cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności (https://kurierhistoryczny.pl/polityka-prywatnosci,7).

Młodzieńcze przygody Władysława Reymonta

Sławomir Koper, 10.10.2019

Władysław Reymont na obrazie Jacka Malczewskiego

Droga Władysława Reymonta do pisarskiej sławy była długa. Urodzony w 1867 roku pisarz miał być początkowo, podobnie jak jego ojciec, organistą. Potem sposobił się do zawodu krawca. Nic z tego jednak mu nie wychodziło. Nieznane wątki biografii laureata Literackiej Nagrody Nobla odkrywa Sławomir Koper w swojej książce „Nobliści skandaliści”, której fragmenty prezentujemy.

Kolej, seks i donosy

Tymczasem ojciec nie zamierzał utrzymywać „syna marnotrawnego” i załatwił mu posadę na Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej. Linia przebiegała niedaleko od Wolbórki, dzięki czemu Reymont mógł mieszkać w domu, co obniżało koszty utrzymania. Jednak określenie „posada” nie najlepiej pasowało do zakresu jego obowiązków, gdyż – jako najniższy  funkcjonariusz nadzoru kontrolujący stan torów na powierzonym sobie odcinku – musiał codziennie odbywać długie wędrówki, opukując szyny za pomocą metalowego drąga. Na szczęście szybko znalazł coś, co oderwało go od codziennej rutyny ‒ namiętność do Stefanii Kluge, żony jednego z przełożonych. Młoda mężatka całkowicie zawładnęła jego świadomością, tym bardziej że dość szybko została jego kochanką. Jednak ten układ na dłuższą metę nie zadowalał Reymonta, który – jak zwykle w takich przypadkach bywa – całą swą frustrację odreagowywał na mężu partnerki.

Jak ona mogła się zgodzić na takiego Panurga – notował w swoim dzienniku. – Ona przy swoim lotnym intuicyjnym umyśle, przy refleksyjnym usposobieniu (…) to doprawdy zadziwiające. Perła w rękach parobka. (…) Co jej głęboka prawdziwie kobieca uczciwa natura może mieć wspólnego z żyjącym zmysłowością Pawianem?

Więcej o aferach i ekcesach polskich noblistów można znaleźć
w książce Nobliści skandaliści

Ten „pawian” był jednak legalnym mężem, a Stefania nie zamierzała go porzucać. Zupełnie odwrotnie niż Reymonta, którym dość szybko się znudziła. Być może zresztą kochanek zaczął stawiać warunki lub zaproponował coś, co uznała za nierozsądne? Na przykład wspólną ucieczkę w nieznane? Znając jego charakter, trudno to uznać za niemożliwe. Odrzucony kochanek odchorował koniec romansu i pisał coraz bardziej ponure wiersze. Jakość tych ostatnich wcale się nie poprawiła, ale na szczęście ich autor już wkrótce miał się zająć prozą. Tymczasem cały żal skierował pod adresem męża Stefanii. Zdecydował się go ukarać, a na okazję nie musiał długo czekać. Kluge, podobnie jak większość urzędników kolejowych, był zamieszany w nieuczciwe interesy i popełniał nadużycia. W tej sytuacji Reymont bez skrupułów zadenuncjował go przed przełożonymi, wskutek czego rywal stracił pracę. Stefania okazała się jednak lojalną żoną i nigdy nie wybaczyła dawnemu kochankowi jego zachowania. Ostatni raz widział ją kilka miesięcy później, gdy wyglądała przez okno pociągu stojącego na stacji w Rogowie. Pisarz po latach usprawiedliwiał swoje zachowanie, twierdząc, że do romansu doszło, gdyż „wilk głodny nie pyta, do kogo owca należy”. Dlatego „szafował sercem jak dla ideału” i „czcił jak świętą”, podczas gdy w rzeczywistości okazała się „pierwszą z brzegu samiczką”. Wprawdzie nie była piękna, ale za to „ponętna”, a do tego „zalotna”, co zwiększało jej atrakcyjność. Nigdy też nie zapomniał tego romansu.

Na początku 1890 roku porzucił pracę na kolei i dołączył do trupy teatralnej z Piotrkowa Trybunalskiego. Szybko się jednak rozczarował i doszedł do wniosku, że w aktorstwie nic go już nie pociąga.

Wszystko, co tam w sercu kiedyś drgało w tym kierunku, zgasło – skarżył się bratu. – Przerażali mnie ci ludzie, służący niby sztuce, swoim cynicznym wyuzdaniem, swoją głupotą, pyszałkostwem zapoznanych… kretynów, ignorancją.

Mimo to jeszcze raz pojawił się w zespole teatralnym, tym razem w Pabianicach, ale wkrótce, ostatecznie rozczarowany, odszedł od sztuki scenicznej i raz na zawsze pozbył się marzeń o karierze aktora.

