cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności.

Ludzie, ale czy bogowie?

Krystian Skąpski, 08.11.2020

W serialu "Ludzie i bogowie" na plus można zaliczyć dbałość o detale. Na powyższym kadrze Jacek Knap jako Leszek Zaremba, ps. „Onyks” i Dawid Dziarkowski jako Tadeusz Korzeniewski ps. „Dager”. Obydwaj w nakryciach głowy charakterystycznych dla epoki, ale dotychczas rzadko wykorzystywanych w podobnych produkcjach.

Po sukcesie „Czasu honoru” i „Wojennych dziewczyny” TVP znów postanowiło ruszyć z nową produkcją dotyczącą okresu II wojny światowej. Tym razem są to „Ludzie i bogowie” - opowieść o grupie egzekutorów polskiego podziemia. Jednak tu twórcy nieco odeszli od sprawdzonego w Telewizji Publicznej schematu takich seriali.

Okupowana Warszawa. Leszek Zaremba, ps. „Onyks” (Jacek Knap) i Tadeusz Korzeniewski ps. „Dager” (Dawid Dziarkowski) stoją na czele oddziału „Pazur”, który wykonuje wyroki Polskiego Państwa Podziemnego. Panowie znają się jeszcze sprzed wojny. Razem bili się w 1939 roku i razem uciekli z niewoli. Ich postawy wobec otaczającej rzeczywistości są jednak różne. Onyks trzyma się ściśle wytycznych dowództwa. Jest żołnierzem, więc uważa, że przede wszystkim musi wykonywać rozkazy. Dla Dragera najważniejsze jest to, że trwa wojna, na której trzeba atakować wroga. Dlatego za wszelką cenę chce zabijać Niemców – z rozkazem lub bez niego.

Bez wątpienia mamy do czynienia z produkcją udaną. Zwłaszcza w warstwie realizacyjnej. Na uznanie zasługują znakomite zdjęcia Arkadiusza Tomiaka i muzyka Pawła Lucewicza. Poza tym, akcja trzyma w napięciu. Z niecierpliwością czeka się na kolejny odcinek. Postacie głównych bohaterów zostały bardzo ciekawie zarysowane. Drager na co dzień jest cichym i skromnym księgowym, a po godzinach bezwzględnym zabójcą. Nierozstający się z fajką Onyks przypominający fizycznie autentycznego egzekutora Armii Krajowej Krzysztofa Sobieszczańskiego – jednego z pierwowzorów „Kolumba” z książki Romana Bratnego „Kolumbowie. Rocznik 20.” - ma problemy psychiczne i moralne związane z utratą, wywiezionej przez Niemców żony.

 

Poszczególne odcinki serialu są inspirowane prawdziwymi akcjami Związku Walki Zbrojnej czy Armii Krajowej, m.in. zabiciem Igo Syma czy aferą tzw. nadwywiadu. Nie brakuje też wątków z życia prywatnego bohaterów, jednak wyraźnie widać, że znany głównie z kina offowego reżyser Bodo Kox postanowił odbiec od konwencji „Czasu honoru”, a już zwłaszcza „Wojennych dziewczyn”. Jest tu zdecydowanie więcej realizmu niż w dwóch poprzednich produkcjach. Onyksowi i Dragerowi nie wszystko uchodzi płazem, nie zawsze radzą sobie z własną psychiką, a stopień fantastycznych zbiegów okoliczności nie odbiega bardzo od normy. Przynajmniej tak się wydaje, bowiem serial pozostawia sporo niedopowiedzeń, których odkrycie może właśnie zaburzyć ową wytworzoną atmosferę realizmu i grozy niemieckiej okupacji.

W szczególności postać Dragera jest jak wyjęta z filmów Tarnitno. Młody konspirator chodzi po Warszawie i zabija okupantów i kolaborantów, i to zazwyczaj za pomocą zwykłego noża. Ale co ważniejsze, widz nie zawsze dowiaduje się jak nasz bohater wychodzi z danej opresji. Przykładowo, Drager w czasie akcji wywiadowczej na przyjęciu u gubernatora Fishera zabija w hotelowym pokoju niemieckiego oficera. Z serialu jednak nie dowiemy się co zrobił z ciałem, jak się stamtąd wydostał i czemu Niemcy nie wpadli na jego trop. Podobnie w czasie niektórych akcji likwidacyjnych trup ściele gęsto, a naboje wyskakują obficie. Potem jednak cisza na temat niemieckiej reakcji – blokadzie miasta czy represjach na ludności cywilnej.

Z powodu tych dziur scenariuszowych serial wyraźnie traci. Zatrzymuje się jakby w pół kroku. Jest tu zdecydowanie więcej realizmu, niż w ostatnich produkcjach TVP traktujących o tym okresie, ale jednocześnie przede wszystkim w przypadku postaci Dragera zachowano komiksową konwencję. Ten dualizm widać także w innych miejscach, lecz tu nie jest to już zarzut. Serial ma całkiem nowoczesną, dynamiczną muzykę. Przy kręceniu scen akcji zastosowano slow motion. Z drugiej strony, bohaterowie nie mówią między sobą współczesnym nam językiem polskim, ale posługują się gwarą warszawską, lwowską czy używają charakterystycznego przedwojennego długiego „l”. O dziwo, to wszystko razem nie razi i całkiem nieźle współgra, choć być może dla niektórych już sam w sobie taki mix jest nie do przyjęcia.

Tytuł „Ludzie i bogowie” miał nawiązywać do dylematów moralnych egzekutorów Armii Krajowej, ale można go chyba inaczej odczytać. Główni bohaterowie są ludźmi, którzy popełniają błędy, a ich zachowanie nie zawsze może się nam podobać. Ale jednocześnie są bogami, którzy robią rzeczy, jakich zwykły śmiertelnik w okupowanej przez Niemców Polsce nie byłby w stanie wykonać. Nie jest to zatem produkcja wybitna, która by zawojowała świat. Jeżeli jednak tak miałyby wyglądać inne tego typu seriale, to bym się nie obraził.

Nasza ocena: 7,5/10





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA