cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności.

Łubieńscy z czasów wielkości

Jakub Wojas, 13.11.2020

Prymas Maciej Łubieński

Łubieńscy herbu Pomian nie należeli do arystokratycznej ekstraklasy. Byli zamożną, porządną, zasłużoną rodziną, która wielce była oddana dla spraw Ojczyzny i Kościoła. Ale nie brak w jej dziejach także momentów, które mogą wzbudzać pewne kontrowersje, choć nie są to jednocześnie gigantyczne skandale.

Przynajmniej taki obraz Łubieńskich wyłania się z książki Macieja Łubieńskiego Portret rodziny z czasów wielkości. Autor świetnie opowiada o swoich bliższych i dalszych krewnych, co nie jest wcale takie proste. Łatwo wpaść przy takiej pracy w zachwyt nad dorobkiem przodków, czego ani trochę nie muszą podzielać inni. To co się u naszych przodków wydaje takie fajne i szczególne, to u innych może spowodować jedynie wzruszenie ramionami. To trochę jak z reakcją otoczenia na „ochy” i „achy” rodziców nad własnym dzieckiem. Drugim zagrożeniem dla takiej książki jest wpadnięcie w przeciwną skrajność – niepotrzebne tony rozliczeniowe, podczas gdy rozliczać nie ma z czego. Jest to szukanie dziury w całym, biczowanie swoich przodków i przy okazji samego siebie za przewinienia choćby najmniejszego kalibru.

Więcej o rodzinie Łubieńskich można dowiedzieć się
z książki Portret rodziny z czasów wielkości

Na szczęście dla siebie i czytelnika pan Maciej Łubieński płynie środkiem pomiędzy tymi dwoma mieliznami. Jego książka nie jest zatem pięknym obrazkiem z rodzinnego album ani skandalizującą książką o niczym. Autor wyraźnie lubi swoich poprzedników w sztafecie pokoleń, lecz potrafi też wskazać na ich grzechy. Czasem ich broni, czasem stawia coś w wątpliwość. I robi to przy okazji świetnie posługując się językiem i sporą dozą humoru.

Ale przejdźmy do rodziny Łubieńskich. Sam autor jest synem wybitnego historyka i publicysty historycznego Tomasza Łubieńskiego (ur. 1938). Pochodzi z tzw. linii z Zassowa (dziś Zasów w województwie podkarpackim). Centralną postacią dla współczesnych Łubieńskich jest jednak Feliks (1758-1848) – minister sprawiedliwości z czasów Księstwa Warszawskiego, gorliwy katolik, który wprowadzał na ziemiach polskich rozwody i postępowiec, który bronił feudalnych przywilejów szlachty. Przy tym wszystkim też hrabia, który przekazał ten tytuł siedmiu swoim synom (miał jeszcze trzy córki), którzy dali początek kolejny gałęziom Łubieńskich. Właściwe to po Feliksie ród ten wszedł na stałe w tytułowy czas świetności. Wcześniej przebijała się na całkiem wysokie poziomy w szlacheckiej hierarchii, lecz nie było to na długo i nie była to też pozycja wykraczająca poza poziom, jak byśmy to ujęli, wyższej klasy średniej. To rodzina bardziej dworów i folwarków niż pałaców i latyfundiów.

Łubieńscy wywodzą się z okolic Kalisza i Sieradza. Tam jest właśnie położona rodowa Łubna. Początkowo mieszkała tu drobna szlachta i aby wybić się z jej poziomu należało postawić na jedną ze ścieżek kariery dostępnych w Rzeczypospolitej. Czartoryscy zawdzięczali swoją pozycję intratnym ożenkom, przede wszystkim Aleksandra z Marią Zofią z Sieniawskich. Potęga Zamoyskich wyrosła dzięki zawrotnej karierze wielkiego kanclerza Jana, który skrupulatnie budował swoją pozycję polityczną. Dzięki protekcji Radziwiłłów z przeciętności wyszli z kolei Sapiehowie. Karierę wojskową wybrał zaś Stefan Czarniecki. A Łubieńscy wydają się być klasycznym przykładem kariery przez Kościół.