Aktorski rozdział jego życia trudno więc uznać za udany, jednak gdyby nie on, Reymont zapewne nigdy nie napisałby Komediantki czy Fermentów. Korzystał bowiem z własnych doświadczeń, a miesiące spędzone z zespołami teatralnymi umożliwiły mu plastyczne oddanie tego środowiska.

W tym samym czasie zmienił też nazwisko. Jako aktor używał pseudonimu Urbański, a teraz zaczął podpisywać się jako Reymont, zachowując swoje imiona. I właśnie jako Władysław Stanisław Reymont miał przejść do historii.

Medium

Występy w trupach teatralnych łączył z zupełnie inną aktywnością. Wszystko zaczęło się w pierwszych dniach lutego 1890 roku, tuż przed przystąpieniem do zespołu z Piotrkowa. Przebywał wówczas w Częstochowie, gdzie postanowił odwiedzić znajomego nauczyciela o nazwisku Push (Puszow?) – brata żony zawiadowcy odcinka kolejowego, na którym pracował. Panowie z pewnością znali się już wcześniej, ale wtedy ich znajomość weszła w zupełnie nową fazę.

Wchodzę, salon obszerny, osób ze trzydzieści kilka – zwierzał się bratu – wszyscy z jakimiś dziwnie nastrojonymi twarzami mnie przyjmują, powstając z miejsc. Pan P. zbliża się do mnie i schylając głowę, szepce »bądź pozdrowiony «. Jestem zdumiony i mówię kilka słów usprawiedliwienia do pana P., ten usuwa się w głąb salonu i całe zgromadzone towarzystwo przechodzi przede mną, chyląc głowy i szepcząc »bądź pozdrowiony«. Wyobraź sobie moje zdziwienie. Dopiero po jakimś czasie dowiaduję się, że znalazłem się w kółku tak zwanych spirytystów i widzę przed sobą najwybitniejszych przedstawicieli tej mrzonki czy nauki w Europie.

Sean spirtystyczny w czasach la Belle Epoque

Jego wizyta nie była dla tego grona żadną niespodzianką, albowiem podczas wcześniejszych seansów regularnie pojawiała się informacja, że człowiek specjalnie „wybrany do głoszenia i zwyciężania głosem materii” pojawi się w określonym miejscu i o określonej porze. Co więcej, jego rysopis był tak dokładny, że mógł uchodzić za „najdoskonalszą fotografię” Reymonta. W tej sytuacji przyszły pisarz wraz z grupą badaczy wiedzy tajemnej już wkrótce ruszył w podróż po Europie. Przebywał z nimi w Niemczech, podobno trafił też do Wielkiej Brytanii.

Wprawdzie nie odniósł większych sukcesów, ale za to utwierdził się w przekonaniu, że musi doskonalić się pisarsko – odrzucić wiersze i spróbować pisać prozę. Decyzję tę podjął, gdy podczas jednego z seansów sam sobie miał przepowiedzieć wspaniałą karierę literacką. Słabość do kontaktów ze światem pozamaterialnym pozostała mu zresztą do końca. W 1894 roku wyjechał do Londynu na Zjazd Towarzystwa Teozoficznego, co później znalazło odbicie w jego powieści Wampir. Ślady zainteresowania ezoteryzmem można znaleźć również na kartach Seansu oraz Marzyciela. Pisarz nie był w swoich fascynacjach odosobniony – nie bez powodu przełom XIX i XX wieku nazywano epoką wirujących stolików. Zjawy i duchy wywoływali praktycznie wszyscy, a za szczególnych wielbicieli tej rozrywki uważano: Bolesława Prusa, Witkacego, Magdalenę Samozwaniec i Marię Pawlikowską-Jasnorzewską. W możliwość kontaktów ze światem pozazmysłowym szczerze wierzył nawet taki sceptyk jak Tadeusz Boy-Żeleński, w seansach brał udział także sam marszałek Józef Piłsudski.

Jesienią 1923 roku na Uniwersytecie Warszawskim odbył się Międzynarodowy Kongres Badań Psychicznych, którego celem było naukowe wyjaśnienie zjawisk paranormalnych występujących w trakcie seansów spirytystycznych. Podczas wygłaszania referatów prezentowano możliwości różnego rodzaju zaproszonych mediów, z całą powagą demonstrowano słoje z ektoplazmą i fotografie astralne. W obradach uczestniczyli nawet oficjalni przedstawiciele polskiego rządu. Jednak żaden z prelegentów nie przyznał się do tego, że sam przepowiedział sobie karierę pisarską…

Artykuł jest fragmentem książki Sławomira Kopera Nobliści skandaliści





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA