki skrawek życia Bundy'ego. Co więcej, mimo tego, że film w dużej mierze traktuje o związku Teda i Liz to w oczy rzuca się ewidentny brak chemii między Zackiem Efronem a Lily Collins. Nie czuć tej wielkiej miłości między bohaterami, kiedy są na początku swojego związku. Nie czuć prawdziwej desperacji Liz w chwili, kiedy pętla sprawiedliwości coraz mocniej zaciska się na szyi jej ukochanego.            

Z rzeczy pozytywnych. Nieźle w Teda Bundy'ego wcielił się Zac Efron. Rzeczywiście świetnym pomysłem było obsadzenie roli mordercy o aparycji przystojnego inteligentnego młodzieńca aktorem, który znany jest głównie z ról komediowych i ckliwych filmów dla nastolatków. Zac w równym stopniu jak Ted nie wygląda jak seryjny morderca. O ile jednak sposób bycia, gestykulacja i mimika jaką prezentuje Efron jest zbliżona do tej prezentowanej przez Bundy'ego, tak szkoda, że aktor nie poszedł o krok dalej i nie poświecił swojej muskularnej sylwetki dla roli (jak zrobił to chociażby Christian Bale w „Mechaniku”). Z pewnymi małymi odstępstwami film dość wiernie trzyma się faktów. Bardzo łatwo pomylić nagrania archiwalne ze scenami z filmu. Czuć atmosferę lat 70-tych. Odwzorowanie postaci drugoplanowych, ich cech charakterystycznych czy ubioru w bardzo dużym stopniu pokrywa się z tym co obserwowali widzowie transmitowanego na całe Stany Zjednoczone procesu Bundy'ego. John Malkovich w roli sędziego prowadzącego główny proces również prezentuje się świetnie.

„Podły, okrutny, zły” to film, w którym czuć zmarnowany potencjał. Historia Teda Bundy'ego, jego złożonej osobowości, okrutnych zbrodni oraz szalonego procesu była materiałem na naprawdę mocny i poruszający film. Szkoda niewykorzystanej szansy. Szkoda naprawdę dobrej kreacji Zaca Efrona, dla którego to chyba najlepsza do tej pory szansa na pokazanie swojego talentu i zerwanie z wizerunkiem aktora kina klasy B. Niemniej jednak film może stanowić bardzo interesującą przystawkę przed wspomnianą na początku serią dokumentalną Netflix’a. Tym razem to realne wydarzenia okazały się dużo ciekawsze od tych wykreowanych przez filmowców z Hollywood. Przyjemny, nieangażujący film na weekendowy wieczór. Pytanie tylko, czy film o seryjnym mordercy taki właśnie powinien być?

Nasza ocena: 6/10





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA