cookies

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty. W przeglądarce można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszego portalu bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Jeżeli nie zgadzasz się na używanie cookies możesz również opuścić naszą stronę. Więcej informacji w naszej polityce prywatności (https://kurierhistoryczny.pl/polityka-prywatnosci,7).

Likwidatorzy Czarnobyla, czyli kolejne sowieckie rozpoznanie bojem

Jakub Wojas, 24.07.2019

Obiekty dawnej elektrowni w Czarnobylu (foto: Ben Fairless/Wikimedia Commons/CC BY 2.0)

26 kwietnia 1986 roku miała miejsce katastrofa reaktora jądrowego elektrowni w Czarnobylu. W jej wyniku zakażeniu uległ obszar od 125 tys. do 145 tys. km2. Radioaktywna chmura, która wytworzyła się po tej awarii naraziła na problemy zdrowotne miliony osób w całej Europie. Jednak w grupie najbardziej poszkodowanych znaleźli się ci, którzy mieli „minimalizować” skutki zdarzenia. Zostali wysłani na straceńczą misję, choć nie zdawali sobie z tego sprawy.

Bohaterowie mimo woli

Sylwetki tych osób zostały przybliżone w książce Pawła Sekuły „Likwidatorzy Czarnobyla”. Nieznane historie”. Szacuje się, że było ich od 600 tys. do nawet miliona. Byli to ludzie, którzy mieli w pierwszej kolejności zapobiec emisji radioaktywnych gazów ze zniszczonego reaktora. Do ich zadań należało zasypywanie tego miejsca workami z piaskiem, dolomitem i ołowiem, a następnie zabudowanie go betonową osłoną – tzw. sarkofagiem. Cały proces trwał do końca feralnego roku 1986, kiedy władze sowieckie uznały, że zabezpieczenie uszkodzonej elektrowni zostało wykonane. Nie było to prawdą, a niektóre działania wręcz pogorszył sytuację. Choćby ołów w workach, który wyparował i zakaził całą okolicę. Najdotkliwiej skutki tego odczuły osoby, które zostały zmuszone do przekopywania terenu na tym obszarze. Złudnie myślano, że to najlepsza metoda walki z promieniowaniem.

Budynek reaktora nr 4 elektrowni w Czarnobylu po katastrofie
(foto: IAEA Imagebank/Wikimedia Commons/CC BY-SA 2.0)

Likwidatorzy z Czarnobyla byli bardzo szeroką grupą. Najczęściej łączyła ich jakaś forma przymusu czy obowiązku wykonywania tej niewdzięcznej pracy. Teoretycznie na walkę ze skutkami takiego wydarzenia powinni być przygotowani strażacy i żołnierze – nie byli. Wojskowi wprawdzie wiedzieli, jak walczyć ze skutkami wybuchu bomby atomowej, ale tu sytuacja była inna. Straż pożarna musiała z kolei zmagać się ze skażeniem nawet kilkadziesiąt kilometrów od reaktora. Robiono zatem wszystko „na czuja” – bez pewności, że przyniesie to oczekiwany rezultat. W konsekwencji ci, którzy mieli wykonywać tę niewdzięczną robotę zostali obsadzeni w roli „królików doświadczalnych”.

Poza wyspecjalizowanymi służbami do zabezpieczenia reaktora wysłano osoby „z łapanki” – zwykłych obywateli. Do przekopywania ziemi nie trzeba było przecież specjalistycznej wiedzy, więc brano do tej pracy niemal każdego kto był pod ręką. Nikt z nich nie pisał się na samobójczą misję. Wielu sądziło, że będzie tam tylko chwilę. Żołnierze byli przekonani, że obowiązuje ich dwumiesięczny termin służby, lecz z czasem z dwóch miesięcy zrobiło się sześć. Najgorsze jednak było to, że ani strażacy, ani żołnierze, ani tym bardziej zwykli robotnicy nie zdawali sobie sprawy, jaka jest skala skażenia. Jeśli ktoś z nich otrzymał sprzęt dozymetryczny, to najczęściej zepsuty. Gdy pojawiły się te sprawne, to likwidatorzy nie mieli możliwości samodzielnego ich odczytywania. Dopiero, gdy kończyła się całkowicie ich misja pracy przy reaktorze czasami wydawano im zaświadczenia z liczbą otrzymanych rentgenów, ale nie wpisywano więcej niż 25 rentgenów. O braku podstawowej ochrony, nawet dla wykwalifikowanych służb, niech świadczy fakt, że brakowało masek i skafandrów, a gdy je wreszcie dostarczono, to potem w ogóle ich nie wymieniano, co spowodowało, że stały się kolejnym źródłem promieniowania.

Ciekawą grupą, która przybyła w rejon katastrofy byli artyści. Oficjalnie przyjechali tu dobrowolnie, aby podnosić na duchu likwidatorów, którym przedłużano o kolejne miesiące służbę w tym niewdzięcznym miejscu. Nieoficjalnie, pewnie niejeden z nich otrzymał „propozycję nie do odrzucenia”. Chwilowo dawali oni momenty wytchnienia pracującym w okolicach reaktora, jednak najgorsze miało przyjść dopiero, gdy wszyscy oni powrócili do domów.

Zostawieni sami sobie

Kilka miesięcy pracy w zonie wokół czarnobylskiej elektrowni spowodowało, że zdrowe osoby stały się nagle zniedołężniałymi. Część z nich wysłano do kliniki nr 6 w Moskwie, gdzie leczono, a raczej starano się leczyć z chorób popromiennych. Większość poszkodowanych jednak spotkała się z całkowitym niezrozumieniem. Uznawano ich za symulantów, zwalniano z pracy. Niejednokrotnie odwracała się od nich także najbliższa rodzina. Państwo natomiast uważało, że problemu nie ma. W takiej sytuacji nic dziwnego, że wielu popełniało samobójstwa.

Więcej informacji na temat ludzi, którzy niwelowali skutki 
katastrofy w Czarnobylu można znaleźć w książce 
Likwidatorzy Czarnobyla. Nieznane historie

Wbrew wiedzy i woli zmuszono zatem likwidatorów do czynów niezwykle heroicznych i niekiedy kompletnie bezcelowych. Dużo ta historia mówi o mentalności sowieckiej i sposobie działania ZSRR. Moskwa kolejny raz bowiem skorzystała z metody „rozpoznania bojem”. Na żywych ludziach, na bieżąco sprawdzano, jak można radzić sobie ze skutkami katastrofy jądrowej. Niektórych strażaków czy żołnierzy nagrodzono wprawdzie odznaczeniami, ale większość likwidatorów nawet i tego nie dostała. Miażdżącą część z nich natomiast zostawiono samym sobie i w dodatku w momencie, gdy tej pomocy najbardziej zaczęli potrzebować.

Brak zrozumienia społecznego wobec likwidatorów z Czarnobyla nie skończył się wraz z upadkiem ZSRR. Po 1991 roku chociaż Ukraina otoczyła tę grupę pomocą socjalną, to jednak równocześnie pojawiły się głosy, że są to zwyczajni oszuści, którzy tylko udają poszkodowanych. Był to rezultat tego, że niektórzy na Czarnobylu chcieli zdobyć łatwe pieniądze i zwyczajnie fałszowali swoje związki z katastrofą. Obraz tych praktyk przeniósł się z kolei na wszystkich likwidatorów. Pomimo to w 2006 roku 16 grudnia ustanowiono na Ukrainie Dniem pamięci o likwidatorach skutków katastrofy w Czarnobylu. Dziś już coraz częściej przyznaje się im należny szacunek, lecz wciąż jest to tylko marne pocieszenie za złamane życie w czasach sowieckich.

Artykuł inspirowany książką Pawła Sekuły Likwidatorzy Czarnobyla. Nieznane historie.





Komentarze

Udostępnij ten artykuł
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Skomentuj artykuł

Przedłuż subskrypcję, aby dodać komentarz.

Polecane artykuły
pokaż wszystkie artykuły
Reklama
Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2017 Kurier Historyczny. Projekt i wykonanie:logo firmy MEETMEDIA