Zobacz także:

Nasz wywiad z Maciejem Łubieńskim

Dla rodziny z magnackiego topu sukienka duchowna nie była zbyt pożądaną ścieżką drogi życiowej. Dla szaraczków szlacheckich wręcz przeciwnie. Wśród poważniejszych postaci polskiego Kościoła z nazwiskiem Łubieński notujemy najwięcej w XVII wieku. Naczelną postacią jest wtedy oczywiście prymas Maciej Łubieński (1572-1651). Jego brat Stanisław (1574-1640) był z kolei biskupem płockim. Kolejny z braci Wojciech (1565-1640) – kanonikiem krakowskim, a ostatni Marcin (1570-1641) - rektorem kolegium jezuickiego. Trudno jednak uznać, że ta wysoka pozycja klanu Łubieńskich w Kościele przełożyła się na wybitne wpływy tej rodziny w świecie świeckim. W tym czasie jedynie bratanek prymasa, Wojciech Jan otrzymał kasztelanię sieradzką, co było jednym z niższych urzędów senatorskich. Dopiero kolejny prymas w rodzinie, Władysław Aleksander (1703-1763) zapewnia dla swojego brata stanowisko wojewody poznańskiego.

Związki Łubieńskich z Kościołem trwają aż do XX wieku. Wśród zasłużonych dla kleru znalazła się również kobieta – Cecylia (właściwie Zofia Maria) (1874-1937) – historyk i przełożona generalna zakonu urszulanek w Polsce. To ona przeprowadziła reformę szkół urszulańskich, podnosząc ich prestiż i poziom. Była również naukowcem. Obroniła doktorat u prof. Szymona Askenazego dotyczący sprawy dysydentów.

Herb Pomian

Ponadto wśród Łubieńskich na wspomnienie zasługuje także Tomasz (1784-1870). Wychodzi on ze schematu wybitnych przedstawicieli tego rodu. Przeszedł on do historii bowiem jako wojskowy. Był uczestnikiem szarży pod Samosierrą, a potem jednym z wodzów w powstaniu listopadowym.

Kontrowersji w życiorysach Łubieńskich nie brakuje, ale nie są to ciężkie grzechy pokroju przywódców Targowicy. Maciej Łubieński w swojej książce nie ukrywa pozamałżeńskich „skoków w bok” swego pradziadka Tadeusza (1872-1942) czy malwersacji finansowych Henryka (1793-1883). Nie jest jednak przy tym surowym sędzią, choć z łatwością mógłby nim być. Tadeusz – ziemianin, gorliwy katolik, prawdopodobnie w każdym chłopskim kątku swoich włości miał po dzieciątku. Ale autor nie wysuwa przeciwko niemu dział hipokryty czy wizerunku złego pana, lecz wyważa tę opowieść prospołecznymi działaniami swego pradziadka. Z kolei na powszechne zarzuty, że wiceprezes Banku Polskiego Henryk Łubieński ładował publiczne pieniądze w nietrafione inwestycje, by wyciągnąć kapitał publiczny na swoje konto nie szuka usprawiedliwienia w specyfice tamtych czasów.

Najbardziej niewygodna może się wydawać biografia dziadka autora, Konstantego (1910-1977) – hrabiego, ziemianina, który budował Polskę Ludową. Konstanty bowiem nie tylko został po 1945 roku w Polsce, ale też zaangażował się w nową rzeczywistości. Początkowo związał się z koncesjonowanym przez komunistów stowarzyszeniem katolickim PAX, a potem był posłem na sejm w kole ZNAK. Był to życiorys wyróżniający się na tle losów z reguły będących na cenzorowanym „bzetów” – byłych ziemian. Choć trzeba przyznać, że Konstanty też swoje przesiedział w więzieniach stalinowskich.

Przy okazji wypada mi się przyznać, że Łęccy z „Lalki” Bolesław Prusa zawsze budzili moje skojarzenia właśnie z Łubieńskimi. Być może to daleka analogia, która zapewne nasuwała mi się za sprawą pewnego podobieństwa fonetycznego tych dwóch nazwisk, no i związków Łubieńskich z Warszawą. Jednakże zbieżności jest więcej: zaangażowanie w przedsięwzięcia biznesowe w XIX wieku, przynależność do arystokracji, ale tej raczej „niższej kategorii” czy w końcu to, że Izabela Łęcka skończyła w zakonie jak niejedna panna Łubieńska. „Prawdziwi Łęccy” są jednak dużo bardziej sympatyczniejsi i ludzcy od tych literackich, ale wcale nie oznacza to, że są nudni.

Artykuł inspirowany książką Macieja Łubieńskiego Portret rodziny z czasów wielkości.





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA